Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śmierci — czy choć jeden był na tej mszy żałobnej w innym celu, jak żeby spełnić towarzyski zwyczaj — i żeby go widziano — i czy jeden pacierz pogonił za nim za świat.
Przeszedł wszystkich myślą i nie znalazł.
Poszła mu tedy dusza do rodzinnego Tepeńca, do tych dwojga swoich, i porwała go chęć iść do Atmy — i mówić — wszystko — i pytać — co dalej? Widmo Wojdaka nie stało mu już tak strasznie w sumieniu i ciężar fałszu i pustki życia tamtego nie tłoczył go — i przemógł swe wydelikacone ciało, i zrzucił jak kajdany dobrobyt, stanowisko — bogactwo — a przecie miał wciąż w sobie głuchy niepokój — i jakby szukanie jeszcze czegoś więcej — i brak i uczucie — że coś jeszcze trzeba oddać — coś więcej trzeba czynić.
Wytężył wzrok w błękit, wytężył całego ducha, stał się jednem pytaniem — jednem pragnieniem.
— Atmo — wskaż — naucz — powiedz, szeptał bez dźwięku — ale całą duszą.
I nagle poczuł w sobie drżenie i ból, zdławiło go w piersi, w gardle, zapiekło w oczach — i tak w niebo zapatrzony — zapłakał.
Kędyś z tych błękitów, z przestrzeni, kędy jego wola, jego pożądanie duszne rzuciło promień — szło coś potężnego ku niemu, jakaś moc, mądrość i radość — odpowiedź.
Nie zdając sobie sprawy — co to jest — co czuje, co słyszy — wśród łez tych, pierwszych, które