Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głodnem, o sprawie, dla której przyszedł na kolej — przejęty tylko uczuciem ulgi — że wśród nich — nie jest i nie będzie.
U Lejby zastał gości, dwóch żydów porządnie ubranych, palących cygara z minami wielkich panów.
— O, to ten pan właśnie! — zawołał rymarz na jego widok — i zaraz zaczął z niebywałą u niego żywością:
— To mojej żony krewni, te kupcy. Oni są wierniki wielkiej leśnej kantory. Oni tu przyjechali po ludzi do drzewa — na wodę. — Moja Ryfka u nich teraz w Pińsku mieszka. Oni słyszeli o panu, oni panu u siebie służbę dadzą.
Żydzi przypatrywali mu się bystro, i jeden rzekł:
— Ja pana już raz gdzieś widziałem.
Jaworski spojrzał nań, i także twarz ta wydała mu się nie obcą, i po chwili rzekł:
— Był pan w Horbach, w karczmie zeszłej wiosny, kiedy most pod pociągiem się zawalił.
— Ma pan dobre oko i pamięć! Prawda, byłem.
— A pan — majster — cieślarz?
— Robiłem toporem. Ale teraz bardzo jeszcze słaby jestem — niedawno ze szpitala.
Lejba począł im coś opowiadać po żydowsku — słuchali, bystro patrząc, głowami kiwając. Wreszcie starszy, wyższy snać stanowiskiem, rzekł: