Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W każdej chwili skupienia, w każdym głosie co do Niego ślę!
— Tedy doleci twój głos — kędy trzeba.
Oboje podnieśli oczy w dal — i bez słów, myślą jedną słali w przestrzeń — ku tej dalekiej — otuchę, serce, mądrość swych dusz.
I często w te długie wieczornice, gdy Antoni wśród czytania brał głowę w dłonie i nieruchomiał w rozmyślaniu, odzywała się Atma.
— Antku, zagraj.
Na kominie żar dogasał, cichł kołowrotek — pieśnią kończył się ich przedumany wieczór.
Pewnego dnia w końcu listopada, Antoni wrócił późno z uciążliwej roboty — na dalekich łąkach — przy dzieleniu stogów siana. O zmroku opadła go śnieżna zamieć, i długo błądził — zanim do domu trafił. Zmęczony, przeziębły, wyciągnął się po wieczerzy na ławie u komina i zasnął, rozmarzony ciepłem, ukołysany mruczeniem kołowrotka.
— Jakby mi baśnie gwarzył! — rzekł, zamykając oczy: Atma przędła dalej — na dworze szalała śnieżyca. Ile tak czasu upłynęło, nie zdawała sobie sprawy kobieta, gdy naraz podniosła głowę, jakby też ze snu zbudzona.
Oczy jej utkwiły w oknie, przestała nić snuć, twarz jej przybrała wyraz wytężonej uwagi. Za oknem tumanami przewalał się śnieg, wył wicher. Co widziała w przestrzeni — co słyszała w tej dzi-