Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiedy! Już drugi tydzień leżysz. Żyd tu jakiś o ciebie pytał.
— Może tam znowu jaka bieda u Lejby? — pomyślał troskliwie, przymykając oczy, zapadając w odrętwienie wyczerpania.
Zaczęły się powolne, ciężkie dni i noce szpitalne, cierpienia, gorączka, słabość, nuda. Nie bardzo się kto o chorych troszczył, szczególnie na tej sali, bezpłatnej, ogólnej, sali ubogich. Doktór oglądał ich pobieżnie, dawał dyspozycyę, opatrywał rany felczer, dozorowali najemni, obojętni posługacze. Ale twarde życie i odporne natury mieli ci chłopi, robotnicy, włóczęgi, nędzarze, zalegający salę. W nocy czasem zrywały się jęki i stękania, w dzień silniejsi klęli, słabsi cierpieli, znosili biernie, zdrowsi zabawiali się i śmiali.
Obok Jaworskiego z jednej strony dogorywał stary pijak, włóczęga, któremu odjęto wyżej kolana zgangrenowaną nogę. Był tak już słaby, że tylko bezustannie jakby skamlał, na jęk nawet nie mający mocy. Oczy miał zamknięte, ginące w jamach śmiertelnej maski, cerę szarą, z rzadka odruch już prawie bezwiedny rąk.
Gdy cichł, posługacz go dotykał, próbując czy żyje i odchodził, ruszając ramionami: ot, twarde życie! — mruczał obojętnie.
Z drugiej strony Jaworskiego leżał średnich lat człowiek, wycieńczony przewlekłem cierpieniem