Atma (Rodziewiczówna)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Atma
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MARYA RODZIEWICZÓWNA
ATMA
POWIEŚĆ
SZÓSTY TYSIĄC
Gebethner i Wolff logo.png
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA — LUBLIN — ŁÓDŹ
KRAKÓW  —  G. GEBETHNER I SPÓŁKA
NEW YORK ▭ THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.
WSZELKIE PRAWA PRZEDRUKU I PRZEKŁADU ZASTRZEŻONE.
▭▭ DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE. ▭▭
1914






I.

Odczuł Adam Jaworski jakby mocne pchnięcie i usuwanie się w próżnię. Zrazu przejęło go to zgrozą, potem nie czuł nic, aż się ocknął na jakiejś drodze wśród skał, wiodącej w czarną gardziel. Drogą tą szedł tłum ludzi nieznanych mu i obojętnych. On sam, oszołomiony sekundę, zrozumiał, że iść musi, że ma jakieś sprawy do załatwienia, że kogoś szuka. Obejrzał się i wzdrygnął — za nim tuż stała postać z połą szaty, nasuniętą na twarz. Poznał ją i rzucił się naprzód, do ucieczki.
I szedł bardzo prędko po głazach, ale ilekroć zmęczony zatrzymał się, słyszał za sobą jeden krok, który wśród tysięcy stąpań rozpoznawał. Wreszcie, wyczerpany, ostatnim odruchem uskoczył w bok, na stromą ścieżkę, pnącą się ku szczytom. Ośliznęła mu się noga, już się znowu staczał, gdy ktoś mu podał rękę. Podniósł wzrok. Była to kobieta — poznał ją: pierwsza, którą zbezcześcił i odepchnął.
— Atma! — wyrwało mu się z wybuchem szczęśliwości. — Wracam do ciebie. Wiesz? Uwolniłem się.
Kobieta potrząsnęła głową.
— Od niego? Nie! Patrz, czeka na ciebie.
Wskazała postać na drodze.
— Uprowadź mnie! Ukryj! Zostańmy razem. Ty wiesz, jakem po tobie tęsknił. Przyszedłem tu po ciebie, za tobą, dla ciebie. Czy opuścisz mnie teraz?
— Masz sprawę z nim. Czeka na ciebie. Chodź. Wolnym nie będziesz, póki on cię nie uwolni. Stań z nim oko w oko.
— Nie chcę. Jakiem prawem on tutaj?
— On ci powie. Nie ujdziesz mu. Sąd być musi.
— Nie chcę go. Nie odejdę ciebie.
— Razem pójdźmy. Nie lękaj się.
Ujęła go za rękę. Uczuł moc i uspokojenie. Postać kędyś znikła. Minęli zakręt skały. Ujrzał przed sobą Adam jakby świątynię, w głazach wykutą, do której wstąpił.
Postać czekała nań.
— Idź! — rzekła kobieta.
Adam usłuchał. Jakaś rozpaczna determinacya rzuciła go w proch przed tym sędzią, przed prawem.
— Zbiegłem od ciebie. Napróżno. I tu jesteś. Więc co mam czynić, byś mnie nie katował. Rzuciłem wszystko... tam, byleś mnie nie męczył. Czego żądasz więcej?
— Żądam, byś rzekł życie całe.
— Po co? Znasz je. Byłeś ze mną. Wróg!
— A pomnisz ten zdrój, ten wieczór, tę ciszę, gdyś z Atmą u serca roił życie, a jam ciebie słuchał. Byłżem wrogiem wtedy?
— Ale ja byłem dzieckiem, nieświadomem życia. Ono przyszło... musiałem żyć.
— A cóż jest życie?
— Prawda, znajomość złego i dobrego.
— Poznałeś wtedy wszystko; wybrałeś wedle woli, drogę i czyn. Pozbyłeś się Atmy. Nie słuchałeś mnie. Byłeś wolny przecie.
— Wolny... z tobą. Męczennikiem byłem.
— I otrząsnąłeś się z szaty i odszedłeś uczty swego życia. Zaliś myślał, że przy tej biesiadzie ja jestem, że tam zostanę? Szalony! Do mnie należysz tu i tam... zawsze, wszędzie... od prawieków w prawieki! Rozumiesz?
— Cierpię, duszę się, męczę. Daj mi nie być!
— Zrozum, a odejdzie cię pragnienie. Mów ze mną, a umiłujesz. Łachman cię dławił, boś go cuchnącym uczynił. Zrozum, ktoś ty!... Spójrz, gdy otworzone twe źrenice.
Adam ujrzał górę całą, przepaście bezdenne i ciemne, strome szlaki, po których tłum szedł, i mgły, wiszące po zboczach; a podniósłszy oczy, zobaczył szczyt w słońcu i tęczy.
— Stamtąd pochodzisz... tam dojść musisz. Patrz, zrozum, zapamiętaj! A teraz ja ci powiem, jakeś szedł, jakeś żył. Przestałeś wcześnie być dzieckiem. Jeszcześ myśleć nie umiał, gdyś umiał szaleć zmysłami. Pomnisz... czternastoletnim byłeś, gdy rozpusta ci się stała obyczajem, chlubą, nałogiem, sławą. I zwałeś zwierzęcy szał rozkoszą i zwałeś miłowaniem mord nad duszą własną i cudzą. Tylkoś mnie wtedy znienawidził, gdym cię pytał, czy ci to czynić wolno, dlatego, że tak inni czynią, że za to niema sądu i kary — tam.
— Cierpiał! — rzekła Atma.
— Zbawienie jego w tem cierpieniu. Bogactwo jego. A gdyś się stał mężem, rozpocząłeś walkę o byt. O byt twych wymagań wygody i wczasu, żądzy rozrywek i użycia, zachcianek coraz nowych i większych. Dlategoś deptał lub usuwał słabszych, szydziłeś z pokonanych, nazywając ich głupimi, cieszyłeś się z korzyści nad łatwowiernym, schlebiałeś możnym w złoto lub stanowisko, i myśli twe były oddane troskom i staraniom o materyę, uciesze z korzyści dla brzucha i kieszeni, a serce twe było pełne zawiści i nienawiści dla tych, co więcej mają, bo więcej mogą użyć. I stało się twe życie wedle woli i wyboru twego, i miałeś wszystko, czegoś zapragnął: spełnione pragnienia, zaspokojone żądze, osiągnięte zdobycze. Posiadłeś wszystkie kobiety, których chciałeś, masz zbytek, stanowisko, sławę, honory... wszystko, co tam zwą szczęściem.
— Kłamstwo. Wiesz, żem cierpiał. Tyś był i mówił. To męka.
— Zali morderca może być szczęśliwy? I jaki zgiełk zgłuszy mój głos?
— Nie byłem gorszy od innych, a oni nie cierpieli.
— Skąd wiesz? Wy się wstydzicie dobra, któregoście w sobie nie dobili; wy nie wyznacie takiego cierpienia. Mowa wasza, jak i czyny wasze. Śmiech wasz to szyderstwo lub małpia uciecha ze sromu, płacz wasz to fałsz lub samolubstwo. Nie macie ich dla Atmy, dla mnie. Ją splugawićbyście chcieli, mnie zabić lub znienawidzić. Nienawidzisz mnie, bo się lękasz i mścisz się, szargasz w gnoju ciało, czucie, myśli... i zdaje ci się, że mnie! Bezrozumny! Ja twój pan.
— Tęsknił po mnie! — rzekła Atma.
— Wiem, dlategom nie przestawał doń mówić.
— Mówiłeś bez litości, rozpaczą byłeś, męką. Chcę mieć kres, chcę ciebie nie słyszeć.
— Kres tam, w tem słońcu. Zwlokłeś szatę. Zrozum! Nie jam ci ciężył, lecz zbrukana szata. Mnie miłujesz, bo cierpisz, że nienawidzisz. Ze mną tam — w słońcu tem byłeś... pomnisz? I byliśmy jednem... i będziemy jednem. Szatę zdarłeś, splugawiłeś i rzuciłeś precz. A ja powiadam: ni inną weźmiesz, ni wolnym będziesz. Ten łachman napowrót wdzieniesz, aż donosisz.
— Nie, nie! — rozpacznie Adam zajęczał.
— Lękasz się, brzydzisz szmaty! A przecie ten łachman materyi twoim panem był. Wołał: »bierz...« i brałeś, garnąłeś, chwytałeś chciwie. A jam ci mówił: »dawaj!...« i nie usłuchałeś mnie nigdy. Nie jam ci rozkazywał... nie dałeś mi sobą rządzić.
— Nie rozumiał mądrości! — rzekła Atma. — Mów mu teraz, mów... oczy ma otwarte, szczyt widzi... jam z nim... mów... zrozumie!
— Słuchaj tedy. Za chwilę znowu daleki nam będziesz. Chcesz miłowania mego, zgody, mądrości życia? Tedy ci mówię: »dawaj, nie bierz!« Zapamiętaj! A teraz wracaj do szaty swej. Donosić musisz, wybielić możesz. I spójrz mi twarzą w twarz... byś tęsknił do szczytu.
Adam spojrzał, a jednocześnie uczuł, że zapada w głąb, że się znowu stacza, że postać jest mocą, pięknością, Bogiem.
— Atma! Ty ze mną! — zawołał rozpacznym jękiem tęsknoty, prośby, pożądania.
Poczuł jakby litosne dłonie na skroniach, łzy pod powiekami, szept słów, jakby pieszczoty, czy pieśni i zarazem ból, słabość, życie. Otworzył ciężkie powieki.
Zobaczył ledwie oświetlony pokój, poczuł ostry zapach lekarstw i posłyszał łkanie kobiece i głos:
— Żyje jeszcze. To było omdlenie. Niech pani nie traci nadziei. Uratujemy go.
— Doktorze, należy wezwać księdza! — ozwał się głos kobiecy. — Taki wstyd, skandal... Broń Boże śmierci, odmówią ludzkiego pogrzebu. Ja pojadę sama, księdza ubłagam, wytłómaczę chorobę... przywiozę. Nieprawdaż, Anielko?
— Niech mama jedzie. Mój Boże! I za co mnie to dotyka?!
Adam słyszał każde słowo, ale tak, jak się słucha rozmowy nieznanych sąsiadów, za ścianą; nie uważał, ani go to zajmowało.
— Za co? — odparł gniewnie drugi głos. — Jeszcze będziesz w sobie win wyszukiwać! Cała rodzina waryatów... przyszło i na niego.
— Pani prezesowa raczy ciszej mówić! — szepnął doktór. — Ocucił się, słyszy!
— Mówię prawdę. Jestem matką... cierpię za córkę!
— Mamo, teraz nie chwila na oburzenia.
Drzwi się zamknęły, zapanowała cisza.
W głowie Adama obrazy i dźwięki poczęły się kawałkować, mieszać, gmatwać, zasnuwać mgłą. Ogarniał go bezmysł i apatya ciężkiej niemocy.
I tak leżał, na wszystko obojętny, bez woli, czucia i władzy, w swym pięknym domu, w przepychu i zbytku gabinetu, z raną ciężką w boku, własnoręcznie zadaną.
Na dywanie czerniała wielka plama krwi, walał się rewolwer, zawodna broń; przez okno zazierał do pokoju ołowiany, listopadowy, późny ranek. Jakby dalekiem echem usłyszał jeszcze parowy sygnał w cukrowni, ale i na ten gwizd, będący dlań pobudką do pracy, ani się poruszył, ani podniósł powiek. Postanowił był z życia się wycofać i na życie już nie reagował.
A tymczasem telegraf rozniósł wieść o wypadku do rodziny i najbliższych. Pierwszy przybył do Warszawy teść-prezes i główny akcyonaryusz cukrowni, której Adam był administratorem i współwłaścicielem.
Przybył i pierwsze słowo było:
— Zgrał się na giełdzie?
Tego nikt z domowych nie wiedział. Prezes depeszami zasięgnął informacyi, zbadał stan kasy, rozpytał zarząd cukrowni, rządcę, kasyera i uspokojony na razie dopiero spytał:
— No, ale żyć będzie? Co doktór mówi?
Doktorów zjechało się już trzech. Mówili, jak Pytye, zagadkami: jeżeli tak... jeżeli nie, to może, jest nadzieja... byle nie przyszły komplikacye i t. p. Wtedy dopiero prezes zażądał relacyi katastrofy. Opowiedziała mu żona, bo pani Adamowa po tylu wstrząśnieniach i wrażeniu położyła się zupełnie wyczerpana.
Adam niczem nie zdradzał jakiegoś anormalnego stanu. Pracował, jak zwykle, jak co rok w czasie kampanii, mało co pokazując się w domu. Dnie i wieczory spędzał w biurze, w fabryce, wyjeżdżał do Warszawy, bywał w miasteczku i u sąsiadów. W domu przy obiedzie i wieczerzy rozmawiał swobodnie, w niedzielę grał w winta, żartował, był wesół. Wczoraj wrócił po południu od Gawrońskich, gdzie był sędzią w kompromisie, i zaraz go wezwano do fabryki, w kwestyi jakiejś maszyny. Przy wieczerzy wypił parę kieliszków wina i wcześnie poszedł do siebie, mówiąc, że ma wiele do pisania. Lokaj mu tam zaniósł o dziesiątej herbatę i opowiadał dziś, że go zastał leżącego na otomanie.
Panie poszły spać o jedenastej. Zbudził je w nocy o piątej krzyk służącego, że pan zabity.
— Po cóż służący chodził do niego tak rano?
— Przyszła depesza, odnosił ją, a nie otrzymując odpowiedzi na pukanie, wszedł. Drzwi nie były na klucz zamknięte. Doktór mówi, że strzelił o czwartej, mierzył w serce.
— Od kogo była depesza?
— Nie wiem! Gdzieś tu leży.
Znaleziono ją i prezes przeczytał:
»Zdrój dla pragnącego — ognisko dla brata«.
— Co to? Bez podpisu. Pewnie od kobiety. Skąd? — zaniepokoiła się prezesowa.
— Jakaś Ruda. Dowiem się w telegrafie.
— Romans miał... Czekał depeszy... nie przychodziła... z desperacyi targnął się na życie!
Ale prezes depeszę do kieszeni wsunął i ruszył ramionami.
— Brednie! Z miłości taki się nie strzela. Zresztą trzeba zatuszować skandal przez wzgląd na Anielkę. Wypadek z bronią i basta. Dzięki Bogu, że nie bankructwo, nie zachwianie funduszu. Jak wyjdzie z niebezpieczeństwa, to go wybadam. A teraz niema czego się alterować. Zdaje mi się, że interesy w porządku.
Następnym pociągiem przybył brat pani Adamowej, a marnotrawny syn prezesa, kolega Adama z zagranicznej politechniki, znany bywalec wszelkich knajp i tinglów warszawskich.
— A temu co do łba przyszło? — spytał zdumiony. — Onegdaj był u mnie, cieszył się wysokim procentem cukru, gadał o dywidendach. Byliśmy wieczorem na kolacyi w kabarecie. Zupełnie był do rzeczy.
— Powiedz, Ignasiu, jak na spowiedzi cię zaklinam: miał on kochankę? — zaczęła go badać matka.
— Nie, mamo, i to nie! Przysięgam. Miał kochanki, ale jednej... nie.
— Więc miał, hulał, tracił z ulicznicami fundusz Anielki.
— Moja mamo, ten fundusz Anielki jest tak obwarowany i zaryglowany, że chyba dyabeł się do niego nie dobierze. Jak tracił, to swoje. Przecie on ma rocznie ze dwanaście tysięcy dochodu. Zresztą on nie traci... on dorabia. Ho, ho! to sprytna sztuka. On może palnął do siebie ze zgryzoty, że nie dokupił jeszcze jednej akcyi. Wiem, że targował udział Skibińskiego. No, ale co? Wyliże się?
— Doktorzy mają nadzieję! Ale... takie nieszczęście!
— Czego? Czy on jest mamy córką na wydaniu? Straci opinię! Głupstwo! Bestya, będzie miał potem jeszcze większe powodzenie u kobiet. Taki samobójca to bardzo interesujące. No, a cóż Anielka, bardzo desperuje? A ojciec gdzie? Pewnie wertuje rachunki... w strachu cały!
— Trzeba mówić, że to był wypadek z bronią.
— Ale! Już mi na kolei opowiadali, że Jaworski się zastrzelił... bo tak mu teściowa obrzydła!
Ignac się roześmiał i, gwiżdżąc, poszedł do siostry.
Ostatnią osobą, która przybyła po wieści, była jakaś stara ciotka Jaworskiego, wdowa, kapitalistka.
Przybyła bez tchu, przerażona o sumę pięciu tysięcy rubli, które miała u niego na prosty weksel. Gdy ją prezes uspokoił, że suma pewna, i gdy się dowiedziała, że żyć będzie, puściła wodze swemu oburzeniu na całą rodzinę Jaworskich. Była jakąś stryjeczną siostrą ojca Adama. To był waryat, pasyonat, strzelał do ludzi... Tyran dla żony... umarła z melancholii. Ciągle się pieniał, wszystkich sąsiadów procesował i miał manię kupowania ziemi. Zostawił też masę tych morgów: piachów, błot, bagien, bo kupował byle co i byle tanio. A że przytem farmazon był i w kościele od świec cygara zapalał, więc go podobno nawet na święconej ziemi nie pochowano, ale w ogrodzie. Trzech synów i córkę miał.
— Co? — zdumiała się prezesowa. — Adam nigdy o żadnem rodzeństwie nie wspominał.
— A bo przy działach z najstarszym bratem się pokłócił i nie znają się teraz wcale. Siostra za mąż wyszła i umarła, a drugi brat gdzieś aż na Syberyi, i wieść o nim zginęła.
— No, a te dobra? — spytał prezes.
— Ten najstarszy, Antoni, tam siedzi. Wszystkich spłacił, odłużył się, zdziczał. Nie ożenił się, jakąś miał romantyczną historyę z mężatką. Żyje, jak puszczyk, w tym starym dworze. To tak daleko, że o nim nic nie słychać. Wszyscy Jaworscy o familię nie dbają. Adam osierociał w dwudziestym roku. Zaraz po pogrzebie ojca z bratem się pokłócił, spłatę wziął i tylko o rublu myśli. Są ubodzy krewni w Warszawie. Przemawiałam do sumienia, że przecie pomódz może, więc powinien. Nigdy nie dał grosza. A teraz to kara Boża... w grzechu śmiertelnym zejdzie z tego świata; bo choćby i wyżył, niedowiarek jest... u spowiedzi nie bywa... na piekło skazany.
Ona mu to dawno przepowiadała. Wszyscy Jaworscy, za ojcowskie grzechy źle skończą. Musi tak być.
Prezes spytał, czy znała swego stryjecznego brata. — Nie, nie znała, bo on i z nimi się procesował i wydarł szmat ziemi jej rodzicom. Nikt z sąsiadów nawet u nich nie bywał. Upiory tam tylko chodzą dotąd, bo i teraz ten Antoni żadnych stosunków z okolicą nie ma. Zresztą to koniec świata, już na granicy smoleńskiej guberni, w bezludziu, bo z obywatelstwa polskiego mało kto został.
Prezes z rozmowy z nią więcej się dowiedział o pochodzeniu i stosunkach zięcia, niż od niego przez pięć lat współżycia. Ucieszyły go te wieści, bo starszy, bezżenny brat był cennym osobnikiem, a te dobra reprezentowały tysiące. Gdy odjechała, troskliwie się rozpytał doktorów o stan rannego. Miał gorączkę, ale jeśli nie zajdą komplikacye, będzie uratowany.
Trwało to tydzień. Nareszcie przyszedł dzień, że z chorym można było mówić, więc prezes sprawę zagaił:
— Mój drogi, co? Dobrze jest żyć? Co prawda, pojąć nie mogę, co ci do głowy strzeliło tak nas wystraszyć. To, jak mówią Rosyanie: z »żyru biesiatsia...« chyba.
Adam był spokojny, przytomny, tylko bardzo słaby.
— Do głowy mi nic nie strzeliło, tylko kiepski rewolwer w piersi.
— Przypadkiem?
Chory chwilę myślał, jakby się wahał.
— Nie. Tylko źle kierowany.
— Ale dlaczego, po co, za co? Przecie nie interesy?
— Bolały mnie... zęby — odparł.
Prezes popatrzył na niego. Twarz chorego, zwykle twarda, energiczna, stała się przez goryczkę i cierpienie jakby skurczona, zamyślona.
— Zęby? Żartujesz sobie ze mnie. Dentystów nie brak! Przyznaj się... zostanie między nami.
— Powiedziałem ojcu. Od roku cierpię. Ojciec widział ilustrowane bajki Andersena?
Prezes dotknął jego czoła, myśląc, że majaczy, ale czoło było normalnie ciepłe, i chory, zrozumiawszy ruch, uśmiechnął się.
— Nie bredzę. W tych bajkach jest rysunek szatana bólu zębów. Książka leży w buduarze Anielki... pamiątka po małym.
Zasępił się prezes na to wspomnienie zmarłego wnuka. Dziecko się urodziło wątłe, omal matka nie umarła, żyło, cherlając, pięć lat, zgasło przed pół rokiem. Pani Adamowa była też słabego zdrowia, jedynaczka, wychuchana w wacie. Może ten człowiek, zdrów, młody i silny, był nieszczęśliwy w pożyciu?
— Przecie nie zaszło nic między tobą i Anielką? — wyrwało mu się mimowoli.
— Niechże się ojciec uspokoi i nie szuka. Żyję... pójdę do dentysty... za parę dni będę mógł już robotą się zająć. Nic się ważnego nie stało tymczasem?
— Nie, fabryka idzie porządnie. Ignac mi mówił, żeś się gryzł, bo ci ktoś podkupił akcyę Skibińskiego.
— Bort je kupił dla mnie.
— Patrzajcie! Toś sprytnie zrobił. A Skibiński po krachu zięcia musiał sprzedać. Dobry interes.
Adam milczał, zapatrzony w desenie obicia.
— Anielka była dziś u ciebie?
— Była, ale ma migrenę. Poszła się położyć.
— Ale... jest tu do ciebie jakaś depesza, bez podpisu i sensu. Przyszła wtedy...
Wzrok chorego się ożywił. Wyciągnął rękę i odczytał: »Zdrój dla pragnącego — ognisko dla brata«.
— Co to znaczy? — spytał prezes.
— To... od mego brata — rzekł powoli, wpatrzony w litery.
— Myślałem, że od kobiety — uśmiechnął się prezes. — A ten twój brat ma podobno bajeczne dobra?
— Musiała być Bojarska o swą sumę. Oddam jej te pieniądze... niech się co chwila nie nerwuje. Brat mój siedzi na ojcowiźnie: spłacił mnie i resztę rodziny; te jego dobra były bardzo obciążone. Ale to było dawno, dwanaście lat temu; może interesa poprawił.
Odpowiadał coraz wolniej, ciszej — jakby zasypiał.
Więc prezes wysunął się z pokoju, a wtedy chory jeszcze raz odczytał depeszę, wsunął ją pod poduszkę, przymknął oczy i zdawał się drzemać. Ale po chwili z pod powiek zbiegły dwie łzy i pozostały na zapadłych policzkach.
I zaczął Jaworski zdrowieć, wracać do życia. Z początku rządził z łóżka, potem z fotelu, wreszcie wyszedł do biura w fabryce.
Przechodził właśnie obok robocznych baraków, gdy z nich wyszedł doktór i rzekł:
— Nasz alkoholik dobiega kresu.
— Jest tam kto przy nim?
— Był felczer, alem go uwolnił do domu. Czuwał noc całą, a chory znajduje się tymczasem w zupełnej prostracyi.
Machinalnie Jaworski wszedł do środka.
Za wielką izbą sypialną znajdowała się stancya infirmeryi, i tam na pryczy leżał chory.
Jesienią przybył z bandą sezonowych robotników, kontraktowanych corocznie na kampanię cukrowniczą, z daleka, z głębi Białorusi.
Odrazu zwrócił uwagę dozorców ponurością i zuchwalstwem. Pracował źle i niechętnie, zmorą był administracyi, fermentem buntu wśród robotników. Było wtedy tylko spokojnie w fabryce, gdy pił aż do delirium.
— Tak, dobiega teraz kresu — pomyślał, spojrzawszy nań, Jaworski.
W ołowianem świetle zimowego dnia leżał na szkielet wychudzony, żółto-siny, z martwotą zgonu na twarzy, wykrzywionej męką.
W izbie nie było nikogo. Na dworze słychać było miarowe tętno maszyn; za ścianą, w kuchni robotników, kucharka śpiewała dyszkantem:

