Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na obyczaje Taubertów było to niezwykła godzina do czuwania.
Wszedł na ganek i znowu się zdziwił, znajdując drzwi nie zaryglowane. W korytarzu było ciemno — pocisnął guzik elektrycznej latarki — i skierował się wprost, w głąb — do jadalni.
— Kto tam? — rozległ się głos Ignaca z bocznego pokoju. Bez odpowiedzi poszedł dalej — minął jadalnię, salon, kroki jego tłumił dywan — i stanął na progu buduaru.
Pośrodku pokoju stali: Anielka i Wojdak. Trzymali się za ręce ku sobie pochyleni — coś mówiąc zapewne — ale on ich tylko widział — nie wierząc oczom. I nagle poczuł na ramieniu dotkniecie, światło świecy — i głos Ignaca i głuchy krzyk kobiety. Zawrócił się — spojrzał na szwagra, a ten nawpół ubrany, kończył:
— Zasiedzieliśmy się, byłem u siebie po cygaro — myślałem, że złodzieje chodzą po domu.
Jaworski słowa nie rzekł — obejrzał się. Wojdak stał już sam, śmiertelnie blady.
Tedy Jaworski zawrócił, minął z powrotem salon i jadalnię — na kurytarzu otworzył drzwi swego gabinetu ruchem i oczami zawołał Wojdaka, a gdy ten wszedł, przed Ignacym drzwi zamknął i zaryglował.
Potem zapalił świece na biurku, i rzekł:
— Masz mi pan co do powiedzenia?