Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jaworski jak umiał i mógł opatrzył rany, przyniósł pragnącym wody — kupił w sklepiku cukru i herbaty, nastawił blaszany samowar — i pozostał z nimi do zmierzchu. Gdy się nieco pokrzepili herbatą, zaczęli rozmawiać o swych nędzach.
W baraku uczyniło się lepiej oddychać, bo po kątach ustawił Jaworski kilka świeżych brzóz, a tok brudny potrząsnął piaskiem. Nie dziękowali mu, ani zdawali się zwracać na ów świąteczny szczegół uwagi, tylko ten jeden umierający na dyzenteryę — mgławemi oczami na zielone gałęzie patrzał, i powoli, ciągnąco, rwano szeptał.
— U nas, w Bereźnicy — na mogiłkach takie brzozy, a za mogiłkami Lejby cegielnia, a za Lejby cegielnią wygon. W gliniankach Barnaby kobyła się utopiła jesienią. — Jaworski usiadł przy nim, na pryczy, i poił go herbatą — pił chciwie.
— Kto ty? — spytał wreszcie.
— Karliński. Z cieślą Własowem robię!
— Bóg ci zapłać, za herbatę. U nas w Bereźnicy jest przy kościele, w przytułku ślepa Karlińska. Starucha. Pończochy żydom robi. Całkiem ślepa. Moja matka ma domek i ogród — obok przytułku. Znam wszystkich, co tam żyją. Nam krowa zdechła zimą — to matka mówi: Idź, Józef — na parę miesięcy — do balastu — na kolej — zarobisz na krowę. Ot — i nie udało się — drugi tydzień jak już mnie na śmierć wzięło.