U jezioreczka, u bystrej wody,
Zbierała Maryś słodkie jagody.

— Szostak! — zawołał Jaworski, tknięty grozą, że nieszczęśliwy już nie żyje.
Ale wtem, gdy chciał go dotknąć, by się przekonać, przeraźliwy sygnał parowy się rozległ, i robotnik drnął, oczy rozwarł.
Bezmyślne były, bez blasku, szklane.
Długą chwilę patrzyły w jeden punkt czarnego pułapu, potem przerażone się stały, zwróciły się na izbę.
— Szostak! — powtórzył Jaworski. — Co wam?
— Pas z płóczki zdejmują, a mnie się śniła bomba — zabełkotał.
Wracała mu niejaka przytomność i ból, bo zajęczał, próbując się poruszyć.
— Szostak! Poznajecie mnie? Słyszycie?
— Aha! Szostak, to niby ja. Wszystko dobre: Szostak, Czworak, Trojak! Ślepa matka, gdzieś jest... A... a... pan dyrektor... kierownik... znaczy. I ja byłem dyrektorem. Szli za mną, na ramionach nieśli... we krwi, w ogniu... do zwycięstwa. A teraz... w barakach, na pryczy... zdycham... rab! Pan dyrektor umrze w puchach, na otłuszczenie serca... wiadomo, bo pan dyrektor mądry... bydło ma za bydło. Jednem orze, drugiem jeździ, inne rznie na kotlety. Tak trzeba... Ślepa matka powiedziała: hańba ci i klątwa, boś nienawiści pełen i jadu. No, a pan dyrektor wie, co miłość i miód? Dajcie mi wódki!...
Ostatnie słowa powiedział zupełnie przytomnie, z jękiem, z błaganiem, z żądzą.
— Dajcie wódki, dajcie!... chcę jeszcze chwilę żyć! — wołał, dysząc, rękami szukając czegoś w kieszeni surduta. — Dam dyrektorowi pieniędzy, nie chcę darmo.
— Toć giniesz od wódki, nieszczęsny! — szepnął Jaworski.
— Od wódki ginę... brednie! Zacząłem pić, gdym się poczuł zgubiony. Dyrektor się strzelał... mówią. No, to wiecie... człowiek naprzód ginie, a potem chce się sprzątnąć, bo sobie sam cuchnie. A życie samo truje... wszystko na świecie trucizna... a najgorsze zdrojowa woda. Żebym ja tej wody nigdy nie skosztował, tobym potem wódki nie pił. Zlitujcie się, dajcie mi wódki!
W głosie jego było coś tak rozdzierającego, że Jaworski zawołał kucharki i posłał ją po wódkę.
Nieszczęśnik, zanim wróciła, oczy trzymał utkwione we drzwi i okrzykiem zwierzęcego zadowolenia przyjął butelkę. Porwał ją w drżące ręce i pił.
Jaworski odebrał mu ją przemocą.
Długą chwilę Szostak leżał z wyrazem zadowolenia, potem zupełnie oprzytomniał i jakby odżył.
— Dziękuję, panie! — rzekł. — Myślę, że to ostatnia... i doktór mnie zapewniał, że lada moment... koniec. Nie mogę już tymczasem więcej dokuczać i wiem, jak to wszystkich cieszy. Oj, dokuczę jeszcze nieraz!
Roześmiał się cicho, z demoniczną radością. Potem spojrzał na Jaworskiego.
— Strzelał się pan. To mnie bardzo cieszy! I wam źle... dyrektorom. Bydłu źle żyć, ale i pastuchom pełny brzuch i kieszeń nie dają szczęścia. Ha! będzie wam coraz gorzej. Cuchniecie sami sobie, uprzątacie się. Po co was rznąć... zgnijecie sami. Pociecha mnie, com was nie mógł wyrznąć, bo mnie bydło podeptało, oplwało, zdradziło... za to, żem je z chlewu chciał wydostać. Teraz mi wszystko równie znienawidzone... i wy... i oni. Gnijcie! Stary miał racyę... nie śpieszyć się... wszystko zgnije.
Sięgnął znowu po butelkę — wypił.
— Za tę ostatnią, dziękuję panu. Nie mam pieniędzy... dam panu prezent. Ot!
Wydobył z surduta i podał wytarty pugilares.
— Dziś, jutro zdechnie Szostak... na pryczy!... Zakopią go. Pijak był, włóczęga, śmiecie! A kiedyś, jak pan sobie znowu nie do wytrzymania zacuchnie, a mojej ślepej matki już nie będzie na świecie, zapij się pan, otruj, albo powieś... jako który z tych! A wie pan, co potem będzie? Potem pan znowu wróci tutaj... tak stary uczył... hi-hi! Wróci pan, i ja wrócę, i każdy wróci. Tylko ja wtedy będę już rozumniejszy... nie będę się bał krwi... nie będę szczędził ni bydła, ni was!
Poderwał się na posłaniu i usiadł.
Roztworzył usta i głosem dzikim, ochrypłym zaintonował:

Dalej więc, dalej więc, wznieśmy śpiew...

Urwał, zakrztusił się, zabełkotał, chwycił ręką za gardło, oczami strasznemi spojrzał, zachwiał się i runął na ziemię.
W ciszy, która nagle nastała, dyszkant kucharki się rozległ:

O mój Jasinku, na rany Boga!
Słońce zachodzi, daleka droga!

Jaworski schylił się, chciał dźwignąć leżącego, poczuł, że to ciało miało bezwład rzeczy martwej, w gardle chrobotało, z ust ciekła krew, ręce już były zimne. A wtem rozległ się sygnał parowy południa i zaraz potem tupot nóg ludzkich pod ścianą i zgiełk w kuchni.
— Jagusia, gdzie miska? Daj pyska! — górował młody, wesoły głos.
Jaworski otworzył drzwi i zawołał.
Kilku robotników skoczyło do izby.
— A ot i doszedł — rzekł stary chłop, przewodnik roboczej kompanii. — Będzie wszystkim spokój!
Jaworski dopilnował, by zwłoki położono na pryczy, posłał po doktora i wyszedł. Gdy wrócił do gabinetu, pugilares wrzucił do biura, nie miał czasu doń zajrzeć, bo czekała nań poczta fabryczna.





II.

