Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To wy pracujecie dla sierót braterskich i siostrzanych?
— A cóż. Ordynacyi nie odziedziczyli, choć wysoko nosa brat darł, ile że blacharzem był, póki na bruk nie spadł. A szwagier, Marceli mąż, choć się Potocki nazywał, ale zapomnieli mu do kołyski włożyć hrabiowskiego tytułu i pałacu i musi buty szyć, jak dorósł. Tylko arystokratyczne zdrowie miał i precz kaszlał w suterenie. Do Włoch pod Warszawę też się wciąż wybierał, ale omylił się na rogu ulicy i zaszedł na Brudno. A dzieci, to sznurkiem przywędrowały do mnie na Tamkę, nie zmyliły drogi, huncwoty! Bratowa żyje, ale znalazła sobie drugiego męża i aż do Odessy z nim wyjechała. Nawet chciała dwoje dzieci zabrać, ale jak zaczęła przemyśliwać które, to wszystkie się pochowały, ledwie je Marcela poodszukiwała po znajomych i dopiero, jak tamci już odjechali daleko! No i tak czworo tych mam, a Marcela swoich dwóch, to i miara z czubem. Nas było pięcioro sierot, stryj i ciotka chowali. Snać to familijne u Kacperskich. A ja się też biedzie nie dam, jużem na lepszy bok się dźwignął, jeszcze tę setkę dorobię do wiosny, na Wielkanoc do domu wrócę.
I opowiadał o tym powrocie, o tych dzieciach i zapomniał swego osłabienia.
Którejś nocy włóczęga przestał skomleć i rano wyniesiono zwłoki, miejsce pozostało próżne dni parę, aż pewnego wieczora posługacze wnieśli na