Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wojdak był wciąż blady jak ściana, ale już panował nad sobą, i patrzał śmiało.
— Mam! — rzekł twardo. — Kochałem ją, kocham, w śmierć i po śmierci kochać nie przestanę.
— A tę śmierć widzi pan przed sobą?
— Widzę. Z pana ręki czy ze swojej — wszystko mi jedno. Pożegnałem ją na zawsze. Jestem na pana rozkazy.
— Jak na złodzieja — bardzo szlachetny gust, — roześmiał się szyderczo Jaworski.
Wojdak skoczył — podniósł rękę do piersi.
— A pan takim złodziejem — nigdy nie był! — wybuchnął.
— Zdaje mi się, że pan chce dysputować ze mną!
— Nie, ale nie zniosę obelg. Jeślim zawinił — zapłacę.
— Czem?
— Krwią i życiem wedle światowych obyczajów.
— Czekam pańskiej dyspozycyi.
— Pojedynku pan się spodziewa?
— Wolałbym prędszy i mniej rozgłośniejszy koniec.
— Naprzykład?
— Świece się dopalają — ta moja — tamta pańska. Czyja pierwsza zgaśnie — ten się usunie z życia — cicho, samotnie — nie obryzgując swą krwią ani skandalem blizkich i drogich.