Jaworscy stanowili typowe przeciętne stadło. Poznali się przed kilku laty na wieczorze w karnawale. Ona była panną na wydaniu, on dobrą partyą, bo oprócz patentu na inżyniera-technika studyował chemię zagranicą i miał pięćdziesiąt tysięcy kapitału w akcyach cukrowni, której współwłaścicielem był ojciec panny Anieli, pan Taubert.
Ignacy Taubert, jedyna latorośl męska tego rodu, nie udał się. Kolegował wprawdzie z Jaworskim w politechnice, ale ani nauk nie skończył, ani chciał i mógł ojcu pomagać.
Uważał za swój obowiązek fortunę tracić i bawić się. Był stałym, ale nieokreślonej cyfry, rozchodem i zgryzotą starego i jedną tylko położył zasługę dla spraw rodu, że wprowadził do domu rodziców Jaworskiego. Stary Taubert wnet obrachował, że zięć to będzie wymarzony, porozumiał się z żoną, ułożyli kampanię. Sprawa była łatwa, bo Jaworski był przystępny, pannie się podobał i dawał się ciągnąć w matrymonialne sidła.
Parę przetańczonych wieczorów, parę rautów muzycznych, parę wizyt, podczas których zostawiono ich sam na sam — i Jaworski się oświadczył. Interes był załatwiony dla obu stron korzystnie, pobrali się zaraz po Wielkanocy, spędzili miesiąc zagranicą, wrócili do powszedniego życia.
Jaworski został dyrektorem cukrowni, po paru latach administratorem dwóch innych, kupił folwark, umiał robić fortunę, był zdolny niesłychanie, trzeźwy, bystry, pracowity. Pożycie jego małżeńskie i rodzinne płynęło na oczach całego świata tak normalnie i spokojnie, że nawet teściowa nic mu nigdy nie miała do zarzucenia.
Bałwochwalczo przywiązana do córki, uszczęśliwioną była, że z nią się rozstawać nie potrzebuje, że zięć to współżycie przyjmuje zgodnie, że w niczem swej woli nie narzuca, na żonę nie ma żadnego wpływu.
I tak przeżyli w zgodzie i harmonii siedm lat. W pierwszym roku Anielka została matką. Dziecko dnia jednego nie było zdrowe i przemęczyło się dzięki sztuce lekarskiej i nadzwyczajnym staraniom pięć lat. Anielka też często niedomagała, jeździła ciągle z matką do wód, do gór, do morza, do błota, do powietrza, kurowanie się stało manią tych kobiet. W domu mówiono ciągle o chorobach, specyalistach, cudownych operacyach i środkach lekarskich. Po śmierci dziecka nie było końca pretensyom do doktorów i wyrzutom na złą kuracyę, na pomyłki i opowieściom symptomatów choroby i chwil ostatnich.
Taubertowa była gadatliwa, gospodarna, praktyczna, cnotliwa i despotka, Anielka — apatyczna, leniwa, próżna i bez woli; dogadzały, sobie zupełnie wystarczały, reszta ludzkości mogła dla nich nie istnieć, nie zadawały sobie nigdy w życiu trudu obserwacyi i uwagi nawet dla najbliższych, byle im było spokojnie i wygodnie.
Były zresztą przekonane, że są tak dobre, tak wzorowe, tak niezbędne na świecie, że dwóch mężczyzn, mężów są najszczęśliwszymi z ludzi.
Zamach samobójczy Jaworskiego wstrząsnął je, przeraził w pierwszej chwili, potem zadziwił, wreszcie oburzył, jako skandal, który może im zrobić w świecie nieprzyjemność. Teściowa szczególnie była oburzona i cofnęła swe łaski.
Nie odwiedzała go wcale, gdy był chory, a gdy raz pierwszy przyszedł na obiad, nie raczyła podać ręki do zwykłego pocałunku, ani przemówić słowa. Tę samą taktykę zachowywała córka.
Na obiedzie tym był i młody Taubert, przybyły z Warszawy, jak mówił: z troskliwości o zdrowie szwagra. Grobowe miny kobiet sprawiały mu złośliwą przyjemność, umyślnie był dla Jaworskiego uprzedzająco serdeczny. Stary Taubert, zajęty sprawami pieniężnemi, nie zwracał na nic uwagi.
— Widziałem strażników na podwórzu. Co tam za nowa przyczepka? — spytał zięcia.
— Robotnik umarł wczoraj.
— Może co zaraźliwego? — nie wytrzymała i ozwała się Taubertowa.
— Nic. Delirium. Zapił się!
— Ładnych ludzi kontraktuje Zagajski. Pewnie pensyę przebrał... i jeszcze policya będzie robić afery o nagłą śmierć.
— Nie. Trudności robił ksiądz z pogrzebem.
— Bardzo słusznie. Taki pijak to jakby samobójca — rzekła Taubertowa.
— No i co? Długo trup będzie w barakach? — zagadał stary, patrząc na zięcia z niepokojem, jak przyjmie uwagę.
Ale Jaworski, jakby nie słyszał, czy nie zrozumiał celu docinku, odparł spokojnie:
— Jutro pogrzeb. Zapłaciłem. W każdym razie na ten koszt się opłaci. Był to człowiek chory, słaby, prawie obłąkany; cała fabryka rada, że go niema. Naturalnie Zagajski na rok przyszły będzie ostrożniejszy przy kontraktowaniu ludzi, chociaż w zeszłym roku więcej było kramu z dyzenteryą.
— Czy to prawda, Adasiu, że chcesz zmienić chemika? — spytał Ignacy.
— Żeni się Laskowski i dostał posadę na Podolu.
— Mam dla ciebie idealnego kandydata.
— A ja otrzymałem już siedemnaście ofert z idealnemi rekomendacyami.
— W jakiej knajpie poznałeś swego protegowanego? — mruknął ojciec.
— Ja przeważnie w knajpach nie zajmuję się mężczyznami. Mego protegowanego zresztą zna i ojciec. To Józef Wojdak.
— Co, ten synowiec prałata! Twój eks-korepetytor?
— Ten sam.
— Przecie ojciec jego wziął po prałacie sukcesyę. Muszą dobrze się mieć?
— Stary założył jakąś fabryczkę, gdzieś pod Łodzią. Drut robi czy blachę... nie wiem, ale licho to idzie. Są trzy siostry do wydania. Józef potrzebuje posady.
— Hm, chłopak był porządny, spokojny, pracowity. Teraz może także socyalista, jak oni wszyscy!
— Jak będziesz w Warszawie, Adasiu, to ci go przyprowadzę. Ty się znasz na ludziach i odrazu go rozgryziesz. Miał już posadę u Starowiejskiego. Możesz się dowiedzieć, jakie ma o nim zdanie.
Wstali od stołu. Ignacy poszedł za szwagrem do jego gabinetu na cygaro.
— Baby strasznie na ciebie obrażone! — rzekł, śmiejąc się.
Jaworski podniósł oczy.
— Doprawdy? Nie uważałem! — odparł.
— To szkoda ich zachodu. Matka musiała się haniebnie zmęczyć milczeniem, a Anielka napróżno symulowała brak apetytu. Pojutrze wybierają się do Warszawy.
— Taak?
— Przecie matka mówiła to przy obiedzie.
— Nie słyszałem.
— Jesteś bardzo roztargniony, uważam. Pewnie ci do Stefy pilno! A wiesz, desperowała po tobie; była u mnie po wieści.
— Pewnie! Obiecałem jej karakułowy żakiet, a sezon zimowy u schyłku.
— Naprawdę ona ma dryg do ciebie. Chciałem pocieszyć... Trzymała się ostro.
— Nie jest znowu tak głupia, pocieszać się tobą. Wie, że się dowiem. Widziałeś młodego Skibińskiego?
— A jakże. Graliśmy u Gerhardowej. Te tysiąc rubli, coś mi obiecał, jakbym już miał w kieszeni. Chce jeszcze za folwark piętnaście tysięcy; ale jeśli Nina się zgodzi jechać z nim zagranicę, odda za dziesięć. Miej pieniądze w pogotowiu. Kiedy będziesz w Warszawie?
— Za parę tygodni. Ale jeśli Skibiński mi nie sprzeda do kwietnia, kupię Śmiechów Zaleskich, bo buraki muszę mieć gdzie plantować, a tamto mi równie do Zaniechowa przyległe.
Ignacy popatrzał na szwagra. Rozparty w fotelu, zapatrzony w dym cygara, nawet w tę chwilę siesty poobiedniej był aferzystą, roił o interesach. Znali się oddawna, obcowali ze sobą poufale, Ignacy często mu służył, znał interesa, stosunki, bawili się nawet razem i zawsze byli w zgodzie. Jaworski pożyczał mu większe sumy, dawał bez rachunku mniejsze, często używał w różnych sprawach jego pośrednictwa, słuchał jego zwierzeń i plotek o znajomych, sam opowiadał o ludziach.
W tej chwili tknęło go coś, nagle zastanowił się, zdał sobie sprawę, że ten kolega, szwagier, przyjaciel, którego znał od wielu lat, nigdy, nigdy nie opowiedział mu nic o sobie.
Znał życia jego fakty, nigdy nie usłyszał słowa wrażeń, uczuć, pobudek tych czynów.
Zapanowała chwila milczenia. Jaworski sięgnął na biuro, po blok, i nakreślił parę cyfr, potem, jakby uspokojony, rzekł:
— O sumę niema kwestyi. W każdej chwili te dziesięć tysięcy są do dyspozycyi u Smoczyńskiego.
Ignacy oparł się o biuro i wziął do ręki rewolwer.
— Czy to ten sam? — spytał.
— Mój.
— Tak do siebie palnąć! Brr!... musi strasznie boleć.
— Nie. Kiedyś rozcisnąłem palec w drzwiach wagonu, daleko było boleśniejsze.
— Ale tak, umyślnie.
— No, a mecenas Korewo. Miał raka, wiedział, że zgubiony, a poddał się operacyi... i nie wytrzymał.
— Ba, ryzykował dla życia! Ale ryzykować dla śmierci! W każdym razie dla ciebie nie pora.
— Dlaczego?
— Bo z miłości za późno, a z przesytu za wcześnie.
— A no, dlategom się rozmyślił i z pół drogi tu jeszcze wrócił.
— I rad jesteś?
— Rozumie się. Aleś mi jeszcze nie opowiedział, coś porabiał w karnawale. Nic się dobrego nie trafiło?
— Było parę panien aż z Podola. Ale posagi w ziemi, tymczasem renta. Nie było interesu. Wiesz, kto na mnie leci? Gerhardowa.
Ignac, wobec swych spraw, zaniechał badania szwagra, a ten to wiedział i spytał żywo:
— Piękna jesień. Ale córki co powiedzą?
— Myślisz, że się ożenię? Po co? — zaśmiał się cynicznie Ignac.
Sekundę oczy Jaworskiego wyraziły krytykę, a usta wymówiły spokojnie:
— Starzy będą cię swatać.
— Dadzą mi spokój, gdy nie będę o pieniądze dokuczać; a przy tej kombinacyi można będzie żyć. Baba ma milion i może się jeszcze podobać. Już mi ludzie zazdroszczą i szczekają.
— Julki się pozbędziesz?
— E, to mniejsza. Wpadła w oko huzarowi. Jakiś syn kupca, milioner. Załatwi się bez skandalu. Sto pociech mam, obserwując, jak szelma łże, ukrywa się. Gotów mi ją wykraść.
Śmiał się Ignac, zaśmiał się Jaworski i dalej toczyła się rozmowa, przeplatana pieniężnemi sprawami i skandalikami ulicy.
Potem przeszli do salonu, spędzili wieczór z rodziną. Na herbatę przyjechali Zakrzewscy, złożył się wint, i dopiero po północy wrócił Jaworski do siebie.
Usiadł do biura i wydobył stary pugilares zmarłego robotnika.
Była w nim metryka Adama Karlińskiego z przed trzydziestu pięciu lat, wypisana z ksiąg parafialnych kościoła wołożyńskiego, w wołyńskiej dyecezyi, był paszport francuski Maurycego Gosse, był bilet wojskowy Stefana Jańczuka i matrykuła uniwersytetu w Zurychu na imię Edwarda Klonowskiego.
Oprócz tego parę rewolucyjnych proklamacyi po rosyjsku, karta, zapisana cyframi, i fotografia starej kobiety.
Któraż legitymacya była prawdziwa? Może żadna. Posiadacz pugilaresu nazywał się może jeszcze inaczej, a wszystkie te dokumenty osłaniały go może w życiu przed pościgiem władz i sądu, a teraz były mocno kompromitujące. Nie rozumiał wcale Jaworski, dlaczego je od umierającego otrzymał i, przejrzawszy, postanowił zniszczyć.
A potem raz jeszcze przejrzał, zamyślił się, odłożył metrykę i fotografię napowrót do pugilaresu, wrzucił w głąb szuflady, a resztę papierów zebrał i wsunął w piec, pełen rozżarzonych węgli. Buchnęły po chwili płomieniem, pozostała ciemna kupa spalonego papieru; rozgarnął ją i piec zamknął. Sprawa była załatwiona, wedle jego zwyczaju, prędko i stanowczo. Zostawił metrykę i fotografię na ewentualny wypadek zgłoszenia się owej ślepej matki, o której zmarły wspominał, ale myśl jego krążyła około zagadkowego człowieka i odczuł potrzebę zobaczenia jej twarzy, którą ledwie dotychczas zauważył w masie robotniczej.
Baraki leżały na uboczu, czerniejąc wśród śniegu; noc była chmurna, wietrzna, ponura. Spotkał Jaworski stróża tylko, minął fabrykę, w której robota szła miarowem tętnem, i, świecąc sobie elektryczną latarką, wszedł do baraków. Dzienna zmiana robotników spała. W sali panował zaduch brudnej odzieży i ciał; czerniały po pryczach formy ludzkie, zwalone jak kłody trudem, na zwierzęcy spoczynek; rozlegało się chrapanie, stękanie, kaszel, świst i pisk niezdrowych oskrzeli, przepitych krtani, jakieś bełkotanie ciężkich zmor sennych.
Rozpalone piece jeszcze cięższem czyniły powietrze, a rozwieszone około nich kożuchy i kaftany parowały zabójczą wonią.
Wstręt, a zarazem jakby litość odczuł Jaworski; ale zaduch dławił go w gardle, prędko minął salę i owiał go chłód infirmeryi.
Okno było otwarte i w przeciągu chybotała świeczka w rogu pryczy. Dalej stała trumna, i zmarły już w niej leżał.
Jakaś litościwa dusza umyła go i ubrała. Miał na sobie czystą koszulę, palto i buty z cholewami. Ręce mu złożono na piersi i wetknięto w nie papierowy święty obrazek. Izba, przesiąkła karbolem i chlorkiem, bielała nagością ścian i pustką.
Jaworski nakierował latarkę i przyjrzał się twarzy zmarłego. Śmierć ją uspokoiła, dała wielką godność i jakby smętek. Rysy były ostre, przeraźliwie chude, ciemny zarost, zwichrzone włosy nad szerokiem, pięknem czołem, zapadłe policzki.
W tej chwili szelest się rozległ za ścianą, i w oknie ukazała się głowa ludzka.
Jaworski drgnął, o krok się usunął.
— Kto tam? — zagadnął.
— To ja. Przepraszam jaśnie pana! — zachrobotał głos stary, głuchy, pokorny. — To ja, Icek kramarz.
— Co ty tu robisz po nocy? Czego chcesz?
— Ja szedł drogą... zobaczył, co tu się świeci. Zaszedł. Tu chore leżą, nie śpią nocami, ja do nich wstępuję pogrzać się, pogadać.
— Dziś zimno. Trup leży.
— A, a, a... Szostak. Aj, co to za mądry człowiek był, ale miszigine. Nu, to ja do kotłowni wstąpię... Poczekam rana. Zmęczył się!
Żyda tego znał każdy w okolicy, i Jaworski go często widywał. Mały, suchy, siwy, pokorny, snuł się jak rok długi, po dworach i wsiach, z workiem na plecach, sprzedając drobiazgi, kupując wszystko, co się unieść dało.
Oparł się o ramę okna i rozejrzał się po izbie, potem stęknął.
— Umarł i moje trzy ruble zabrał — rzekł.
— Nosiłeś mu pewnie wódkę?
— Nie, jaśnie panie. Icek kramarz takich geszeftów nie robi. Zeszłego tygodnia ja tu wstąpił... on pożyczył u mnie pięć rubli, dał w zastaw pierścionek. Powiada, »we wtorek wypłata, przyjdź, to ci oddam«. Ot i wtorek, ot i wypłata! A za pierścionek dają mi tylko dwa ruble. A jasny pan pewnie nie obliczył nigdy, ile ja nóg zedrę, i gardła, i pleców, nim zarobię trzy ruble. Nu, co robić! Nie dam mu złego słowa. Umarł... niech sobie odpoczywa.
— Pokaż pierścionek — rzekł Jaworski.
Żyd sięgnął w zanadrze, wydostał szmatkę i trzęsącymi się z chłodu i starości palcami wysupłał z niej złotą obrączkę.
Gładka była, jakby ślubna, ale wewnątrz nie było daty, ni liter, a wyrznięty napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Jaworski przeczytał, obrączkę wsunął do kieszeni kamizelki, a żydowi podał pięć rubli. Potem, nie słuchając dziękczynień, wyszedł z izby przez kuchnię.
Gdy wracał do pałacu, widział przed sobą małą, zgarbioną postać kramarza, kulejącą w stronę zabudowań fabrycznych.
W gabinecie ujrzał Jaworski ze zdumieniem żonę.
— Co się stało? Zasłabł kto? — spytał.
— Nie. Spać nie mogłam... szukałam książki w salonie. Zobaczyłam, że się u ciebie świeci... zaniepokoiłam się, czyś nie chory.
— Byłem na podwórzu.
Anielka stanęła u biura i, jakby zakłopotana, rzekła:
— Nie masz mi przecie za złe, że jadę do Warszawy?
— Cóż znowu. Przecie co roku bywasz tam zimą.
— No tak, i przecie mieszkam u rodziców, więc cię to bardzo nie kosztuje. Muszę jechać, rozumiesz. Te wszystkie przejścia okropnie mnie roznerwowały. Na newralgię i migreny muszę mieć masaż i elektryzacyę. Tutaj toby za wiele kosztowało, i w domu jest wilgoć; zawsze mi tu gorzej.
— Ależ naturalnie, jedź i rozerwij się. Ileż ci dać pieniędzy?
— Sama nie wiem. Nie mam rautowych tualet, a muszę bywać, żeby opinię uspokoić. Ty także powinieneś przyjechać, razem bywać też musimy.
— Zabawisz pewnie do Wielkiej nocy?
— Tak. Potem mamę trzeba zawieźć na południe.
— No, to dalsze koszty. Ale na Warszawę ile ci trzeba?
— Sama nie wiem. Kuracya, tualety wiosenne, kapelusze mam stare i niemodne.
— Wystarczy ci pięćset rubli?
— W dodatku do renty, którą ojciec mi daje, tak — rzekła dość ozięble.
— No, przecie renta twoja nigdy przez moją kasę nie przechodzi. Weź pięćset, a jak przyjadę do Warszawy, to mi powiesz, czy wystarcza.
Wzięła pieniądze, ożywiła się.
— Tutaj ci nic brakować nie będzie; zostawię dyspozycyę szczegółową Gołębiowskiej i Józefowi. Śpiżarnia zaopatrzona, możesz przyjmować gości. Ale, proszę cię, przyjedź prędko, zrób to dla mnie. Zostawię ci wszystkie klucze od sreber i piwnicy. Muszą nas ludzie widzieć razem.
— W końcu przyszłego tygodnia przyjadę. Muszę być przy transporcie cukru tutaj.
— Naturalnie, ale i ty potrzebujesz rozrywki. To straszne takie zakopanie w tej pustce.
Szła ku drzwiom i jeszcze się obejrzała.
— Ale, wiesz? Ojciec ma partyę dla Ignasia.
— No? — spytał, sięgając po księgę na biurze.
— Hrabianka, prawdziwa! Co to za mężczyzna! może wysoko sięgać!
Jaworski zrozumiał, że ona, kobieta, musiała się zadowolić prostym szlachcicem, ale brat może już mieć hrabiankę.
— Matka będzie rada! — rzekł uprzejmie.
— Spodziewam się. Wszyscy radzi będziemy.
— Ojciec chyba najmniej, bo to drogi interes i procentu nie da.
— Trudno, trzeba żyć i dla idei! — wymówiła z godnością i wyszła.
Jaworski zapisał w księdze:
»Osobiste«: 5 rb. — Anielce do Warszawy: 500 rb.
Potem dobył obrączkę i jeszcze raz odczytał napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Starorzymska przysięga oblubieńców: Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja.
Zdjął z palca własną obrączkę, były identycznie podobne i miały równie martwe litery, bez treści. Z dziwnym uśmiechem pomieszał je w dłoniach i, nie patrząc która, wsunął na palec, drugą rzucił do szuflady obojętnie.
Nazajutrz wyjechali wszyscy, i Jaworski zajął się zwykłą pracą. Po południu na furgon włożono trumnę Szostaka i powieziono na cmentarz. Formalności były załatwione, ksiądz czekał u grobu.
Wbrew utartym frazesom, że za trumną nędzarza nikt nie idzie, na to widowisko wyległo z czworaków dworskich kobiet i dzieci co nie miara i poszli gapić się aż do mogiły.
Wyleciała też z baraków kucharka Jagusia.
Przez okno biura spojrzał Jaworski na trumnę, na gawiedź, na Jagusię i przypomniał sobie chwilę zgonu i dyszkant dziewczyny, wyśpiewującej przeciągle:

