Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wstała, wystraszona wejściem jakichś zwiedzających i podała mu etykietalnie rękę.
— Bardzo mi było miło spotkać pana! — rzekła głośno po francusku.
— Znajomi? — spytał szeptem.
— Nie jestem pewna — ale tyle tu osób wie, kto jestem — wolę być ostrożną. Do miłego widzenia, może pan przyjdzie na obiad. Mąż wraca pojutrze — dzieci się ucieszą panem. Proszę!
Skłonił się w milczeniu, a gdy odeszła, usiadł w kącie i pozostał nieruchomy, wpatrzony tępo przed siebie, w próżnię.
— Nie — to nie jej był potrzebny! Nie! Adamowi też nie. Omyliła się tedy Atma — mógł wracać najpierwszym pociągiem.
Owładnął sobą i poszedł do restauracyi, gdzie się mieli zejść z bratem, ale napróżno go oczekiwał, i wreszcie ruszył do jego hotelu, chcąc mu zostawić słowo pożegnania i jechać do domu.
Zdziwił się, gdy mu służba powiedziała numer i że go zastanie w mieszkaniu. Zapukał — nie otrzymując odpowiedzi, pocisnął klamkę i zajrzał. Adam siedział u stołu, a raczej pół ciałem na nim leżał — na rozłożonym arkuszu gazety. Zawołał nań Antoni — nie poruszył się — tedy zaniepokojony dotknął jego ramienia.
Wzdrygnął się, poderwał, wyprostował. Antoniemu tchu zabrakło ze zgrozy, tak był zmieniony.
— Co ci? Co się stało? — wyjąkał.