Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tu mieszkacie?
— A niby tu mam stancyę, w miasteczku się stołuję.
— Toście się nie żenili?
— Nie.
— To czemu swojej starej nie zabierzecie? Księdza u nas zmienili, nowy na szpitalne baby narzeka, drew nie daje. Już dwie z ziębiu zmarło w poście. Dawnoście i nie pisali do matki.
Ze drzwi młyna wytknął się młynarczyk.
— Panie, grafska osypka wyszła. Co zesypywać?
Karliński skoczył do wnętrza. Towarzysze zwołali Samolika.
— Idźmy do miasteczka. Późno. Trzeba szukać żyda, rozmówić się, spocząć.
Obejrzał się Samolik i ruszył. Całe lato, co dzień będzie tędy na robotę iść, będzie czas na gawędę.
Zmierzchało, gdy Karliński robotę młynarczykom wydzielił i ruszył do miasteczka.
Wieczór był marcowy, ostry, szumny od wichru, ale pachnący już wiosną i upajający jak wino. Ludzi dużo snuło się po drodze i zaułkach, a po mieszczańskich sadach nad jeziorem wystawały pod płotami, u wody, dziewczęta śpiewające, chichoczące. Pozdrawiali wszyscy uprzejmie Karlińskiego, snać znali go i lubili.