Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To i nam — zawołali drudzy.
O południu rzucili robotę, obiegli kasę — potem platformy wracającego, balastowego pociągu i pod wieczór rozpierzchli się po małej, powiatowej mieścinie, żądni zabawy i użycia.
Jaworski poszedł do pocztowego biura i odebrał pakiet gazet, potem kupił trochę bielizny, buty, odzież na zmianę i chciał zjeść w restauracyi kolacyę.
Ale go wyproszono z lokalu dość ostro i wtedy spojrzał po sobie, i mimowoli się uśmiechnął. Był stanowczo wykreślony z pośród »porządnych« ludzi i »towarzystwa«. Barak, warsztat, ulica, szynk, to był jego świat.
Wrócił na dworzec, przesiedział kilka godzin w sali trzeciej klasy, i wreszcie wprosił się do jakiegoś pociągu i o świcie wrócił do mostu.
Pusto było i głucho — kto się nie oddalił na święta, ten spał.
On zeszedł nad rzekę i poszedł brzegiem, daleko, w pustkę sianożęci, wynalazł kryjówkę w łozach i pewny samotności — rozerwał pakiet gazet. Stare były — z czasów kolejowej katastrofy. Pierwsza co mu wpadła w oczy — była żałobna klepsydra »Za duszę ś. p. Adama Jaworskiego odbędzie się żałobne nabożeństwo w kościele św. Krzyża, na które zaprasza przyjaciół i znajomych w smutku pozostała żona i rodzina«. A potem podobne w następnym numerze, tylko podpisani byli urzędnicy