Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Praktykant podpisał, siadł na konia i pogroził prętem.
— Ze mną nie będziesz miał kompanii, i pisarzem się nie zastawisz. Jaśnie pan młynarz, psia mać.
Z młyna na hałas wylegli chłopacy, a żyd, który po swe mlewo zajechał — rzekł, patrząc za odjeżdżającym:
— Jaki gorący. To ze złości, że wczoraj się zgrał w karty u Jakubowicza.
Jaworski patrzał na podpis w księdze, jakby czytać nie umiał.
— Jak on się nazywa? — spytał żyda.
— Ten błazen? Wojdak.
— Wojdak? Na pewno?
— Co niema być na pewno. Po żydach naszych są już jego kartki na pieniądze i znają jego w miasteczku. Co nocy bywa.
— Skąd on? Nie wiecie?
— Ze świata. Taki wiatr. Podobno krewny rządcy. — W Karlińskim wstrząsnęło się wszystko, jakby pękła skorupa wybuchnęła z wnętrza lawa gorąca wspomnień i zalała go straszną pożogą.
A w parę dni potem żona rządcy — wstąpiła do młyna w jakiejś gospodarskiej sprawie i rzekła z intencyą ugodową.
— Podobno wam tu nasz Władek nagrubianił. Wybaczać jak człowiek dojrzały smarkaczowi. Niech już z tego sprawy nie będzie. Mąż wyła-