Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


noszach jęczącego człowieka. Jaworski spojrzał nań i serce mu zabiło ze zgrozy: był to ślusarz Jankowski. Przybyłych z nim dwóch ślusarzy opowiadało na sali, że przed chwilą koło maszyny zmiażdżyło mu prawą rękę aż po łokieć.
Ranny mdlał i jęczał strasznie na przemian, zabrano go do innej sali i po jakimś czasie odniesiono, po amputacyi, kalekę.
Jaworski noc całą spędził bezsennie, wstrząśnięty wrażeniem, rano nie śmiał spojrzeć w tamtą stronę i ledwie doczekał felczera, począł prosić o zmianę miejsca.
Ale felczer, zajęty bardzo, tylko mu burknął coś niechętnie, opatrunek byle jako zrobił i odszedł. Tedy Jaworski oczy zamknął i twarz osłonił, ale go wnet posługacz trącił, bo była chwila rozdawania śniadania.
Kacperski już chciwie zajadał wodnistą polewkę, a widząc, że sąsiad odstawia swą porcyę nietkniętą, rzekł:
— Nie będziecie jedli, Karliński? To dajcie mnie.
Jaworski nieśmiało spojrzał w drugą stronę i ujrzał utkwione w siebie posępne, gorączkowe oczy Jankowskiego. Nie rzekli ni słowa, tylko teraz Jankowski oczy zamknął.
I tak leżeli obok siebie, nie mówiąc, nie patrząc, a skuci często myślą, godziny, dnie całe.
Pewnej nocy, gdy ranny, spalony żarem go-