O mój Jasinku, na rany Boga!
Słońce zachodzi — daleka droga!

A słońce zachodziło właśnie czerwono, krwawo — i odszedł Szostak w daleką drogę!





III.

Zaraz po skończeniu kampanii cukrowniczej Jaworski odwiózł żonę z teściową do Nicei i zabawił tam parę tygodni. Za powrotem do kraju zajął się gospodarstwem w świeżo nabytym od Skibińskiego folwarku i remontem fabryki. Zdawał się być pochłoniętym interesami, aż raptem pewnego wieczora dał rozporządzenie rządcy na dłuższy czas i wyjechał, nie mówiąc, dokąd i na jak długo.
Kurs daleki był. Spędził w wagonie i na różnych węzłowych stacyach dwie noce i dzień. Wysiadł wreszcie na małej platformie wśród lasów i wynajął chłopską furę do Bobrowa.
Zaraz o dwa kroki od plantu wnurzyli się w bory i w ciszę bezludzia.
Na świecie był koniec kwietnia, i cała ziemia rozparzona była słońcem, parowała wonią, tętniła potężnem odrodzeniem.
— Nie rąbią tu u was lasów? — rzekł Jaworski do skulonego, milczącego chłopa.
— Kazienne! — odparł lakonicznie.
— W Bobrowie dostanę czółno?
— A dokąd?
— Do Jaseł.
— Czemu? Dostanie. W Jasłach pan do batiuszki?
— Nie. Dalej. Do Tepeńca.
— Aha! Ja i myślał, że pan do dwora gość. Będzie pan w Tepeńcu na zachód słońca.
— A nie wiesz? Jest pan w Tepeńcu?
— A gdzie ma być? Teraz siewy. A to panu można teraz czółnem prawie pod sam dwór dopłynąć. Wielka woda w tym roku i do Jaseł nie trzeba skręcać; z Bobrowa rowami do jeziora, prosto! Pan tu pierwszy raz w naszych stronach?
— Nie, ale byłem dawno, zapomniałem.
— Za trzy ruble ja sam dowiozę pana czółnem do Tepeńca — rzekł po chwili chłop.
Jaworski się zgodził, a zmęczony podróżą w wagonie, wyciągnął się na sianie, jak do snu, odczuwając wielką rozkosz ciszy.
Jechali wązkiemi, krętemi dróżkami, jakby szczelinami w borze; wyjechali na groble długie a wązkie, wśród bezmiaru bagnisk; mijali piaszczyste wzgórza jałowe, pustki wrzosowisk i wygonów, porosłych łozą, szmaty zagonów, nie spotkali człowieka, aż wynurzyli się raptem nad rzeką, rozlaną, jak morze i wjechali w ulicę szarej wsi. Pod jedną z chat chłop przystanął, wszedł do środka; wyszedł po chwili z drugim i z babą.
— Pójdziemy, panie, do czółna! A może pan chce wstąpić do karczmy, wypić herbaty?
Jaworski nie czuł głodu, i spieszno mu było. Chłopi wysłali czółno szuwarem i wzięli za wiosła, a parli łódź, że jak ptak śmigała. Im bliżej celu, tem Jaworskiego ogarniał większy niepokój i jakby lęk i wstyd, a przecie chęć przybycia jak najprędzej.
Ten brat, senior rodu, który go niegdyś traktował, jak dziecko, potem krytykował ostro, z którym wreszcie rozeszli się w rozdrażnieniu i niechęci, a którego, pomimo wszystko, czcił i miał dla niego w głębi duszy wielką wiarę i tęsknotę braterstwa, ten brat imponował mu zawsze, choć z tem uczuciem się borykał, chociaż się buntował, choć poszli innemi drogami, inne mieli ideały i cele, choć wreszcie przez lat dwanaście nawet nie pisali do siebie.
Adam pierwszy się odezwał. Słów kilka chęci widzenia i rozmowy. Odpowiedzi nie było długo. Zwątpił, czy będzie. Gdyby przyszła wcześniej, możeby nie sięgnął po rewolwer.
A gdy ją otrzymał, nie było dnia, by o tej podróży nie myślał z utęsknieniem.
A teraz lęk czuł! Co powie i wogóle czy co powie. Czy znajdzie tego, którego sobie przedstawiał, i jak będzie przyjęty. Boć przecie tamten zwyciężył. On, Adam, przychodził do Canossy.
W głowie kłębiły mu się myśli; układał spotkanie: co powie, co usłyszy; widział brata, jak go znał, człowieka form wyrafinowanych, estety w każdym ruchu i czynie, który nigdy się nie śmiał, a ledwie się uśmiechał, ale który też nigdy nie wybuchał gniewem, ani nawet głosu nie podnosił.
Tak zamyślony był, tak skupiony w swem wnętrzu, że ani widział drogi, ani czasu rachował. Jakby ze snu zbudzony, drgnął, gdy czółno uderzyło o brzeg i chłop rzekł:
— Przyjechali, panie.
Zerwał się, rozejrzał, byli przed dzikim parkiem, którego chmielami osnute olchy i dęby pochylały się w nurty jeziora. Przecięta linia wiodła ku wzgórzu, na którem stał dom murowany, wielki, dachówką starą kryty.
Chłop wziął jego kuferek i chciał za nim iść ku dworowi, ale Jaworski zapłacił za kurs i odprawił czółno.
Gdy zniknęli, ruszył sam, umieściwszy kuferek pod drzewem.
Park szeroko się rozrósł, ale był opuszczony i nie utrzymywany w porządku. Aleje zarosłe zielskiem, gąszcza rozczochrane, zwały burzą strąconych drzew robiły wrażenie kęsa puszczy.
Tylko ścieżka, wydeptana od jeziora, znaczyła ślad życia i człowieka.
Przed domem wielki dziedziniec zarosły też był i nieuprawny. Ze zdziczałych klombów, z darni bielały narcyzy, czeremchy w bieli; murowany podjazd pod sklepiony środkowy ganek zieleniał darnią; drzwi i okna pałacu były szczelnie zamknięte. Ścieżka szła do bocznego ganku w skrzydle, gdzie pamiętał, że były dawniej gościnne pokoje i kredens.
Z obu stron dziedzińca dwie murowane oficyny wyglądały też niezamieszkałe.
Jakiś strach, groza nieszczęścia, ruiny, ścisnęła serce Adama. Dwór wyglądał jakby umarły. Nigdzie ani człowieka, ani zwierzęcia, ani życia. Obejrzał się, zawahał i poszedł ścieżką.
Nagle stanął. Na trawniku przed tym bocznym gankiem stała kobieta i kopała grzędę. Plecami była doń zwrócona, ale z kształtów wyglądała młodo, a z odzieży nie chłopką, więc zawołał:
— Panienko, czy zastałem pana Jaworskiego?
Obejrzała się żywo, i spojrzeli na siebie.
Miała twarz ogorzałą od słońca i wiatru, uderzająco piękną, młodą i zdrową. Szczególnie piękne były oczy, ciemne i głębokie, a bardzo bystre i jakby surowe. Objęła niemi całą postać obcego i odpowiedziała spokojnie:
— Pan Jaworski w polu, u roboty.
Spojrzała na słońce i dodała:
— Za godzinę wróci.
— Gdybym wiedział, gdzie go znajdę, poszedłbym — rzekł.
— Niech pan przejdzie za pałac, na prawo, tam świerkową aleją ku folwarkowi; tam jest.
Wskazała mu ręką i znowu kopała ziemię czarną, wilgotną, ciężką, nie zdradzając żadnego wysiłku lub zmęczenia.
— Dziękuję pani! — uchylił kapelusza i ruszył za dom, gdzie park się dalej słał równie dziki i zostawiony woli natury. Tu się ścieżki dwoiły.
— Do zdroju ta, na folwark ta — szepnął do siebie i zaraz myśl mu wróciła do niespodziewanego zjawiska-kobiety.
Kim była? Żoną i panią — nie, kochanką zapewne — pół służącą, pół gospodynią — częsta rzecz u starego kawalera i obywatela.
Uczuł niesmak i żal, jakby bolesny zawód, i już inaczej przedstawił sobie spotkanie, stosunek z bratem.
Znał, przypomniał sobie tę drogę do folwarcznych budynków, które leżały osobno, poza rezydencyą. Olbrzymia aleja stuletnich świerków prowadziła doń, a z obu stron ciągnął się sad, teraz biały od kwiecia owocowych drzew, aż odurzający wonią. Słońce chyliło się już, było cicho, ciepło, cudnie. Z wód wrzały żabie kapele, po gąszczach wywodziły słowiki, a była poza tem uroczystość bezludzia i jakaś boska piękność poezyi.
Gdy się urwała kolumnada świerków, ujrzał Adam przed sobą szmat zoranej roli i jednego człowieka, który szedł brózdą; opasany był płachtą i siał ziarno ruchem monotonnym, równym, szerokim, jakby ogarniającym w uścisk ku piersi.
Szedł ku niemu i, zanim poznał i zobaczył wyraźnie, przeczuł brata Adam.
Wysoki był, szczupły, bez surduta, w białej koszuli i, obyczajem siewcy, z odkrytą głową.
Co krok był wyraźniejszy, odnajdywał Adam jego twarz o ostrych rysach, kanciaste czoło, spokojne, panujące sobie oczy.
Szedł ku słońcu, więc nie widział w blasku stojącego pod świerkiem, a że mu zbrakło ziarna w płachcie, poszedł do worka na miedzy.
Przystanął i zadumany słuchał melodyi nadchodzącego wieczoru, tętnienia ziemi i powietrza.
Stał tak długą chwilę, cały w czerwieni słońca, gdy od folwarku tętent się rozległ i nadjechał konno człek w kurcie i długich butach, ekonom zapewne.
— Brony idą, proszę pana. Ja dosieję — rzekł.
Jaworski zdjął płachtę i rozmawiali chwilę.
Potem poszedł po swój surdut i czapkę, leżące na drodze, i Adam ku niemu się zbliżył.
— Antek! — zawołał.
Tamten oczy podniósł i rozradowanie przeszło mu lica, że w Adamie zabiło serce, zaśmiała się dusza na to nieme powitanie.
Podali sobie ręce i trzymali je chwilę w uścisku, patrząc na się.
— Długoś leżał? — rzekł starszy z odetchnieniem.
— Wiesz?
— Czytałem w gazecie.
— Bardzoś był oburzony?
— Nie. Byłem rad. Kto chce umrzeć, nie rad z życia. Kto nie rad z życia, może się wrócić od jakiegoś rozstaju, gdzie się opamięta, że błądzi.
Adam milczał, a po chwili rzekł:
— A ty? Co tu u ciebie? Jak?
— Pytasz o Tepeniec? Pracowałem dwanaście lat i pracować będę do końca. Nie ustąpiłem ani piędzi i nie ustąpię. Długów mam jeszcze trochę, ale już nie groźnych; stoję mocno.
— Żebyś wiedział, jakie miałem wyrzuty sumienia za ten dział, za tę rozterkę.
— Ja dotąd nie mogę przetrawić wstydu. Żeś ty pieniędzy żądał, byłeś w porządku ze sobą. Twój cel, twoje marzenie to było. Ale, że jam się targował... o monetę... to hańba! Nie miejże wyrzutów, nie uważaj się za winnego, ani złego. Twój dział to był... wziąłeś. Stroną upokorzoną ja jestem, więc nie wspominajmy tego. Przeszło, jak zły sen. Nie żal mi lat, które tu w biedzie spędziłem... przesłużyłem je idei. A że zbankrutowana ta idea, nie ja winien.
— Jakto?
— Bom tu trwał... i zostanę... ostatni, a oni rzucili i precz poszli.
— Kto? Oni?
— Ostrowscy, Bujnowie, Szustowscy, Wojny... wszyscy, oprócz mnie. Ale o tem potem. Chodźmy do domu. Jesteś, jesteśmy! To dobry, piękny dzień! Mów o sobie. Czytałem, żeś się ożenił; czytałem, żeś bogaty i znany; czytałem, żeś syna stracił; czytałem twoje fachowe referaty...
— I żem się zastrzelił wreszcie ze zbytku szczęścia! — zaśmiał się Adam.
— Kto myślący i czujący nie brał za broń? kto nie chciał wyzwolenia? kto nie szalał z rozkoszy i z rozpaczy?
Szli obok siebie ku domowi w ciszy tak wielkiej, że omal słychać było spadanie jabłoniowego kwiecia.
— Jaka cudna tu wiosna! — szepnął Adam.
Antoni odkrył głowę i przystanął.
— A żebyś tu przeżył listopad! Dopierobyś czuł różnicę!
— Możebym listopad zeszły lżej tu przeżył, niż tam.
