Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzenie rady. Zostaniesz tu długo? — spytał szwagra.
— Ano — do twego powrotu. Kiedy?
— W piątek wrócę po południu.
Niewiele mówili ze sobą teść z zięciem w czasie tej drogi i mało się widzieli w Warszawie, każdy zajęty własnemi sprawami. Jaworski trapiony męką rozdrażnienia, niezdolny znieść bezczynnej samotności, ani szablonowego towarzystwa poszedł wieczorem do kabaretu, potem z jakąś przygodną znajomością pół nocy spędził w gabinecie, dużo pijąc — i w usposobieniu dzikiem wrócił do domu. Czuł, że nie zaśnie; rzucił się w fotel, wstrząsany dreszczem, dysząc z gorączki — i oczy jego padły na białą plamę koperty na biurze.
Był to jakiś list, który rano znalazł w kieszeni i rzucił, czemś innem zajęty.
Sięgnął po niego i otworzył. Z początku zdziwił się, że litery widział czerwone, potem, że pismo było koślawe, nieudolne lub podrobione, wreszcie zaczął czytać:
»Jeśli pan chce się dowiedzieć, co i gdzie Panu naprawdę kradną? kto uczciwy, a kto gałgan? — niech pan wróci niespodziewanie do swego domu własnego, między godziną 11-tą a 1-szą w nocy. Wtedy pan zrozumie, dlaczego niewinnie są szkalowani i cierpią!«
Nie było podpisu, i na razie wcale treści nie rozumiał. Odczytał kilkakroć, wydało mu się tak głu-