Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rozumie pan obce języki?
— Tak — trochę.
Gdy przegląda katalog, pełen marnych romansów i broszur mało wartych, obcy mężczyzna obejrzał go od czapki do butów, i wreszcie rzekł, czysto po polsku:
— Ja mam parę dobrych polskich książek. Mogę pożyczyć — żebym wiedział, komu. Wy tutejszy?
— Nie. Na robocie byłem, przy koszarach.
— Teraz bez zajęcia. Zdun jesteście?
— Cieśla. Z kacapami robiłem.
— Polak?
— Tak. Karliński.
— Ja się nazywam Mateja, ślusarz — w kolejowych warsztatach robię od paru miesięcy. A wy dawno bez zajęcia?
— Ledwie parę dni.
— Zostaniecie tutaj?
— Nie wiem. Może się co trafi. A nie — pójdę gdzieindziej. Sam jestem — nic nie trzyma. Wieczór się dłużył — chciałem poczytać
— No, no — rzadki gust u naszego brata, robociarza. I umiecie po niemiecku, po francusku. Mógłby z was zecer być.
— Można się wszystkiego nauczyć — jak trzeba.
— Nasz brat, proletaryusz, w dobrej szkole