Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lejba pokręcił głową.
— Mój Icek — jak zaczynał się uczyć, to i po miesiącu tak nie potrafił.
— To idźcie spać, panie Lejba. Ja te dwie uzdy skończę sam dla was.
— Nu — kiedy panu to zabawa! — rzekł żyd, wstając z trudnością ze stołka.
Jeszcze długo w noc świeciła lampka, bo ciężko szła robota nowicyuszowi. Gdy skończył i zgasił światło, odeszła go nuda i zniechęcenie, i zasnął twardo, a nazajutrz z całem zajęciem przyglądał się pracującym, a wieczorem zasiadł znowu na stołku Icka, tym razem obszywając fartuch do powozu. I weszło to w zwyczaj. Krótkie dnie spędzał nad książką, lub łatał swą odzież, i nawet próbował szewstwa — wieczorami siedzieli z Lejbą przy warsztacie, pochyleni nad robotą — milczący.
Tak go zastał pewnego dnia Kubik ślusarz.
— A wy tu co? Terminujecie u żyda na rymarza?
— Niema roboty. Nudno!
— To chodźcie do nas. Zagramy w karty.
— Nie umiem.
— To się nauczycie, zapłaciwszy frycowe!
— Wolę tedy bez frycowego skóry zeszywać.
— To pójdźcie do Szyfmanowej — są świeże dziewczęta, muzyka, piwo!
— Nie mam do tego ochoty.