— A jednak to tylko pozorny spokój! — rzekł Antoni zasłuchany. — Wnurz się weń całą duszą, a rozeznasz tysiące wrzeń, tętn, dyszenie szału. To młodość, to wrzątek żądz, zachwytów, uwielbień, rozkoszy, dreszczów posiadania, uciechy tworzenia.
— W tobie musi być spokój! — szepnął Adam.
— Spokój jesieni, ten prawdziwy!
— Albo spokój szczytów.
— Kędy lód kwiatem, a skała gruntem, i kędy nic z dolin i nikt nie dotrze. Jeśli taki mam, czy mi zazdrościsz?
— Zazdroszczę.
— Nie. Masz mnie za lepszego, wyższego, niż jestem. Bywałem na nizinach... znam ciężkie piaski i czarne błota... żyłem, nic ludzkiego nie minąłem.
— Wierzę; aleś przechodził dalej, nie ugrzęzłeś, nie zaprzedałeś się tam w służbę, nie spodlałeś w niewoli, nie upodobałeś sobie i nie zostałeś. Jesteś wolny. O, zazdroszczę ci!
Twarz Antoniego powlekła się cieniem smętku.
— Wolny jestem, ale i bardzo samotny.
— Teraz mi już z tem dobrze, ale wiele to zgonów kosztuje.
— Może być, ale nie zgonu duszy.
— Jeśli tak mówisz, to dowód, że twoja żyje.
Adam się szyderczo uśmiechnął.
— Postaram się opowiedzieć ci to życie. A ty, piszesz jeszcze cokolwiek? Szukałem po pismach, po księgarniach twego pseudonimu... napróżno!
— Nie, nie piszę. Takie te myśli moje były cudaczne wobec nowych prądów, że nie śmiałem się więcej odzywać. Może to, co mi się wydaje zdrowe, przyjemne i mądre, mnie tylko służy, nie innym ludziom. Poco im przedstawiać ideały, może przeżyte, może bezrozumne, a w każdym razie będące głosem wołającego na puszczy. Nie, nie piszę nic, ale czytam wszystko, co inni piszą... i żal mi ich.
— No, ale skrzypiec nie zarzuciłeś?
— Nie.
— Pójdziem do krynicy i będziesz mi grał. Pamiętasz... wtedy, gdy byłem na wakacyach i przyjechali Wołodźkowie z Wilna. Toć już temu lat dwadzieścia. Nie wiesz, co się z nimi dzieje?
— Mieszkają w Petersburgu. On ma wysoką posadę w ministerstwie. Mają dwoje dzieci.
— Jak ona ślicznie grała! Toć od tych wakacyi jużeśmy się mało co widzieli. Odbiłem się od domu.
— Stefka umarła, mąż jej z drugą się ożenił i służy w Tule. Kazimierz umarł w Irkucku, dwa lata temu. Zostało nas tylko dwóch.
— A po nas?
— Młodyś, żonaty. Dzieci twoje tu przyjdą.
— Jeśli chcesz dziedziców mieć, to na mnie nie rachuj.
— To w takim razie stracona placówka!
Wstrząsnął go dreszcz — jakby nie kwitnąca wiosna była wokoło, ale jesienne mgły, — jakby nie płatki śnieżne leciały z drzew, ale ostatnie zmrożone liście, — jakby nie zawodziły słowiki, ale szare korowody wron krakały pogrzebową pieśń.
Szli czas jakiś w milczeniu — aż się starszy opamiętał, opanował, przemógł i rzekł:
— Trzeba było tak robić... basta. Niema nad czem medytować. Chodźmy. Czeka na mnie pewnie stary Kuźma z raportem. Pójdziemy potem do krynicy. Pewnieś głodny!
— Trochę, od rana na czczo. Ale, Antku, masz bardzo piękną gospodynię.
— Tak, bardzo piękna! — potwierdził spokojnie. — Trzy lata, jakem ją przywiózł z Paryża.
— Z Paryża!
— Tak, to córka wuja Lipińskiego.
— Nic o nim nie wiem.
— Ano, był ciotecznym bratem matki i wyemigrował. Ożenił się z Angielką, nauczycielką, i całe życie spędził w Paryżu. Był to mól książkowy i uczony. Naturalnie nędzarz. W ostateczności odezwał się tu listownie do matki, o której śmierci nie wiedział, polecając jej swą bibliotekę i swój pogrzeb. Pojechałem w porę, bo już za koszta pogrzebu opisano książki. O córce nawet nie wspomniał. Zapłaciłem, zabrałem bibliotekę i ją. Mam córkę.
— Śliczna dziewczyna!
— I nie dziewczyna. Poznała jakiegoś demagoga z rewolucyjnej partyi międzynarodowej. Pobrali się. Potem ją rzucił i zginął bez wieści. Pewnie zastrzelono go gdzie w strajku. Ano, poznała życie!
Szli znowu chwilę w milczeniu, zbliżyli się do domu.
— Nie zajmujesz całego! — rzekł Adam.
— Tylko to boczne skrzydło, cztery pokoje w korytarzu. Reszta stoi pustką; kasztelanowa tam chodzi w księżycowe noce i inni, co tam żyli i panowali. Zachowane sprzęty i ozdoby... wszystko... jakem dostał.
Na ścieżce od krynicy zamajaczała w zmierzchu postać — i poznał Adam kuzynkę.
— Przedstaw mnie — rzekł do brata.
— To twój i mój brat, Atmo — odezwał się Antoni.
— Atma! — powtórzył Adam zdumiony.
— Tak. Mam takie imię! — odpowiedziała z uśmiechem, stawiając na ziemi dzban pełen wody i podając mu rękę.
— Gdzie, kiedy jam to imię słyszał?
— Możeś studyował sanskryt, bo to znaczy: dusza! — odparł Antoni.
— Nie, alem słyszał. Nie pamiętam, kiedy, jak!
Kobieta wzięła dzban i podała Antoniemu.
— Zgrzanyś dobrze robotą. Wypij.
— Pięknie tam u krynicy! — rzekł Adam.
— Wszędzie pięknie! — odparła, obejmując promiennemi oczami widok wokoło.
Gdy Antoni jej oddał dzban, z którego pił długo i chciwie, Adamowi wyrwało się bezwiednie.
— Daj i mnie.
I pił z jakąś lubością wodę chłodną — i wydała mu się inną smakiem od wszelkiego napoju.
A gdy oderwał usta od ciemnej gliny, spostrzegł utkwione w sobie oczy kobiety, spokojne, głębokie i jakby litościwe. I od wejrzenia tego poczuł w sobie drżenie i rzewność, i pociąg ufności do tej obcej przecie, a bardzo jakby swojej.
— Chodźcie, wieczerza czeka! — rzekła, ruszając naprzód.
Na ganku siedziało paru chłopów i ekonom. Antoni pozostał, rozmawiając z nimi. Adam wszedł za Atmą do wnętrza domu.
Był to ciemny korytarz, z którego drzwi były do kilku pokojów na obie strony.
Pierwszy na prawo zajmował Antoni. Była to wielka komnata z olbrzymim kominem i alkową w głębi — niegdyś sypialnia ich ojca. Małe, nizkie drzwiczki w bocznej ścianie pamiętał też Adam jako wejście do tak zwanego skarbca, małej, sklepionej komnatki, kędy był skład starych pamiątek, dokumentów i broni.
— Teraz tam najwięcej książek — rzekła Atma, prowadząc go dalej i objaśniając. — Tu obok mamy jadalnię, i spędzamy zimowe wieczory. A ten ostatni pokój na prawo ty zajmiesz, a tam dalej... duchy panują — dodała z uśmiechem, wskazując starą makatą zawieszone drzwi. — A tu na lewo mój pokój i kuchnia, i to wszystko — zakończyła.
— Widziałaś może sama duchy? — spytał żartobliwie.
— I wiele razy! — odpowiedziała spokojnie i zaraz dodała: — A gdzie twoje rzeczy?
— Zostawiłem nad jeziorem. Zaraz je przyniosę.
— Makar je znajdzie. Stary Makar, pewnie go pamiętasz, lokaj waszego ojca, kronika żyjąca całej rodziny. Gospodarujemy z nim wspólnie w domu i on mnie pouczył całej historyi rodu.
— Pamiętam go, chociaż nie byłem w łaskach, bo, jako najmłodszy, wymagałem respektu, a stary mnie lekceważył. I wy tak odludnie, samotnie, ciasno żyjecie? Nie przyjmujecie sąsiadów, nie bywacie?
— Nikogo i nie mamy stosunków. Zimą wyjeżdżamy na kilka tygodni. Ja dopiero w tym roku mogłam dostać paszport zagraniczny. Tamte dwa lata Antek sam wyjeżdżał, ja zostawałam sama, z kasztelanową.
— Brr! — wstrząsnął się Adam.
Weszli do jadalni i kobieta zapaliła świece w pięknym, starym, pięcioramiennym kandelabrze. Stół był nakryty atłasową, wzorzystą bielą staroświeckiego obrusa; stare, cenne były srebra i porcelana, stylowe meble, na ścianach makaty, bronie; po kątach w zmroku, oszklone kredensy.
Teraz Adam uczuł wilczy głód, i rzekł:
— Dałaś mi wody, duszo, daj chleba. I powiedz, skąd ja cię znam?
Podała mu chleb czarny, ale na srebrnej tacy, i sól w rzeźbionej, złoconej solniczce — i rzekła z tem samem spojrzeniem poważnem i litościwem:
— I tyś mi znany i swój. Możeśmy się spotykali przed wiekami i teraz się odnaleźli.
— Nie rozumiem, nie pamiętam, ale cię znam! Nie mógłbym ci powiedzieć: pani; wydawałoby mi się to śmiesznością; a przecie dlaczego mówię: ty!?
— Mów. Siostrą wam jestem przecie.
Wszedł Antoni, a za nim stary człowiek, suchy, łysy, z twarzą ogoloną — wniósł dymiący półmisek.
— Makarze, poznajesz panicza Adasia? — spytał gospodarz.
— Nie. Bardzo panicz kiepsko wygląda. W nieboszczkę panią się udał i pewnie często choruje. Padam do nóg paniczowi, a może panu, bo to widzę obrączkę na ręce.
— Już wolę paniczem być.
— Woleć, toby pan wolał po niewczasie. I jabym wolał, żeby mnie jasny pan nie był ożenił. Ho, ho! co to kosztowało! To chrzcij, to chowaj, to znowu chrzcij. Siedem razy tak się mieniało, aż znowu kawalerstwo wróciło. A wszystko w robocie tylko mitręga i rozpić się człowiek może. A czemu pan nam swojej pani nie przywiózł na pokaz!
— Za granicę wyjechała na kuracyę.
— Masz tobie! Ja mówię, że z kobiet tylko doktorzy korzyść mają i księdze! Niechże pan u nas się odpasie i barwy nabierze... ot, jak mój panicz i panienka, pana Lipińskiego nieboszczyka sierota, cośmy ją sobie aż z Paryża dostali. Udała nam się! — uśmiechnął się do Atmy, podając jej półmisek.
— Makarze, rzeczy pan Adam nad jeziorem zostawił. Poślijcie po nie Iwasia.
— Nie zginą. To nie siano, nie drzewo, nie rzemyk, nie żelazko. Chłop nie weźmie.
— Jutro, Makarze, powieziemy pana Adama do Słubisk — rzekł Antoni.
— Ja nie popłynę. Niech panicz strażnika weźmie. Ja jutro pałac po zimie wietrzę i porządkuję.
Powiedział to uroczyście i stanowczo, i nikt mu nie zaprotestował.
Gdy wyszedł rzekł Antoni:
— No, tedy się, Atmo, przygotuj, że tydzień będziesz bez kucharza i służby. Stary odprawiać będzie swą celebrę tradycyjną.
Przez okno zajrzał do komnaty przepyszny srebrny miesiąc i aż ćmił żółty blask świec. Atma otworzyła okno, kłąb woni pąków, liści, rosy ciepłej i czeremchy zalał pokój — i aż zatętniało od chóru żab i słowików.
— Zmęczonyś! — rzekł Antoni do brata, który, o stół wsparty, oczy przymknął i umilkł.
— Nie wiem! Takbym się nie ruszył! — szepnął.
Makar wszedł, stół sprzątnął, Atma zdmuchnęła świece. Pokój był cały w blasku srebrnym z nieba, w woni kwitnącej przyrody, w melodyi bezludzia.
Potem rozległo się cichutko, brzęcząco, parę tonów próbnych i przeciągły ton skrzypcowej skargi. Podniósł oczy Adam i ujrzał brata w oknie, jak zapatrzony w księżyc grał — a obok niego siedzącą na parapecie okna Atmę.
Wokoło jej jasnej głowy miesiąc czynił jakby srebrną gloryę — miała oczy w niebo wzniesione, zamyślone, promienne, i usta jej z cicha nuciły melodyę muzyki.
— Atma! — szepnął raczej myślą, niż dźwiękiem, a przecie obejrzała się nań i dotknęła go temi oczami, jak jakąś matczyną miłosną pieszczotą.
I nagle przypomniał sobie, kiedy ją widział, kiedy z nią był, kiedy ją wołał!





IV.

