Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pociąg — i sam upakował swe rzeczy do ręcznego kuferka.
Zapowiedział, że wyjeżdża na dni parę do Warszawy w interesach fabrycznych, i rzeczywiście z teściem mówił tylko o sprawach pieniężnych.
Taubert zagadnął go, czy prawdą jest, że sprzedał kilka swych akcyi cukrowni.
— Istotnie, sprzedałem. Potrzebuję gotówki.
— Masz na widoku jaki interes? — ciekawie jął badać stary.
— Może być. Dziś wieczorem jadę do Petersburga.
— Słuchajno. Jeśli to z intendenturą — przyjmij mnie do spółki.
— Za powrotem odpowiem.
— Tak, tak. Znam ciebie. Nie lubisz zbytniej szczerości, i masz racyę. Jedź — a pamiętaj o mnie!
Rozpromieniał Taubert, i oddawna nie był dla zięcia tak serdeczny. Rozmawiali swobodnie do późnego wieczoru, wreszcie Jaworski na zegar spojrzał — i wstał.
— Co ty masz za zegarek obskurny? — rzekł Taubert.
— Oddałem swój do reperacyi.
Pożegnali się i Jaworski ruszył na kolej. Po drodze zatrzymał się w jakiejś obskurnej golarni, kazał ogolić zarost, ostrzydz włosy przy skórze, i przystrzydz wąsy. Na dworcu nacisnął kapelusz