Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wypłakał, począł poruszać ustami, jak niemy, któremu cud wrócił słuch — i wreszcie szeptem powiedział.
— »Przyjdź królestwo Twoje«.
I zrozumiał i ujrzał drogę przed sobą.
Było dobrze po południu, gdy wrócił do mostu. Poszedł do baraku cieśli, i zabrał się do gruntownego porządku barłogów i łachmanów, do sprzątania śmieci i brudów, do zszywania i łatania nędznych szmat towarzyszy. Zeszedł mu przytem czas do wieczora, i wtedy poszedł do rzeki, żeby się wykąpać i przyodziać.
Mijał barak chorych — i tknęło go coś. Zajrzał do środka. Na drewnianych pryczach leżało kilku ludzi i najbliższy — ujrzawszy go, zawołał:
— Człowieku Boży! Poratuj!
— Co tobie?
— Porusz mnie na bok — i daj pić!
Był to robotnik od balastu — z nogą spuchniętą jak kłoda — z gorączką w zapadłych oczach.
— Oj, pić! — zajęczały inne głosy, i podniosły się głowy rozczochrane z barłogów.
Było ich pięciu. Dwóch w paroksyźmie febry, jeden prawie umierający z dyzenteryi, dwóch ze strasznymi wrzodami. Zaduch panował nie do zniesienia, robactwo roiło się na nich, dobę całą — nikt do nich nie zajrzał. Cierpieli z chłopską wytrzymałością i rezygnacyą.