Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sina, bez tchu i głosu — wszyscy przez chwilę oszołomieni wodą — rzucili się na napastnika.
Ale ten odrzucił ich kopnięciem nogi, zdzielił pięścią — i wypadł do izby, w sień, na ulicę — w chwili, gdy z dala rozlegał się gwizd policyanta.
Zbiegli się też sąsiedzi, uczynił się tumult i reszta nocy zeszła na spisywaniu protokółu. Gdy wezwano do sprawozdania Jaworskiego, opowiedział krótko, że zbudzony wrzawą — zastał w izbie człowieka pijanego widocznie, który umknął. Czy znał tego człowieka? Nie uważał, bo lampka była mdła, a on zaspany.
Ale na to żydzi rozjuszeni podnieśli protest — nawet stary Lejba: To był ślusarz, ten ryży, co go lokator zna, co często u niego bywał! Spytany o nazwisko tego znajomego Jaworski musiał je powiedzieć — ale gdy wreszcie policya odeszła, rzekł do gospodarza:
— Nie rozumnieście, panie Lejba, zrobili! Pijak, awanturnik się wykręci, a ze ślusarzami nie warto się zadzierać.
Ale Lejba wyszedł ze spokoju i flegmy:
— To jemu można napadać po nocy, bić, tyle trwogi i gwałtu narobić — i mamy cierpieć.
— Nie wykręci się on. Pójdzie do turmy — karę zapłaci — za pobite sprzęty. Ja nie daruję! Żeby nie pan, to onby Ryfkę zadusił. Ona i tak odchoruje — ona wyda dużo pieniędzy na kuracyę!
Rozpoczęło się tedy śledztwo i sprawa.