Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z tą siłą Taubertowi dokuczyć, myśl ta czyniła mu rozkosz.
Nazajutrz w biurze ze szczególną przyjemnością źle traktował każdą sprawę, ostro urzędników.
O południu wszedł do laboratoryum i znalazł przy robocie już Wojdaka.
Miał krepę u surduta i wyglądał źle, mizernie, z jakimś mętnym wyrazem oczu.
— A, wrócił pan przecie! — przywitał go.
— Tak, wprost z pogrzebu ojca, i będę pana prosił o uwolnienie mnie z posady — wobec konieczności zajęcia się sprawami rodzinnemi.
— Otrzymał pan spadek?
— Matkę niedołężną, czworo rodzeństwa i ruinę.
— Słyszałem, że ojciec pana miał fabrykę.
— Niestety — już piąta z rzędu — warsztaty żelazne obciążone długami. Właściwie w tej chwili, naszego w tem nic niema oprócz firmy.
— Mój teść będzie bardzo nierad stracić tu pana. Podobno odkrył pan grube malwersacye?
— Czy miałem je zamilczeć?
— W każdym razie ujawnić je mnie jako administratorowi. Ale o to mniejsza. W każdym razie o mnie się tu wszystko musi oprzeć.
Pod zimnemi jego oczami Wojdak swoje spuścił.
— Przedstawię panu dowody. Kiedy będę się mógł uwolnić?