Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Będę musiał pana poprosić o pozostanie do przyszłego tygodnia — do posiedzenia Rady. Czy zastępca przez pana tu sprowadzony, będzie mógł objąć posadę, o tem się tymczasem przekonam. O dowody malwersacyi zaraz poproszę.
— Oryginały złożyłem w ręce pana Tauberta.
— Jakie mianowicie?
— Listy Kubika dostawcy, i świadectwo Hersza Lundena, że pośredniczył między magazynierem i plantatorami.
— Kubik jest specyalista od szachrajstw w dostawach i ma co rok sprawy o złą wagę — a Lundenowi pan Zaremba nie przyjął latem wapna. Zresztą — sprawdzimy tę rzecz, zakończył, wychodząc.
Wieczorem zażądał od teścia owych dokumentów i zajął się śledztwem. W fabryce powstał sądny dzień, okazały się różne brudne sprawy, wypełzły na jaw masy plotek, zawiści, intryg. Taubert tryumfował, o byle co krytykując zięcia, zwalając nań całą odpowiedzialność, wymawiając opieszałość.
Przyjechał na to Ignac z Warszawy i uczynił dywersyę, bo ogłosił na wstępie:
— Ojciec żołądkuje się o głupie sto korcy buraków, co tu ukradli, a nie wie, że Jacentowo caput.
— Co? — wyjąkał Taubert.
— Ano, ogłosili upadłość.