Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A przedtem?
— Przedtem, kiedyś byłem służącym u bogacza. Dlatego im nie zazdroszczę.
— A byliście kiedy bez roboty kilka miesięcy?
— Nie.
— A leżeliście w szpitalu?
— Nie.
— A rodzinę macie?
— Nie.
— To nie znacie jeszcze naszej robotniczej doli — i jak poznacie — spotkamy się w partyi!
— A przecie — im gorzej — rzekł zamyślony Jaworski.
— Ej — żeby było gorzej — nie upieraliby się na miejscu, nie czekaliby, aż im gardła poderżną, albo grube brzuchy poporą! A ot — i towarzysze!
Weszło dwóch robotników, jeden starszy — szczupły, patrzący z podełba, przebiegłemi oczami, drugi młody chłop — zbudowany z grubych kości — o twarzy zuchwałej i cynicznej.
Mateja przedstawił gościa, Jankowski go obejrzał niechętnie, Kubik rzekł z grubym śmiechem:
— Miałem przeczucie, że będzie piwo w domu!
Jaworski zrozumiał, i wyjął rubla.
Po chwili na stole znalazła się wódka, piwo i kiełbasa. Zaczęli pić, palić papierosy — i mówić. Mateja — snać najokrzesańszy — prawił o socyalnych przewrotach — sypiąc zasłyszanymi, po wie-