Cisza zbudziła Adama — i chwilę nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest.
Spał w wielkiem łożu pod baldachimem z wypłowiałego amarantowego adamaszku; ścianę pokrywał stary perski dywan, zawieszony palmami, wianuszkami święconych na Boże Ciało ziół, różańcami, szkaplerzami i mnóstwem tym podobnych pamiątek starych dorocznych obyczajów kultu. Złocisty obraz Jasnogórskiej Królowej jarzył się w środku — tak daleko, tak dawno, tak długo tu królował i cześć odbierał, od tylu pokoleń szczepu, rzuconego na dalszą rubież państwa.
Ten wizerunek przypomniał Adamowi wszystko. Dzieciństwo najpierwsze, gdy jego łóżeczko stało w tym pokoju matki, i pacierze odmawiane za nią, powtarzane słowa, na kolanach, przed tym obrazem.
Wszystko przypomniał, nawet tę woń ziół zeschłych, i domowego płótna i żywicy.
Przez szpary okiennic słońce smugami leżało na posadzce, a cisza pełna była ptasiego wesela ze dworu.
Adam sięgnął po zegarek, ale pokazywał trzecią — zapomniał go z wieczora nakręcić. Zerwał się tedy, i otworzył okienicę.
A w tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Antoni.
— Wyspałeś się? — rzekł.
— Musi być późno?
— Już po południu.
— Czemuś mnie nie zbudził?
— Po co? Człowiek śpi, ile mu potrzeba. Może chcesz się wykąpać? Jam się zgrzał na polu, idę do jeziora.
— Bój się Boga! W kwietniu do jeziora?
— Jeśli ciepło... Ja się kąpię, ledwie lód spłynie.
— Masz racyę. Idę. Człowiek jest cudaczne stworzenie. Nie lęka się kuli, a raptem boi się przeziębienia.
Poszli ścieżką ku jezioru — i Adam odczuł dziecinną przyjemność zanurzenia się w wodę chłodną, przejrzystą, rzeźwą, i wyszedł zeń rozgrzany, głodny i wesół.
Gdy wracali, dom stanął przed nimi w całej okazałości i wyglądał inaczej, niż wczoraj. Wszystkie drzwi, okienice i okna były szeroko otwarte, a pod gankiem Makar stary kiwał na nich, wzywając, by weszli.
— Chcesz? — spytał Antoni.
— Owszem. Tak mi dziwnie wielu rzeczy się chce... takich młodych, prostych, dawnych. Obejrzeć wszystkie kąty, poszukać gniazd po krzakach na wyspie, odnaleźć stare drzewa i dziecinne kryjówki, zastawić kosze na rybę, szukać raków po pieczarach nadbrzeżnych, jeść, pić, gwizdać... dzieckiem być. Hej, jak to dawno to dzieciństwo!
— Dawno? Wczoraj. Jeśli je odczuwasz, używaj.
— Ba! od tego wczoraj do dziś upłynęło już życie!
— Zdaje ci się! Możeś go jeszcze nie zaczął... tym razem.
— Jakto? — spytał Adam.
Ale Antoni nie mógł odpowiedzieć, bo weszli do wielkiej sieni, dość mrocznej, i Makar mówić zaczął:
— A co, paniczku? wszystko na swojem miejscu, wszystko w porządku. Ot, łby łosie i dzików, i rogi jelenie... pamięta je panicz? a ot, jadalnia... portrety pamięta panicz... a ot, sala.
Prowadził po komnatach wielkich, nizkich, trochę ciemnych — i istotnie wszystko było w porządku zachowane, utrzymane z pietyzmem.
Adam wszystko pamiętał, odnajdywał: i meble stylowe, ciężkie, olbrzymie, i gobeliny i obrazy, i piece ogromne z zielonawych kafli, i piękne bronzowe kandelabry, i wenecki, bezcenny żyrandol w wielkiej sali. Wiekami zbierane dostatki, pamiątki, które teraz przedstawiały fundusz.
Głosy ich i kroki rozlegały się uroczystem echem — odkryli głowy i mówili z cicha, z czcią dla przeszłości i tradycyi — ale na duszach braci kładł się od tych ścian jakby ciężar. Antoni miał w oczach smętek i powagę, Adam tęsknotę za tą wiosną i życiem, bijącem do głębi mrocznych komnat przez otwarte okna. Gdy się znaleźli znowu w słońcu, pod niebem, Adam odetchnął głęboko.
— Jakiemi ofiarami i abnegacyą potrafiłeś to tak utrzymać! — rzekł, z podziwem patrząc na brata.
— Postanowiłem, ślubowałem i... kochałem. Żadna usługa, ani ofiara. Nie mniej ty pracowałeś, postanowiwszy zdobywać jak ja, by zachować... Jesteśmy równie rzetelni robotnicy.
Z za węgła domu ukazała się Atma z pękiem czeremchy i narcyzów w ręku i zawołała ich do jadalni. Raczył się też ukazać i Makar i zasiedli do obiadu.
Adam jadł z wilczym apetytem, a potem poszli we troje dziki sad, ku krynicy. Długa do niej była ścieżka; szła przez zdziczałe szpalery i aleje, mijała mostki na porosłych rzęsą wodną i liliami kanałach, wiła się zygzakiem, aż za ogród, w dziki już olchowy gąszcz, na skraj bezbrzeżnych sianożęci.
Atma szła pierwsza, Adam za nią, a wokoło maiła się, woniała, śpiewała radosna wiosną ziemia.
Weszli na ślizkie kładki, rzucone wśród łóz, chmielów, czeremch, kaliny, i stanęli nad krynicą. Ujęta w wydrążony dębowy pień, przezrocza, głęboka, była jak źrenica, w której błękit się przeglądał. Tak modra była jak niebo i tak spokojna. Czasem, strącone skrzydłem ptaszem, opadały w nią złote pyły łozowych kwiatków, i mignąwszy na toni zsuwały się w ruczaj, który sączył się ze zdroju, w gąszczu — do jeziora.
Stara, potężna, rosochata wierzba rosła u krynicy, a pod nią zwał drzewny tworzył jakby ławę, na której usiedli we troje i milczeli — zapatrzeni, zasłuchani.
— Doczekamy wieczornego koncertu! — rzekł Antoni.
— Muzycy są już w komplecie! — odparła Atma. — Zawczoraj słyszałam, że i tenor solista już robił próbę.
— Cudnie tu — oddychając głęboko, szepnął Adam. — Cudnie, bo niema ludzi.
— Niestety! — rzekła Atma.
— Co? Żałujesz, że niema ludzi?
— Nie! Boć nas tu jest troje. Mówię niestety, bo ludzi mi żal. Właściwie, naturalnie trzeba im żyć ze sobą w gromadzie, a przecie tak im ze sobą źle, taki zgrzyt, jęk, niechęć tworzą wokoło siebie.
— Jeszcze gorzej, gdy zostanie każdy sam ze sobą. Jedni się śmiertelnie nudzą, inni śmiertelnie męczą. I to jest życie! Pomyśleć, że się rodzimy na te kilkadziesiąt lat przemarnowanych, żeby umrzeć! Nie lepiej to drzewu, które prześpi zimę, żeby tak odżyć na nowo?... tym łozom, żeby co wiosna kwitnąć? A człowiek tylko może starzeć, marnieć i zgnić!
— Ale tak myśląc, jakże się nazywać panem stworzenia? Zresztą i liść tegoroczny zgnije, i kwiat tegoroczny obleci... a drzewo żyć będzie. A pan stworzenia... on jeden zgnije zupełnie? A ta potęga, co życie wieczyste wszystkiemu dała... względem człowieka zrobiła wyjątek, rzuciła go wśród trwania, na mgnienie jedno, aby kochał, cierpiał, tworzył, panował światu, myślami szczyty i otchłanie ogarnął... i zgnił!
— A jednak tak jest!
— Tak jest? Dla kogo?
— Dla wszystkich ludzi!
— O których mówiłeś, że jedni z sobą się nudzą, a drudzy z sobą się męczą. Z kimże oni wtedy są, gdy są sami?
— Z tobą — uśmiechnął się, podnosząc do niej oczy.
Ale jej twarz była jakby zmieniona, przeciągnięta skupieniem i bólem. Ogarnęła go oczami, które były jakby smugą błyskawic, że go od spojrzenia tego przejęła groza i potęga mocy i upokorzenia. I wydała mu się nie młodą, piękną kobietą, ale jakimś symbolem, zjawiskiem jak światy odwiecznej — idei.
— Ci pierwsi jeszcze duszy nie czują, ci drudzy z nią w walce. Z nią jest dopiero życie. Ani jedni, ani drudzy nie rozumieją życia. Dużo ciał zedrą, jak szat, zanim pojmą Prawo. I przeto mi ich żal!
Wpatrzony w nią, nie pomyślał zaprzeczyć, dyskutować — nie rozumiał jej, a wierzył i spytał:
— Co jest prawo?
— Bogiem wrócić do Boga.
— Przez to życie?
— Co jest życie! Jednym rokiem dla dębu jakoby. Chwilą, dniem roboczym, więzienną karą, ofiarą lub pokutą dobrowolną... dla każdego czemś innem, ale dla ducha zawsze tylko chwilą, w bardzo dalekiej drodze, w bardzo długiej pracy dla Prawa.
— I dla wszystkich męką.
— Zaklęty król w ropuchę, to jest duch w ciało uwięziony. Zali może być szczęśliwy, zali mu może być dobrze?
— Może mu tylko być spokojnie, gdy zrozumie, co go zaklęło, za co lub dlaczego! — rzekł Antoni.
Teraz Adam wpatrzył się w brata, jakby go także pierwszy raz widział. Twarz to była, przez którą ciężko, głęboko i wielokrotnie przeszedł pług życia, ryjąc niezatarte brózdy. Wszystko tam było: i trud fizyczny na skwarze lub mrozie, i troska o byt, i bezsenne noce w męce dusznej, i gorycz z dna puharów, i szamotanie się w pętach, i dzikie, rozpaczne bunty. Rysy zaostrzone i w sobie jakby skurczone, oczy przymknięte i jakby przygasłe, pajęcza sieć zmarszczek u czoła, siwy włos na skroniach, na ustach uśmiech mądrości, co wszystko rozumie i niczego się nie lęka. A ponad tą mozaiką życiowego pisma jedna jakby pozłota, jeden ton — zwycięskiego, niezachwianego już spokoju.
Patrzał przed siebie bardzo daleko, szeroko — w błękit i rzekł po chwili:
— Prawo ducha jest: Bogiem wrócić do Boga; a jest jeszcze drugie prawo dla ziemi: cierpieć. I jedynem tego życia nieszczęściem jest walka człowieka z tem prawem, bunt przeciw niemu, żądza, by tu nie cierpieć, szukanie szczęścia, strach przed bólem, przeklinanie i nienawiść dla tak zwanego: złego losu. Jesteśmy jak dzieci w szkole, uparte, tępe, niechętne, bezrozumne. A życie minie jak chwila... egzaminuśmy nie zdali, lekcya nie pojęta, nie odrobiona... zostajemy w klasie... wracać trzeba... i znowu kuć, kuć... i znowu bez korzyści!
— A jeżeli ze zrozumieniem i korzyścią? Są przecie i dobrzy uczniowie. Ci już nie wrócą?
— Znasz takich, którzyby nic już ziemskiego nie kochali lub nienawidzili, nie pragnęli, lub się nie lękali? Znasz życie bez winy, bez długu, bez obowiązku, wolne od wypłaty, od kary, od odrobku? Ja nie znam, przeto wrócić trzeba... obyż do wyższej klasy chociażby.
— To straszne! — szepnął Adam, oczy na Atmę podnosząc, jakby od niej słowa chciał, złagodzenia wyroku.
— Nie, to nie straszne, gdy się zrozumie, rozróżni złudę od rzeczywistości, szatę od osoby, dom od mieszkańca.
Trzeba przedewszystkiem wstąpić na górę: Z góry rzeczy małe maleją, wielkie olbrzymieją; im wyżej, tem bardziej; bardzo wysoko małe zupełnie nikną, wielkie stają się bez kresu i granic.
I tam bardzo wysoko jest cisza, która daje moc słyszenia tego, co milczy — i wtedy jest się w rzeczywistości ze sobą.
Na dole żyjemy w złudzie zmysłowej, w chaosie wrażeń, w ciele i z ciałem tylko — w chwili, która nam się zdaje latami — w fałszu pojęcia, że żyjemy, by użyć, by zebrać, by uniknąć bolu.
A wkoło nas śmierć kosi, a wkoło nas rodzą się nowe życia. Patrzymy obojętni na to, nie zastanawiamy się — fakt powszedni, codzienny!
Czasami coś się w nas odzywa, głos protestu — każemy mu milczeć: dlatego boimy się śmierci, dlatego nie znosimy ciszy, dlatego lękamy się gór. Kres życia przeraża nas dlatego tylko, że wtedy zostaniemy sam na sam ze sobą, z tem ja przedwiecznem, nieśmiertelnem, a poniewieranem, krzywdzonem, męczonem całe życie.
Groza śmierci jest tylko zrozumieniem źle przebytego życia.
— A jeśli, przeciwnie, idzie się do niej po spokój? Jeśli się zanadto słucha tego głosu, co protestuje?
— Płynie się wtedy pod prąd Prawa. Przed cierpieniem nie wolno uciekać. A głos prawdziwy nie mówi: »ustąp, gdy ci źle«; głos prawdziwy mówi: »postępuj, dźwigaj się, krzep!« To, co mówi: »ustąp«, to głos ziemi, złuda, wrzask buntu, kłamliwe echo harmonii szczytów!
— Niedościgłych! — dokończył zmęczonym szeptem.
Uśmiechnął się Antoni.
— Dościgniemy! Mamy czas: wieczność!
— Wieczność cierpienia. Jednego życia nie przeżyć! Tak się zda długie.
— Za małoś cierpiał. Nie masz miłych wspomnień.
— Nie, mam tylko gorzkie.
— Toś źle cierpiał.
— No, wiesz. Ustąpiłem.
— Teraz nie ustąp. Barki nadstaw, ramiona natęż, wolę i moc skup. Im gorzej, tem lepiej; im ciężej, tem silniej. Przychodzi ból jak głaz, przychodzi męka jak śmiertelna choroba, przychodzi rozpacz jak rana na wskroś, przychodzi niemoc jak kurcz, przychodzi nuda i bunt jak żywioł niszczący po sto razy wysiłek woli i mocy... nie ustęp. Żadne marzone przez ludzi szczęście nie da ci tej radości tryumfu, co dobrze przebyta tak zwana niedola! Przedewszystkiem ona cię jedna może wyprowadzić w górę, tam, kędy cisza mówi w milczeniu przestrzeni.
— Zazdroszczę ci! — rzekł Adam. — Mnie się zdaje, że ja już cierpieć nawet nie umiem.
— Więc ustąpiłeś, uciekałeś przed czem?
— Nie wiem... przed jakąś straszną nicością.
— Biedaku! Nie masz, cobyś kochał — szepnęła Atma.
— Co można kochać na ziemi? Nic i nikogo.
— Wszystko i wszystkich — rzekła.
— Za co? Za to, że są źli lub głupi? Że się od jednych trzeba bronić, z innymi walczyć, od innych uciekać, a wszystkimi można tylko pogardzać lub nienawidzić ich. Wy tu słyszycie o ludziach tylko, więc możecie mówić o miłości bliźniego. Wejdźcie w tor życia, w tłum, obcujcie z nimi... wtedy ich poznacie!
— A dlaczegóż oni mają dla ciebie być dobrzy, gdy nimi pogardzasz lub nienawidzisz ich? Czyś próbował kochać?
— Owszem... żeby być wyzyskanym, wydrwionym i zdradzonym. Próbowałem. Jedyny na ludzi sposób jest siła lub pieniądz. Lęk lub interes!
— Jeśli to sposób dobry i stosowałeś go, dlaczegoś śmierci pożądał?
— Żebyście znali to moje życie! — rzekł apatycznie.
— Rozumiem je! — szepnęła Atma. — Nie widzisz w niem celu!
— Owszem, jest cel. Bogacenie. Nie jestem pasożytem, ani próżniakiem, nie jestem lekkomyślnikiem, ani przeciętnym burżujem. Pracowałem i pracuję systematycznie, jestem trzeźwy i obowiązkowy. Mam porządną opinię, kredyt, wiarę ludzką, uznanie, stanowisko solidne. Jestem tak zwanym porządnym człowiekiem. Od dziecka byłem ambitny i zawzięty, i miałem żelazną wolę. Postanowiłem się wybić, i wybiłem. Jestem teraz bogaty, i co dalej? Wiem, czuję, że rok za rokiem rosnąć będzie mój fundusz, i na co? Mnie już niema! Ja już niczego nie pragnę, mnie nic nie bawi, mnie nic nie martwi, ja nic nie kocham, niczem się nie cieszę, niczego nie czekam, ani się spodziewam. Nie potrafię być pijany, ani wzruszony, nie potrafię wykrzesać ze siebie ani gniewu, ani wesołości, ani zajęcia czemkolwiek... To... życie.
