Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tu tymczasem ładny odkryłem pasztet. Wiesz? Zaremba brał łapówki od dostawy buraków.
— Ma ojciec na to dowody?
— Jakże. Na piśmie.
— Poproszę o nie do sprawdzenia.
— Jakto, nie wierzysz ojcu? — oburzyła się Anielka.
— Owszem, ale jako administrator muszę mieć w ręku dowody.
— Będziesz je miał. W każdym razie — omyliłeś się grubo na Zarembie — a trzymasz go cztery lata. Naturalnie, byli w zmowie z kasyerem i magazynierem. Ta trójka okradła grubo akcyonaryuszów.
— Któż wreszcie to odkrył?
— Wojdak.
— Bardzo bystry. Ale zdziwiłem się, że opuszcza swą robotę podczas kampanii.
— Nie mógł czekać na twój powrót. Ojciec jego umarł.
— Mówiono mi, że go ojciec wysłał do Kijowa, i że ojciec umówił tego zastępcę.
— Brednie. Zastępcę on sam płaci — nie obciąża to fabryki — mogłem zatem upoważnić.
— Biedak! Tak ciężko jest dotknięty stratą ojca. Że on wogóle wystarcza! — rzekła Taubertowa.
— Czemu?