Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mam! — sięgnął w zanadrze. Ale policyant się śpieszył, więc ręką machnął.
— Nu, tak idź do kwatery, kiedy słaby!
Powoli, odpoczywając często, dowlókł się chory do Lejby i przyjęto go, jak umiano najżyczliwiej, ale on tak wyczerpany był, tak znowu bez mocy, że apatycznie legł w swej klitce, na wszystko obojętny.
Przeleżał tak znowu parę tygodni, a gdy wreszcie marcowe słońce zajrzało doń przez jedyną szybę okienka, wyglądał jak widmo, tak był wychudły i zmieniony. Ale przecie wreszcie czuł, że niemoc ustępuje, rany były zabliźnione, chciał jeść, spać i ucieszył się tą smugą złotego promienia na ścianie, uśmiechnął się do swych narzędzi!
Wiosna, robota! ozwało mu się w duszy. Zaraz też wróciła życiowa energia i myśli całą falą. Wyszedł na miasto i poszedł do szpitala.
Kacperskiego już nie zastał, wypisał się przed kilku dniami, Jankowski jeszcze leżał.
Jaworski się z nim rozmówił, obiecał przysłać adwokata i resztę dnia mu zeszło na tej sprawie. Wtedy pomyślał o sobie i zaczął szukać roboty. Ale na ziemi leżał jeszcze śnieg i było mroźno, cieśle Własowa mieli przyjść dopiero w końcu miesiąca, trzeba było czekać.
Zasiadł tedy Jaworski przy warsztacie Lejby.
Zapas gotówki malał z dniem każdym, chociaż