Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co z was za kolega? Chce wam się tu w tym żydowskim zaduchu siedzieć!
— My wszyscy przecie roboczy naród.
— Ale, akurat właśnie — urągliwie zaśmiał się Kubik. — Przez żydowskie partolstwo — nasz brat chleba nie ma.
Lejba głowę podniósł, spojrzał nań, ale milczał.
— Przecie wy bez chleba nie jesteście.
— Człowiek nie tylko o sobie mówi.
— A żydów to głodnych i w nędzy niema?
— Cholera na nich. Co mnie do nich.
— Ja nie partyjnik — to mnie każdy robotnik brat.
— Winszuję. Lokajem u mechesa pewnie byliście!
— A wy — jak niesiecie pieniądze do Szyfmanowej na dziewki i piwo — nie pracujecie to dla niej na kamienicę?
— Możeście też u jakiego klechy lokajowali! Bywajcie zdrowi. Nie będzie z nas kompanii.
Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.
Po długiem milczeniu rzekł Lejba:
— Szkoda, że Icek nie słyszał. On do takich chodzi, ale oni jemu inaczej gadają. Ja jego umyślnie do Ameryki wysyłam. Tutaj to niby ma do równości dojść — a to taka równość, że najpierw odbiorą bogatym — a jak sami staną się bogaci — to wyduszą wszystkich słabszych — nu i będzie ten