Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dniej, tu aż się roi od szpiegów — i naród zbierany — niema z kim gadać — robota nie idzie!
— Propaganda?
— Juści! Zaczynać trzeba od prywatnych zakładów.
— Wy z partyi?
— A wy?
— Ja nie!
— Czemu? Dobrze wam tak?
— Nie zazdroszczę bogaczom.
— A cudzy głód i nędza was nie obchodzi?
— A wam zda się sytością i spokojem pełny brzuch i kieszeń?
— Spróbuję, to wam odpowiem! — zaśmiał się Mateja. — A wy gadacie, jak burżuj.
Postawił na stole herbatę i zakąskę i spojrzał podejrzliwie na gościa.
Jaworski zdjął kożuch. Koszulę miał na sobie perkalową, zblakłą, przepoconą — na wzrok Matei wyciągnął ramiona i pokazał mu swe dłonie, twarde, jak podeszwy, mozoły, szramy skaleczeń, pościerane paznogcie.
Potem sięgnął w zanadrze i pokazał swe świadectwo robót u mostu, i niezdarnie pisany atestat Własowa.
— Anim burżuj, ani szpicel jestem. Robotnik jak i wy — niższy — prosty cieśla. Pracowałem lato całe u majstra, dostawałem sześćdziesiąt kop. i strawę.