Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pracować czas jakiś nie będzie mógł, dziecko jedno ze strachu dostało konwulsyi — a dziewczyna leży i gorączkuje. Kto im wynagrodzi — kto ich będzie leczyć i karmić? To niech też ten sąd zdecyduje.
— To nie twoja sprawa. Lejba Minc może do nas skarżyć. Ty siebie pilnuj!
— Przed czem?
— Przed naszą karą.
— Za co? Więc pochwalacie czyn Kubika?
— On już cierpi.
— A ja co miałem robić, zbudzony tym skandalem? Dopuścić do kryminału?
— Równe prawo Kubika do kobiety, jak twoje.
— Ja też mu tych praw nie zaprzeczałem — tylko ona, i wydały go nie moja denuncyacya, ale ślady jej zębów i paznogci.
— Dosyć! — krzyknął jeden ze ślusarzy. — Pysk stul i czekaj wyroku.
Jaworski wzdrygnął się, zerwał ze stołka, ale się pohamował, zaciął zęby.
»Sąd« skupił się u stołu, poczęli szeptać.
Księgarz widocznie był osobą decydującą, bo zwracał się często do niego — on milczał — w końcu rzucił parę słów, tamci potwierdzili — i Mateja zabrał głos:
— Jako karę za wydanie władzy towarzysza — zapłacisz partyi — na rzecz rodziny uwięzionego dwadzieścia pięć rubli.