— Chciałeś tu przyjechać! — rzekł Antoni.
— Chciałem. I dobrze mi jest, kiedy to wam mogę powiedzieć. Zrozumiecie. A tam... milczę.
— A rodzina?
— Jaka? Ach, żona! Ona ma matkę... no i suknie. Ile zażąda pieniędzy na podróże i stroje, daję; zresztą nic nie wiemy o sobie. Z teściem dużo obcujemy... mamy wspólne akcye cukrowni, robimy czasem na spółkę afery... wierzy w moje szczęście do interesów i jest ze mnie dumny. Szwagier służy mi za pieniądze, jako agent lub wywiadowca; jak potrzeba, załatwia czasem dwuznaczne sprawy, stręczy mi kobiety. To... rodzina. Ano, jest, rozumie się, i teściowa. Poza tem są tak zwani przyjaciele, którzy mnie potrzebują... i są nieprzyjaciele, którzy zazdroszczą lub się boją. To i wszystko.
— Nie masz ni jednej duszy.
— Zgubiłem nawet własną.
— Ani przypuszczasz, jak ona ciebie pilnuje!
Podniósł na Atmę oczy żałosne.
— Nie. Przemarnowałem lekcyę. Powiedz, czy chociażby człowiek, co wraca na nowo kuć, ma jakąś pamięć poprzedniej pomyłki?
— Przed tobą jeszcze długa chwila. Jeszcze ty egzamin zdasz.
— Powiadasz, żeś próbował kochać — wtrącił Antoni. — Któż twą miłość wyzyskał, wydrwił, zdradził?
Adam się zamyślił. Życie przemknęło mu w pamięci. Czasy szkolne, młodość, małżeństwo, różne sylwetki kobiece, wspomnienia miłostek.
Różne były osoby, okoliczności — treść zawsze ta sama. Chwilowe podniecenie, pożądanie, zaspokojenie, chwilowy tryumf — i przesyt.
Teraz, gdy na to patrzał z oddalenia, może z góry, zdały mu się te wypadki tak marne, tak przeżyte i prawie zapomniane, że po chwili milczenia rzekł:
— Nie pamiętam. Mam wrażenie, żem te uczucia przeszedł; ale teraz, jak wszystko, pajęczyną jakąś się zasnuło, dymem, mgłą... stało się nicością.
— No, ale przecie rozumiesz, wiesz, co jest miłość.
Adam wiedział, co serce i dusza brata przeszła w życiu — wiedział jego miłość.
Spuścił głowę, przeszedł myślą to pojęcie uczucia i odparł głucho:
— Rozumiem, ale nie wiem.
— Widzisz. To jest twoja rzeczywista niedola!
Znowu zapanowało milczenie, pełne ptaszęcych radości, szmerów, tętnień, dyszenia wiosny. Zbliżał się zachód pogodny, chmurki poczęły się barwić różowo-bursztynowym tonem, gdzieś w gąszczach niecierpliwie odzywały się słowiki.
Antoni spojrzał na słońce i wstał.
— Muszę do siewu zajrzeć. Wrócę tu do was za godzinę — rzekł, serdecznem spojrzeniem obejmując brata. — Atma ci to lepiej ode mnie wyłoży. Przecie ja tylko jej uczeń... i bardzo mi było źle żyć, zanim jej tu nie było. Mówcie. Przyniosę tu skrzypce.
Gdy odszedł, Adam się odezwał:
— A przecie jak ja mu teraz zazdroszczę! Jakbym chciał być nim!
— Mylisz się. Każdy jest na właściwej drodze, każdy ma los dostosowany do duszy. Tylko po swej drodze trzeba iść, tylko swój los trzeba kształtować, gdy się rozumie cel. On jest abstrakcyą, ty jesteś czynem; przynieśliście to ze sobą, spadek poprzednich żywotów.
— Tyś stamtąd przyniosła mądrość.
— Zrozumiałam tylko Prawo i chciałabym je przeżyć... raz ostatni, tutaj.
— Kto ci mistrzem był?
— Znalazłam się od razu na tej dobrej drodze. Ojciec, jak wiesz, był uczonym. Studyował wschodnie języki. Był sekretarzem i bibliotekarzem francuskiego magnata, zwiedził z nim Indye i Chiny; za powrotem robił mu wyciągi z dzieł tam nabytych, katalogował bardzo cenną bibliotekę. Matki prawie nie pamiętam... była Angielką; miałam trzy lat, gdy zmarła, nagle, na zapalenie płuc. Wyhodowałam się i wychowałam w tej wielkiej bibliotece; była mi gniazdem, ojczyzną, światem. Jako dziecinną zabawę, przerysowywałam niezdarne arabeski liter wschodnich, potem nauczyłam się je rozpoznawać, czytać, potem składać wyrazy. Cieszyło to ojca, pomagał, tłómaczył; tak niepostrzeżenie stałam się jego pracy towarzyszką, jego wiedzy uczenicą. Nie oddał mnie do żadnej pensyi, nie byłam w żadnej szkole, ani wśród ludzi. Praktycznie mówiąc, nic nie umiem; tu dopiero uczyłam się rachunków i poznałam przyrodę, i zobaczyłam, jak wygląda ziemia, praca. Długo też nie rozumiałam życia, a właściwie tego, co tak się wśród ludzi nazywa. Ale z tych ksiąg mądrości, starej jak świat, zrozumiałam ewolucyę materyi i ducha, budynek wiedzy, który ludzkość tworzyła od zarania swego i tworzy bezustannie, i wędrówkę iskry Bożej wcielonej w formę fizyczną, wyzwalającą się z niej przez śmierć do rzeczywistego życia, i wracającą napowrót w kształt, aby płacić za przeszłość, zarabiać na przyszłość.
Adam chciał spytać, jak przyszło na nią to »życie« i jak je odczuła, — ale nie śmiał. A ona, zapatrzona w gąszcz krzewów, wstała, przechyliła się przez krynicę i oswobodziła wplątaną między zeschłe trzciny gałąź kwitnącej czeremchy. Uśmiechnęła się do rośliny; pieszczotliwym ruchem uczyniła jej miejsce ku słońcu i szepnęła, jakby do żywej, drogiej istoty:
— Ciesz się, rośnij zdrowo, śliczności!
— Ojciec twój dawno umarł? — spytał Adam.
— Przed siedmiu laty. Na dwa lata przedtem umarł jego chlebodawca. Majątek przeszedł na synowca, ojciec stracił posadę. Otrzymał legat w testamencie: prawo wybrania z biblioteki stu dzieł. Z księgami temi osiedliśmy w małem mieszkanku, a żyliśmy z kilku tysięcy franków kapitału matki. Ojciec chorzał i rozstania ze swą biblioteką nie mógł znieść. Jakby się w nim porwały jakieś nici życia. A duch też się odrywał od ziemi i te dwa lata ostatnie pełne były zaświatowych wizyi. Dokończyłam wtedy naukę, zostawił mnie bezpieczną, zostawił mi taki fundusz, że się żadnej ruiny nie lęka. Wierzę, że on już tu wracać nie ma poco!
— I nie rozstawaliście się nigdy ze sobą?
— Nie. Nawet zamężna, nie opuściłam go. Mąż mój był studentem. Hrabia go zgodził do pomocy ojcu w uporządkowaniu katalogu ksiąg. Miał razem pracować, zapalił się i do treści dzieł, chciał je studyować, ale nie mógł zrozumieć i wrócił do swych idei, zupełnie innych. Był z tych, którzy jeszcze duszę własną mają za wroga. Biedak!
— Żal ci go?
— Serdecznie. Kto nienawidzi, nawet złe, ten jest bezmiernie nieszczęśliwy. A on był cały nienawiścią.
— Musiał ciebie kochać!
W oczach jej mignęło i brwi się skurczyły.
— Dla mnie to już nie jest miłością! — odparła spokojnie, jakby ze smutkiem.
— Kochałaś go przecie ty, jeśliś została żoną.
Zamyśliła się, milczała długo.
— Zapewne to spotkanie nasze i ślub i związek było potrzebnem. Przypadków niema na świecie i los nie popełnia pomyłek; chociaż tego faktu nie rozumiem. Nie było harmonii, nie było korzyści, żadnego wpływu, oddziaływania. Może kiedyś spotkamy się i pojmiemy!
— Kochałaś, żeby cierpieć.
Nie odpowiedziała na to nic. Cała jej uwaga skierowana była na pszczołę, obierającą z kotków wierzbowych pył złoty. Trąciła gałązkę — a gdy owad zleciał, śledziła go w powietrzu.
— Zapóźni się i nie doleci do barci przed rosą wieczorną — szepnęła.
— Wiesz, Atmo! Ty zanadto kochasz wszystko, żeby kochać coś lub kogoś jednego! — rzekł jakby z zawodem, z żalem. — I nie wierzę, żebyś mogła cierpieć... i nie wiem, po co tu jesteś w takim razie, i ty już człowieka z krwi i kości nie potrafisz zrozumieć.
Popatrzała nań swem przejmującem wejrzeniem, które, zda się, podczas gdy ucho słuchało słów, przejmowało myśli aż w głębi duszy.
— To cię razi i zniechęca do mnie. Jestem młoda i piękna. Oburza cię, że nie jestem tylko zwierzęciem; za cel życia nie uznaję rozkoszy, wiążącej człowieka do koła urodzeń i śmierci. Nie rozumiesz, że poza płciowym związkiem — może być miłość, poza stratą lub zdradą w tem kochaniu może być cierpienie. Więc jeśliś ty tak nie kochał, jak twierdzisz, dlaczegoś cierpiał? Rozkoszy ci nie brakło, strat nie ponosiłeś! Powinieneś być szczęśliwy. Nie cierpi tedy twe ciało i krew, ale cierpi to nieśmiertelne, nie mające coby miłować, czemu się ofiarować. To, co ty przechodzisz, dla mnie już dawno minęło. A po co tu jestem? Zanim to wcielenie minie, dowiemy się oboje. Nie wraca tu ten tylko, kto ziemskiego już nic czuć nie może. Jeśli tu jestem, mam miejsce, mam pracę i mam prawo szczęścia i bolu... jestem potrzebna.
— Nie zrozumiałaś mnie — zaprzeczył.
— Owszem. I to, coś powiedział, i to, coś myślał. Teraz ci żal wybuchu, przykro ci, żeś mnie uraził. Masz do mnie pociąg, upodobanie i... wstręt.
— Atmo! — żachnął się.
— Nie obruszaj się. Ja widzę i wiem.
— Jak tę gałąź czeremchy, zduszoną przez suche badyle, jak tę zapóźnioną pszczołę?...
— Tak.
— Więc i dla mnie będziesz tak staranną, troskliwą i miłosierną?
— Żebyś był rośliną, wiedziałabym, że ci trzeba tylko słońca i swobodnego rozrostu; żebyś był owadem pracowitym, przypomniałabym, że zamrze od zimnej rosy, gdy się w robocie zapamięta. Aleś ty już człowiekiem, istotą z wolną wolą i z przeszłością duszy. Masz zaciągnięte długi, obowiązki do spełnienia, do spłacenia. To, co ci się wydaje pożądanem, może być zgubnem; to, co ci się wydaje wstrętnem, może być korzystnem. Mogę ci wskazać drogę, mogę ci powiedzieć prawo... ale być z tobą, nie wiem, czy będę.
— A jednak byłaś ze mną, jam cię już znał.
— Niezawodnie.
— Pamiętasz? Wytłómacz mi zatem, jak to było? Co takiego?
— Jakem się zabił... miałem widzenie, obraz. Gdym się obudził, znowu na ziemi, nie pamiętałem nic. Gdy Antek cię nazwał, doznałem wstrząśnienia... znałem to imię, dziwne, którego nikt tu niema. A potem, gdy grał, wczoraj, przypomniałem wszystko. Byłem za światem, i ty byłaś ze mną... i byłaś kimś, kogom shańbił i sponiewierał... i był nade mną sąd i wstawiałaś się za mną... i kazano mi wrócić... i gdym przerażony staczał się w jakąś otchłań, zawołałem na cię z rozpaczą... i dałaś mi rękę i rzekłaś: »ja z tobą!...« i uspokoiłem się. Pamiętasz?
— Nie — odparła powoli. — Ale jeśli tak było, to zapewne będę z tobą.
Umilkli, jakby ogarnięci uroczystością wielkiego misteryum — jakby wsłuchani w mowę ciszy szczytów. Położył dłoń na jej ręce, ale nie patrzał na nią. W błękit oczy utkwił i miał pod powiekami łzy, a w myśli słowa hymnu ukojenia, oderwania zupełnego od rzeczywistości.
— Co mam czynić, duszo? — szepnął po chwili.
— Miłować, dawać, czynić dobrze.
— A jeśli nie zdołam?
— To staraj się mniej nienawidzić, mniej pożądać i chciej dobra. Trojako się pracuje: myślą, mową i czynem. Zaczątkiem jest myśl; jest jakby ziarnem, z którego wzrośnie kwiat słowa i owoc czynu. Co teraz zasiejesz myślą, w następnem życiu zbierzesz w czynie; więc myśli pilnuj, myśl kieruj w górę. Znawcą był słabości natury ludzkiej ten, który rzekł: in magnis et voluisse sat est. Człowiek tak rzadko nawet chce czegoś wielkiego. Karłem żyje, karłem umiera, karłem napowrót się wciela.
Na ziemię zstępował wieczór — zorze zachodu zbladły, ciepło dnia parowało wonią, po krzach ptaki kończyły dzienne rozprawy, a słowiki rozpoczynały pieśni. Gdzieś w dali ozwały się skrzypy żórawi studziennych, drewnianych wierzei obór, ryk bydła, tupot wracającej z pastwiska stadniny, potem przeciągła pieśń kobieca, świergot fujarki — i wszystko, co było pracą dnia, trudem życia, rozpłynęło się w ciszy. Na ziemię schodził poemat wiosennej nocy, odrodzenia wiekuistego życia. Zdala, od dworu przypłynęły teraz urywane tony skrzypiec. Stroił je Antoni i zarazem rozmawiał z kimś — i w czystem powietrzu daleko szły głosy.
— Nieboszczka szyła w krosnach, nici jedwabiu były na posadzce, a pan przy kantorku w zielonym gabinecie coś pisał niedawno, bo kurzu ani krzty nie znalazłem! — mówił Makar.
— Lepiej by im było, żeby odeszli! — ozwał się Antoni.
— Jak przeznaczone, tyle będą. A zawszeć dobrze, że się nie tułają, nie straszą, nie płoszy ich obcy. W Bogdaniszczach, co z pałacu zrobił ten nowy pan Niemiec, browar... to chłopi co noc widzą, jak nieboszczka chorążyna po ogrodzie chodzi, aż na trakt, do figury, co ją znieśli, i ręce łamie i jęczy. Nasi u siebie! A, myśli pan, żywym panom Wojnom, co na Bogdaniszcze sprzedali, będzie gdzie na świecie u siebie? Ot, za życia będą się włóczyć jak pokutniki. A ot, my zostali.
— Ostatni! — rzekł Antoni, — bo podobno Horby sprzedane.
— Nie będzie im dobrze nigdzie na świecie... takim — uparcie powtórzył Makar. — A nam jest dobrze.
— Dobrze! — potwierdziła Atma, uśmiechając się do starego, który stanął nad krynicą i naczerpnął dzban wody.
Kiwnął jej głową.
— Samowar nastawię, kolacyę przyrządzę i hukać będę, jak będzie gotowe. Niech się panowie nocką ciepłą nalubują.
Gdy stary odszedł, Adam spytał:
— O duchach pałacowych mówił? Wierzy w nie święcie?
— Całe szczęście, jeśli są. Wkrótce z nimi tylko w tym kraju obcować będziemy — odparł Antoni, siadając obok niego i skrzypce strojąc. — Ostatnie polskie sąsiedztwo tracimy.
Zaczął grać. Na ziemię schodziła noc cicha, gwiezdna, ciepła. W wielkiej ciszy melodya obejmowała ich dusze, roztaczała skrzydła i niosła w ciemny lazur niebios, ku wschodzącemu miesiącowi.
Coś swojskiego, bardzo smutnego, grał Antoni.
— Szopen? — szepnął Adam do Atmy.
Skinęła głową i cicho poczęła mówić:

