Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzusznem. Przechodził operacyę, poprawiał się bardzo wolno. Ten pierwszy zagadał po polsku.
— Wy pewnie do tej przeklętej nory także przyszliście po ratunek dobry i ot — rzekł.
— Robiłem przy koszarach, cieśla.
— Z Warszawy?
— Nie. Sam jestem, chodzę od roboty do roboty.
— Ja stolarz, z Warszawy. Namówili, że tu z pod hebla złoto nie wióry iść będą. Robiłem i ja przy tych koszarach, myślałem, że do wiosny wytrzymam, do domu przyniosę najmniej setkę. Bolało, piekło, nic jeść nie było można, głupstwo, mówię sobie, mniej wydasz na kwit, ale nie smaruj maszyny, stanie, ot i stanęła. Cztery tygodnie jak tu sobie wypoczywam. Was też te zbóje, rozkoły, galanto urządziły.
— Będę miał na cały karnawał! — uśmiechnął się Jaworski. — Rodzinę macie?
— Sztuk dziewięć. Siostra wdowa z dziećmi, sieroty po bracie. Całe szczęście, że niema własnych bąków i że żona uciekła. Siostra, zuch baba, i pierze, i posługuje, i służące stręczy, i kabałę kładzie, i krzesła wyplata, i zęby zamawia, i całą dzieciarnię musztruje. Czas na wszystko znajdzie. Mieszkamy na Tamce, trzy stancye, na dole, w oficynie, bo to jeszcze i lokatorów mamy. Znacie Warszawę?
— Znam.
— Kochane miasteczko, swoje — stęknął.