Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A jeśli nie zapłacę?
— To dostaniesz kulą w łeb!
Rewolwer błysnął w rękach Matei.
— Nie zapłacę! — rzekł spokojnie.
Wstał i patrzał im w oczy. Strzał nie padł.
— Nie zapłacę — powtórzył powoli, dobitnie.
— Wyrok wasz jest wprost bezsensem i absurdem, a kara za niespełnienie go, gwałtem. Jeśli w ten sposób macie zmieniać świata ład i prawo, to biada tym, co wam uwierzą. Nie moc ramion i pięści wyzwoli ubogich i słabych. Spełniajcie waszą groźbę; — nie żałujący tego życia — padnę, ale żałujący głupoty waszej, że wam się zda, że mnie zabijecie tą kulą! — Mnie nie zabije nic!
— Tydzień masz wolny do namysłu. Jeśli sądu nie usłuchasz po tygodniu, czekaj co chwila śmierci.
Jaworski się roześmiał i wyszedł.
Lejba przekonał się, że niepotrzebnie dał się porwać oburzeniu. Nie otrzymał żadnej satysfakcyi ani odszkodowania, tylko w kilka dni potem ciemnym wieczorem ktoś wytłukł szyby w domu i podrzucono papier, grożąc podpaleniem.
Rodzina żyła w ciągłej grozie i strachu, bo i słychy się rozeszły, że Kubik umknął z więzienia. Stary siedział bezczynnie z powodu zranionej ręki — do chorych trzeba było sprowadzać doktora; przez szyby, połatane byle jak, chłód i wilgoć się cisnęła. Ryfkę trzeba było cichaczem po nocy wysłać — do krewnych na wieś.