Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzekł zimno Adam, odzyskując wobec katastrofy całą swą równowagę i urzędowy spokój.
— W takiem błocie uczciwy i porządny człowiek nie może zostać! — wybuchnął dyrektor. — Być pod władzą pana Wojdaka! Nie! Zresztą — pan się sam przekona. Tu się dzieją — ohydne rzeczy!
Adam zabrał się do gruntownej kontroli roboty i rachunków — i coraz bardziej zajęcie go pochłaniało. Nie znalazł nigdzie jednak potwierdzenia dowodzeń Zaremby. Wydatek był średni, maszyny w porządku, rachunki normalne. Wydawało mu się tylko, że urzędnicy byli jacyś osowiali — kasyer jakby zmieszany, magazynier wystraszony. Coś było w powietrzu niezwykłego, niepokojącego.
Tak mu czas zeszedł do południa, i wtedy dopiero poszedł do pałacu.
— Właściwie dlaczego oni tu siedzą, a nie w Warszawie? — pomyślał z niechęcią.
Coby dał za to, by poza pracą — być samym.
Wspomnienia były za świeże, za bolesne; przymus towarzyski nad siły ciężki.
Zastał rodzinę już zebraną w jadalni — miny jak zwykle oficyalnie nudne.
— Ależ siedziałeś w tym Petersburgu! — rzekł stary.
— Mało co dłużej, niż zamierzałem.
— Załatwiłeś wszystko pomyślnie?
— Tak. Wszystko! — odparł.