Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jowych majstrów i robotników. Mateja przywitał uprzejmie Jaworskiego i zapoznał go z jakimś starszym, który mu obiecał protekcyę w dostaniu roboty ciesielskiej — przy warsztatach.
Była to pomyślna nadzieja — postawił piwa kompanii przez wdzięczność — i sam pić musiał. Wrócił do domu z ciężką głową i nieznośną nudą, i mimowoli spojrzał raz pierwszy na córkę Lejby.
Rzeczywiście piękna była i aż wierzyć się nie chciało, że tak piękny, wybujały kwiat wyrosnąć mógł w tej dusznej izbie.
Gdy się tak wpatrywał w nią, zamyślony — podniosła nań oczy, i w milczeniu uśmiechnęła się. Tedy rzekł: dobry wieczór! i cofnął się do swej izdebki, z uczuciem dziwnem: niezadowolenia, i pewności, że dziewczynie się podobał.
Nazajutrz wyszedł wcześnie — na kolej — szukać roboty i dostał zajęcie na dni parę, w zastępstwie chorego cieśli.
Przerwało się tedy rymarstwo i tydzień upłynął, że wcale z Lejbą nie rozmawiał.
Pewnego dnia wracając do domu spotkał Kubika. Szedł z rękami w kieszeniach i czapką na tyle głowy, gwiżdżąc.
— Pójdźmy razem! — rzekł.
— Ja idę co zjeść.
— A ja do Ryfki. Poczekam na was.
Jakoż zastał go Jaworski w rozmowie z piękną szwaczką. Umawiał się o szycie koszul, obiecując