Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


był dotąd — leżało na dnie — że Adam Jaworski umarł — skończył!
A wtem go ktoś potrącił.
— Ty czego tu! — krzyknął człek w kolejowej czapce.
— Robić przyszedłem.
— Siadaj na drezynę i machaj! Masz tu depeszę — oddaj naczelnikowi. Przywieziesz majstrów. Ty siadaj z nim! — krzyknął na dróżnika. Ruszyli, we dwóch pchając wagonik.
— Ot, chryja będzie! — rzekł dróżnik. — A ja, jakbym przeczuwał. Mówiłem wczoraj Morasowi, co w budce przy moście siedzi. Woda raptem ruszyła — żeby mostu nie zniosło. Ot, i jest. Moras przepadł. Wygonią go z wilczym biletem.
— Duży był pociąg?
— Nie. Wiadomo, kuryer.
— He zginęło ludzi — niewiadomo.
— Sztuk ze dwadzieścia. Bo w tych dwóch wagonach trochę zostało. Konduktor też jeden w ostatnim wagonie był.
— Az tamtych nikt się nie uratował?
— Skąd! I Jezu! pewnie nie miał czasu żaden krzyknąć. Toć noc. Bogate państwo spali wygodnie.
— Będą wydobywać z rzeki?
— Juści. Roboty będzie huk — pieniędzy szmat ludzie zarobią. Wy, kto?
— Z Białegostoku idę — roboty szukam.