Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na oczy, podniósł kołnierz paltota, sam kupił bilet, i bez pomocu tragarza zajął miejsce w przedziale pierwszej klasy, gdzie na drugiej kanapie już wyciągnął się do snu, nieznajomy wojskowy.
Była noc chmurna, — deszcz mżył — pociąg ruszył.
Po ostemplowaniu biletów Jaworski się też położył, i zdawał się spać.
Gdy upewniło go zupełnie chrapanie towarzysza, podniósł się, przyciemnił zupełnie światło — rozpakował kuferek. Wydobył zeń niewielki pakiet, owinięty w ciemną bawełnianą chustkę, i wytarty, stary pugilares. Ze swego pugilaresu włożył weń sto rubli, a swoje papiery przełożył do kuferka. Potem zdjął swe cienkie, eleganckie obuwie — jakby do snu, i naciągnął wydobyte z pakietu dobrze już znoszone buty z cholewami — wreszcie i kapelusz swój założył za siatką, a nacisnął na głowę wytarty, rudy filc.
I wtedy — w kąt wtulony czekał.
Gdy sygnał parowozu oznajmił zbliżenie stacyi — wyszedł na korytarz — i wyskoczył na plant — w stronę przeciwną platformie.
Miał w ręku zawiniątko w chustce — wokoło była ciemność — stacyjka malutka, o sto kroków w bok czerniały jakieś zarośla.
Jaworski potknął się parę razy na szynach — wyminął jakiś budynek i znalazł się pod osłoną