Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To zakrystyan nasz pisze. Pewnie ślepa twoja matka go uprosiła.
Jaworski list wsunął do kieszeni, i wziął się do topora.
— Odchodzicie jutro! — rzekł Samolik. — Ja jeszcze zostanę miesiąc. A jak stara spyta o ciebie, co powiedzieć? Dowiesz się kiedy do niej?
— Pokłoń się — powiedz, że wieść przyślę.
— Matka pisze, że tobie nie zapomni dobra. Już ja zimą będę o twojej starej pamiętał, za to!
— Daj wam, Boże, zdrowie!
Wieczorem, po skończeniu roboty, gdy Własow poszedł do kasy po rachunek i papiery, a cieśle zbierali swe manatki i narzędzia, Jaworski oddalił się nad rzekę — i odczytał list:
»Najdroższy synu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i najświętsza Matka Jego! Miałam wielką radość, że żyjesz, bo już nie spodziewałam się — żeś z tego świata, i jako za zmarłego modliłam się za ciebie, i pilno mi było na tamten świat — do ciebie. Dziękuję ci i błogosławię, żeś o mnie nie zapomniał, ale jeśli twoja łaska, to nie przysyłaj mi zapomogi — ale napisz jak twoje zdrowie — i jak ci się powodzi, i jaką pracą się zajmujesz. Choć kilka słów napisz — bo mnie nic nie brakuje — tylko słowa od ciebie. Ja i tak ciągle o tobie myślę, ale jak napiszesz co porabiasz, gdzie jesteś, jak żyjesz — to mnie będzie — jakbym z tobą była i przy robocie i w mieszkaniu — i wszędzie!