Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzami. Pracowali w milczeniu, aż wreszcie żyd się odezwał:
— Wy to pewnie nie z prostych?
— Jakto? Cieśla jestem.
— Nu, ja wiem — ale z delikatniejszych ludzi.
— Dlaczego tak wam się zdaje?
— Ze wszystkiego. Wy nie cham. Już trzeci miesiąc jesteście, ani razu pijani nie wrócili, ani grubego słowa nie rzekli. Wy nie tutejszy?
— Nie — za robotą chodzę. Znajomości nie mam, to i kompanii niema. A teraz, jak zima nastała, a roboty niema, to i sam nie wiem, co z czasem począć.
— A familii u was niema?
— Nie.
— Myślicie tu zimować?
— Sam nie wiem. Żeby jaka robota!
— Dla cieślarzy teraz głodny czas.
— Wasze lepsze rzemiosło.
Lejba głową pokiwał.
— Ot, Bogu dzięki, że własny dom. Ale zdrowia już mało. Syn do Ameryki jedzie, trzeba pożyczyć sto rubli na drogę. Dziewczynę trzeba za mąż oddać, troje się uczy — dwoje maleńkich. Jest chwała Bogu familia! Rzemiosło — wiadomo — czasem ciągle robota, czasem trzeba jej szukać. Żona kramik ma, Ryfka szyje — at!
— Nie skarżycie się?
— A co to pomoże, skarżyć się, a komu? Jakie