Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Adam umilkł, wzdrygnął się — jakby go niewidzialna zgroza zdławiła za gardło. Doszli do hotelu i pożegnali się — umówiwszy nazajutrz spotkanie.
Po bezsennej prawie nocy Antoni poszedł do muzeum i spędził tam prawie samotny parę godzin. Opóźniała się jak zwykle — chciał już odejść, gdy wreszcie ukazała się strojna, roztargniona, rozglądając się nie za nim, ale czy jej tu nie widzi kto znajomy. W bezustannej trwodze o opinię i kompromitacyę, w bezustannej niewolniczej służbie światu i formom. Podała mu rękę, ale cofnęła szybko, gdy chciał pocałować.
— Mam tylko chwilę, ledwie się wyrwałam. Pan wie, że męża niema.
— Domyślam się, gdyż wczoraj nie był na przyjęciu. Czy mogę czem pani służyć?
— Mam tyle zgryzoty z Władkiem. Zakochał się, chce się żenić, wbrew naszej woli z jakąś studentką.
— Ma lata, nauki skończył. Chce żyć dla siebie.
— Panu łatwo mówić, ale mnie! stracić dziecko. Marynia też dorasta. Pan nie rozumie, co to zostać w pustym domu, samej.
— Nie rozumiem, bo mój dom zawsze pusty. Ale w normalnym świata porządku, gniazda rodzinne muszą pustoszeć. Wszak dzieci się nie chowa dla siebie, ani je utrzymywać przy sobie się godzi.