Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nastrój pustki i nudy. Ludzie się snuli jakby przybici, skuleni — jeśli żywsze gdzie było światło w domostwie, jeśli głos i ruch — to był szynk lub traktyernia, jeśli ktoś gwizdał lub śpiewał — pewnie był nie trzeźwy.
Jaworski szedł powoli i najdalszemi ulicami i parę razy domek rymarza minął, zanim zdecydował się wejść.
Majster szył szleję przy kopcącej u sufitu lampce, izba pełna była woni skór, cebuli, brudu ludzkich ciał i gorąca. Masa dzieci, kobiet snuła się i hałaśliwie gadała, w sionce gęgały i cuchnęły gęsi.
Jaworski wszedł do swej izdebki, zapalił lampę i wyciągnął się na łóżku.
Na ścianach bielonych, ale pełnych szpar i krzywych — wisiały jego narzędzia, parę sztuk odzieży — wszystko, co posiadał. W kącie miska gliniana i stara konewka przedstawiała toaletę, pod oknem był kulawy, niegdyś czerwony stolik i drewniane krzesło. Trzy szyby w oknie były zaklejone gazetą — czwarta dawała widok na śmietnik podwórza.
Oczy Jaworskiego obeszły to wszystko — potem je przymknął. Zegar stary zaczął chrobotać i wydzwonił ósmą godzinę. Do nocy było daleko — zresztą, co znaczy noc dla człowieka, który jutro nie ma co robić.
Leżał tak, zdawało mu się, wieki — aż go