Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ani targował, od towarzyszów nie odstawał. Wżywał się w to życie, uczył ich gwary, wyróżniał się chyba swym spokojem, gotowością, by każdemu pomódz i dogodzić, i bystrością w objęciu całej roboty.
Robotników przybyło. Przyszli murarze, maszyniści, kotlarze, i ślusarze, dźwigano nowy most. Jaworski trzymał się swych cieśli, ale wieczorem czerń cała spotykała się w baraku — u Lejby, gdzie był już i sklep i gdzie pito do bezpamięci.
Bywały nocami burdy i krwawe rozprawy, muzyka na harmoniach i rozpusta dzika, złodziejstwa i rozboje. I tam Jaworski szedł i wśród tłuszczy tej spożywał wieczerzę i siedząc w kącie, obserwował.
Zaczepiano go parę razy, wciągano gwałtem w skandal i awanturę, ale wtedy ujmował się za nim olbrzymi Własow, zajadły Miszka, a on sam miał wobec napastników zimny spokój pogromcy, który zwykł panować. Była tylko jedna plaga i męka, z którą ani się mógł zżyć, ani ścierpieć: powietrze i brud baraku — była to najstraszniejsza pokuta.
Brak bielizny, pościeli, toaletowych przyborów, robactwo, zaduch — doprowadzało go do rozpaczy, do buntów, do przeklinania doli a na to rady nie było, usunąć się od tego nie mógł. Towarzysze tak żyli, nie odczuwali przykrości, a on był przecie jednym z nich.