Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielkich drzew. Żywej duszy nie było nigdzie z tej strony — rozległ się dzwonek, gwizd — pociąg ruszył.
Trochę ludzi rozpełzło się z platformy, paru stróżów przeszło, migając latarkami — i zapanowała martwa cisza.
Wtedy Jaworski poszedł ku owym zaroślom.
Był to borek sosnowy, podszyty jałowcem.
Pod tą osłoną Jaworski się przebrał w kolorową bawełnianą koszulę bez kołnierza, w marynarkę mocno znoszoną i brudną, i takież spodnie.
Pugilares wsunął za koszulę — na piersi, a swoją odzież zawiązał w chustkę, i rozejrzawszy się w ciemności, przejęty chłodem i wilgocią — poszedł, szukając drogi.
Wiedział mniej więcej godzinę i nazwę stacyi — wiedział, w jakiej jest okolicy, — więcej nic.
Po niedługiem błądzeniu znalazł szlak jezdny, mocno wyboisty — i puścił się nim — od plantu w głąb kraju.
Zawadzał mu węzełek szmat — więc gdy trafił na groblę i ujrzał wodę w rowie, obciążył pakiet ziemią — i zatopił przy krzaku łozy.
Teraz nie miał już nic — i był nikim.
Deszcz nie przestawał padać, i po jakimś czasie licha jego odzież przemokła na wylot — czuł wilgoć na ciele — przyspieszył kroku. Gdzieś przed nim kogut zapiał, zaszczekał pies — zbliżał się do ludzkich siedzib.