Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest. Będzie z niego obywatel. Umie głodem umrzeć, umie w rynsztoku spać, bez powietrza oddychać, dwanaście godzin pracować za łachman i psią strawę. Umie milczeć całe życie — i zdechnąć jak na brucht pójdzie. Nieprawda, panie Izna, mocny ród! — Wązkie, blade usta księgarza skrzywiły się w szyderczy uśmiech, ale milczał.
— Gdzie mieszkacie? — spytał Mateja.
— U rymarza Minca.
— My mieszkamy we trzech u Abermanowej. Wszyscy swoi, Polacy. Chcecie, poznajomimy się?
— Służę, z miłą chęcią.
Poszli razem — ale w mieszkaniu nie zastali towarzyszy.
— Powlekli się do knajpy pewnie! — rzekł Mateja. — Jankowski w bilard majster, a Kubik bez dziewcząt żyć nie może, ale przyjdą. Wypijemy tymczasem herbaty.
Izba była niechlujna, posłania brudne — na ścianie odzież — wielkomiejska tandeta, lusterko, fotografie — znać było pewien gust elegancyi.
Pod oknem na stoliku leżało trochę książek i gazet — obejrzał je Jaworski — były to świstki socyalistyczno-robotnicze — broszury czerwone.
Usiadł tedy na krześle i rzekł do krzątającego się przy piecu Matei:
— Dobry zarobek w warsztatach?
— At — do pięćdziesięciu rubli dociągnąć można, ale ciężko. Na fabrykach prywatnych swobo-