Z gór, gdzie dźwigali strasznych krzyżów brzemię
Widzieli zdala obiecaną ziemię.
Widzieli światło niebieskich promieni,
Ku którym w dole ciągnęło ich plemię,
A sami do tych nie wejdą przestrzeni!
Do godów życia nigdy nie zasiędą
I może nawet zapomnieni będą!...

Ucichły skrzypce, a oni jeszcze siedzieli wsłuchani, skupieni, smutni.
— Tyś osiadł w sercu kraju — rzekł Antoni — mów tam i powtarzaj, by strzegli serca tego, bo rubieże, kresy nikną, stygną, zamierają. Za mało krwi serce przesyła tutaj. Jesteśmy jak te placówki stracone i ginące jedna po drugiej. Dawniej rozpaczałem, patrząc, czując bezużyteczność trwania tu i pracy; a teraz, chociaż rozumiem marność jednego życia i obowiązek cierpienia jako nauki, nie mogę patrzeć bez żalu na zniszczenie, gdy dzikość i głupota ogarnie naszą placówkę. Nie mogę patrzeć na rąbanie w pień sadów i parków, ruinę budowli starych, pamiątek i znaków, spieniężanie wszystkiego, żeby ten pieniądz stąd wydarty bezmyślnie stracić, a zostawić natomiast pustkę i nędzę. Nie razi mnie tyle ludzkość, gdy nie postępuje... ile ludzkość, gdy błądzi.
Ile wysiłków fałszywych, ile męki upornej, ślepej, ile szału głupiego, a wszystko, żeby po wiekach się opamiętać, wracać, odrabiać i znowu błądzić.
— Czybyś w czemkolwiek zmienił swą drogę, gdybyś ją na nowo rozpoczynał? — spytał Adam.
— Nie. Dobrze było, bardzo ciężko. Dotrzymałem, com postanowił. Kochałem tę ziemię całem stopniowaniem uczuć: zrazu najcieśniej; dla siebie i rodu; potem szerzej: dla ojczyzny; teraz ją kocham dla niej samej, dla jej duszy, którą rozumiem, czuję, z którą się zrosłem przez wspólne cierpienie. Dęby, co stoją, wiedzą, jakem cierpiał, gdym z potrzeby, z biedy musiał niektóre ściąć kazać i sprzedać. Grusze polne po miedzach wiedzą i pamiętają te grady, któreśmy wspólnie znieśli, na zburzone zboże patrząc, i te szrony szkodliwe, i te susze zgubne, i te nawałnice deszczowe w żniwa. Pamiętają bociany i ja pożary gumien parokrotne i dźwiganie nowych dachów z popiołów. Pamiętają moje pracowite byki głodne przednówki i rozumieją moją o siebie troskę. Zna mnie każdy zalew jeziora i każdy zakąt sianożęci, i ja je znam. Teraz takeśmy z tą ziemią jedno, że nie wiem, czy ona jest moja, czy ja jestem jej, i myślę, że te duchy, które Makar widuje, tak samo się zżyły z nią i trwają w tym ślubie, nie mogą się oderwać. Dobrze tu, bo bardzo ciężko; i teraz, gdy za siebie patrzę, widzę, że wszystko, co się zdaje na razie nieszczęściem, jest tylko szczeblem do góry. Zdawało mi się nieszczęściem, klęską losu, gdy wola ojca, a znałeś jego despotyzm, sprowadziła mnie z salonów i środowiska wielkiego świata do tego bezludzia i dziczy, do podrzędnego stanowiska jego sługi. Byłem w rozpaczy po stracie karyery, swobody, towarzystwa, stosunków. Zdawało mi się nieszczęściem, gdym oddał swe serce na marne, kobiecie, która ani go chciała, ani zrozumiała, ani moją być mogła. Zdawały mi się nieszczęściem klęski żywiołowe i materyalne położenie — zawsze ciężkie, czasami prawie bez wyjścia. Zdawało mi się nieszczęściem osamotnienie, brak rodziny i przyjaciela, trud monotonny, a prawie bezowocny, rok za rokiem — zda się bez końca. A wszystko to było przecie... szczęściem.
— Boś umiał iść w górę! — rzekła Atma. — Boś zrozumiał, co złuda, a co rzeczywistość.
— Starałem się zrazu tylko nie okazywać swych buntów dla bardzo nizkiego powodu, ordynarności wybuchów gniewu i tak zwanych scen. Miałem wstręt do ordynarności, a kult dla form wytwornych, spokoju i ciszy. Dlategom ustąpił woli ojca... przez marną próżność czy słabość: w każdym razie, Atmo, nie aby iść w górę. Potem, gdym został, ogarnęła mnie pycha i zawziętość: pycha najciaśniejsza, rodowa, zawziętość najniższa: utrzymania mienia dla siebie tylko. To był okres najgorszy: rachowałem! Nie rozróżniałem wtedy, Atmo, złudy od rzeczywistości, byłem pysznym, próżnym samolubem... i możebym, ciągle rachując, dorachował się, jak ci wszyscy, co stąd odeszli, że ziemia jest złem umieszczeniem kapitału... i możebym ją, jak oni, sprzedał. Ale mi wtedy przyszła tak zwana nieszczęśliwa miłość. Miałem już nędzę materyalną, zerwane stosunki z rodziną, niesnaski z sąsiadami, moc odziedziczonych po ojcu zagmatwanych spraw sądowych z chłopami, w domu pustkę, w sercu gorycz i kwas. Należała mi od losu jakaś równowaga, pociecha, pokrzepienie, trochę woni, trochę blasków, trochę wesela. Przyszło wtedy uczucie, wszechpotężne, zapamiętałe, a tak umieszczone, że stało się tą ostatnią kroplą męki, cierpienia upokorzenia i klęski mej doli. Należało wtedy albo zginąć najhaniebniej, jakeś ty próbował, albo wszystką rzeczywistość zmienić w złudę, ze złudy zrobić rzeczywistość. I wtedy, na spodzie bolu będąc, spojrzałem w siebie, wokoło siebie, w górę... i zrozumiałem, że mi tam trzeba być. I poszedłem! I zabrałem tam ze sobą i tę ziemię, i tę robotę, i swą duszę i ją. I dobrze jest, bo było bardzo ciężko! W nagrodę dostałem do domu Atmę.
— Chciałbym kiedyś módz to samo powiedzieć! — rzekł Adam.
— Spróbuj! Z początku zdaje się to niemożliwem, głupiem, nielogicznem, szaleństwem. Spróbuj, zrazu chwilę w dzień, myślą, postanowieniem, potem czynem małym, łatwym, wreszcie to się stanie życiem.
— Żyć marzeniem, złudą, jakby rzeczywistością?
— Nie; spróbuj być Bogiem.
— Jakto?
— Miej w sobie: siłę, modrość i miłość, a objawiaj ją w połączeniu: które stanowi dobro!
— Wierz mi: z życiem, jak z kroplą wody. Weź ją pod mikroskop: będzie stekiem wstrętnych, pożerających się i pożeranych, ginących i rodzących się potworów; spójrz na nią przez słońce: zobaczysz tęczę i brylant. Wszystko zależy od sposobu traktowania, od punktu widzenia. Być dobrym, to tylko patrzeć na wszystko przez słońce.
— To niemożliwe, to doktryna, którą można stosować może do wszystkiego i wszędzie, tylko nie do ludzi i wśród ludzi. Wtedy to tamta pierwsza kropla. A ja, niestety, tam żyć muszę. Żebym tu z wami mógł być!
— I to leży w twej mocy i stanie się. Gdy stąd odjedziesz, do twych obowiązków... zostaniesz ty tutaj, my pójdziemy z tobą. Będziemy już połączeni, ściślej nawet, niż ci, z którymi tam będziesz mówić, spotykać, na których będziesz patrzeć. Dla myśli, dla ducha niema odległości, przestrzeni. Odczuwać, oddziaływać nie przestaniemy, gdy związek zawarty.
— Będziesz czuwać nade mną, Atmo? — spytał.
Zwróciła na niego oczy jakby nasycone błękitem, w który się wpatrywała, zwróciła ku niemu myśl jakby odbiegły w dal, i odparła po długiej chwili zamyślenia, czy szukania słów:
— Nie spotykają się ludzie napróżno. Każdy człowiek, którego poznajemy w życiu, jest nam, my jemu wierzycielem lub dłużnikiem. Czem właściwie, życie wskaże. Żeby nowych krzywd nie popełnić, nowych zobowiązań ciężkich nie zaciągnąć, a stare spłacać jaknajprędzej... kochać trzeba każdego. Wtedy się nie zbłądzi.
Twarz jej przybrała znowu wyraz powagi potężnej uroczystości majestatu idei — potem oczy rozbłysły łagodnie, usta się uśmiechnęły litośnie.
— Będę czuwać nad tobą! — rzekła, kładąc mu dłoń na ręku. — Żal mi cię... daleko ci jeszcze do drogi!
Była już noc zupełna. Rozegrały się słowiki, żaby, tysiące błotnych ptaków, pulsowały — zda się — wszystkie soki w roślinach, dygotało źdźbło każde.
— Pieśń nad pieśniami! — szepnął Antoni.
Skupieni, poważni, a radością ziemi przecie radośni, słuchali — cisi...





V.

Na posiedzeniu dorocznem akcyonaryuszów cukrowni »Zbylczyce« administrator, Adam Jaworski, po przedstawieniu rocznego sprawozdania, podał parę wniosków, proponując wyasygnowanie sum dla przebudowy baraków roboczych, oraz poprawy bytu służby i oficyalistów. Zebrani zmęczeni już byli długą sesyą, zadowoleni z procentów od akcyi, zresztą głodni, więc prawie bez dyskusyi udzielili żądanej sumy.
Ale po obiedzie i rozwadze ozwały się krytyki, zdziwienie i debaty — jaki miał powód Jaworski, a raczej jaki w tem interes — i zdecydowano, że ponieważ najbliższa cegielnia była w jego majątku, chodziło mu o zbyt cegły po dobrej cenie. Pogadano trochę o tem, naodgrażano się, że trzeba ściślej pilnować administracyi i kontrolować ceny materyałów, nawyrzekano na synekury i protekcye w zarządzie i rozjechano się do domów.
Adam wrócił też na wieś, ale nie do Zbylczyc. Dojeżdżał tam tylko co dzień, do biura, a zamieszkał w swym własnym folwarku, w którym dotychczas bywał tylko jako kontroler rządcy.
Właściwie nie znał tej ziemi. Kupił ją i traktował jako interes, zajmowały go dochody i rozchody tylko. Teraz urządził sobie na mieszkanie parę pokoi w opuszczonym dworze, osadził ogrodnika, zajął się parkanami i drzewami — chciał być u siebie. Nikt mu nie przeszkadzał, bo żona z teściową bawiły u wód, prezes był w Karlsbadzie, a Ignaś szukał kędyś po świecie bogatej dziedziczki.
W okolicy rozeszły się wieści, że Jaworscy się rozwodzą i że on, korzystając z nieobecności teścia, ściąga, co może, do własnego majątku, — ale tych plotek on nie słyszał, a ze znajomych nikt go o powód zmiany rezydencyi nie śmiał pytać.
Pewnego dnia, gdy wcześnie rano przyjechał konno do fabryki, i obejrzawszy robotę nowych budynków, wstąpił do biura, zastał tam nieznajomego młodego mężczyznę, który mu się przedstawił jako Józef Wojdak, kandydat na chemika.
W przeddzień właśnie umówiony na tę posadę przysłał mu list, że pozostał na dawnem miejscu, — więc Jaworski rozpoczął egzamin nowozgłaszającego się, obserwując go przytem uważnie.
Powierzchowność była sympatyczna. Złożył bardzo pochlebne świadectwa i rekomendacye, z odpowiedzi znać było, że fach swój dobrze posiadał, wymagania miał umiarkowane. Przypomniał sobie wtedy Jaworski, że już o nim coś słyszał od Ignaca — i spytał, czy znał młodego Tauberta.
Wtedy Wojdak na sekundę się zmieszał — oczy jego stalowe, zimne, utkwiły w pytającym, gdy odpowiadał powoli, ostrożnie:
— Właściwie... trudno to nazwać znajomością. Państwo Taubert mieli wieś w Tomaszowskiem, a mój stryj był tam proboszczem przez lat kilka. Bywałem u stryja na wakacyach, byłem razy parę zaproszony do dworu, aleśmy stali tak daleko... socyalnie.
— Jak pan to rozumie?
Nikły uśmiech przemknął po twarzy badanego.
— Zupełnie prosto. Nie mieliśmy wspólnych prac, ani stosunków.
— Mam nadzieję, że jeśli pan tu posadę obejmie, nie będzie pan tego zdania stosował do mnie, naprzykład. Pracę będziemy mieli wspólną i stosunki pragnąłbym zachować przyjazne.
Wojdak ukłonił się w milczeniu i poczerwieniał.
Zdało się Jaworskiemu, że go tem sobie zjednał.
Przeszli do szczegółów umowy, do warunków drobniejszych — i po godzinie Wojdak się pożegnał z tem, że za tydzień przyjedzie już na stałe.
Przyjechał wcześniej o dzień i zabrał się do roboty. Był niesłychanie pilny, pracowity, w stosunku z kolegami gładki i uprzejmy, towarzysko wyrobiony, gotów każdemu dogodzić, usłużyć, wyręczyć, względem Jaworskiego uprzedzająco giętki, zgadujący zda się, myśli.
Pierwej te doskonałości właśnie wzbudziłyby nieufność i podejrzenie, ale teraz Jaworski postanowił ludzi kochać i wierzyć, więc cieszył się Wojdakiem — tem bardziej, że to był pierwszy nowy człowiek, który mu w życie wchodził, a pamiętał słowa Atmy, że ludzie się nie spotykają przypadkiem, że czemś są dla siebie.
Zrozumiał, czuł, że spotkał przyjaciela — i odtąd zwykle względem oficyalistów urzędowo tylko grzeczny i stanowczy — tego pierwszego traktował jako kolegę. Rozmawiali ze sobą o sprawach społecznych, o położeniu i obowiązkach pracy i kapitału, o rozwiązaniu sporów i kwestyi klasowych, o zmianach i poprawie stosunków.
Wojdak rozumiał to wszystko i zdanie miał mniej stronne, gdyż ojciec jego sam posiadał fabrykę — dużą cegielnię pod Łodzią, a on musiał służyć i dzieciństwo miał ubogie i ciężkie.
Urzędnicy fabryki, wyżsi oficyaliści, znajomi, sąsiedzi, nawet służba, zauważyli w Jaworskim zmianę: wydawał się młodszy, był weselszy, w interesach i stosunkach względniejszy i miększy.
On sam określał stan swej duszy w listach do Atmy, które pisywał co dzień wieczorem:
»Mam wrażenie człowieka, który spędził czas pewien w górach; ma płuca jeszcze pełne czystego powietrza, oczy pełne szerokich widoków. Lub czasem mam uczucie rekonwalescenta po ciężkiej chorobie — bezmierna rozkosz zdrowia, pragnienie życia. Cieszy mnie wszystko i mam bezgraniczną życzliwość dla całego świata. Rozumiem szczęście!«
Otaczający go inaczej tłómaczyli zmianę usposobienia:
— Musiał zrobić jakiś świetny interes — mówili jedni.
— Szczęśliwy, że nie ma nad karkiem Taubertów.
— Ma nową kochankę.
— Zachorował na popularność. Do czegoś mu to potrzebne.
— Tajemnicza jakaś gra. Trzeba się mieć na baczności.
Takie były zdania i uwagi, pozornie różne, a tak w gruncie jednolite.
Ludzie potrafią mówić o wszystkiem, tylko o bliźnim nie potrafią mówić — bliźniego się tylko obmawia. Jedyną w tem pociechą jest, że obmawiany nie dowie się prawie nigdy, jakim jest w ustach »przyjaciół« — i dlatego i Jaworski mógł co wieczór pisać do Atmy: »Świat jest piękny, ludzie są dobrzy — będę dobry!«
Pierwszem tchnieniem dusznych nizin był Ignac.
Przyjechał niespodziewanie — zgrany, zhulany, bez grosza, ze zwykłym zamiarem »naciągnięcia« szwagra.
Nie znalazł go w fabryce, rozmówił się z Wojdakiem i wieczorem pojechał do Zacisza Jaworskiego.
— Co to? Chcesz się nareszcie dobrać do posagu Anielki? Targujesz jakie dobra?
— Ja? — zdumiał zupełnie szczerze Adam.
— Ano, żeś ten skandal urządził?
— Jaki znów skandal?
— Żeś się ze Zbylczyc wyniósł.
— Co to ma do posagu Anielki, że chcę być u siebie?
— No, no, no! Gadaj to dutkom. Zanadto się dobrze znamy. Rozumiem twoją grę. Musisz mieć wielką aferę w projekcie; zamiast pożyczać u obcych, wolisz mieć kapitał żony w swem rozporządzeniu. Powiesz starym, jak wrócą: »dajecie kapitał — wracam do Zbylczyc, nie dajecie — siedzę tu u siebie, a wy się udławcie pieniądzmi i skandalem«.
— Dlaczegóż ma być skandal? Anielka tu ze mną mieszka.
— Anielka! Bez mamy! Mama bez starego! Stary u ciebie!
Ignac począł się śmiać, aż się za boki trzymał.
— Słuchaj, nie zawracaj mnie gitary! — rzekł, gdy się uspokoił.
Jaworskiego myśl zeszła naprawdę na ziemię, pierwszy raz od powrotu z rodzinnego domu — i umilkł; miał wrażenie, że upadł z wysoka, i bał się poruszyć, żeby się nie przekonać, jak boli potłuczenie.
A Ignac, tryumfujący tem milczeniem, prawił:
— Ha, no! gra ryzykowna, ale żeś bajecznie szczęśliwy, może ci się i uda. Tylko trzymaj się twardo! Niech stary oddaje posag. Ależ będą hece!
I śmiał się — śmiechem złośliwego satyra.
— Jabym nie miał odwagi. Nie! Jeszcze stary... pół biedy, ale mama!
Pod wpływem pierwszego impulsu Jaworski chciał mówić, zakołatać do tej duszy, wyjaśnić swe zamiary, wyjaśnić myśli, — ale przypomniał sobie słowa indyjskiego mistrza: »niech mędrzec nie mąci głowy głupca« — i milczał dalej, szukając, czemby uwagę Ignaca odwrócić od siebie, znaleźć przedmiot potocznej rozmowy.
— Twój protegowany, Wojdak, jest w Zbylczycach — rzekł.
— Widziałem go. Ciekawy jestem, czy będzie pisał sonety do Anielki. Nie masz pojęcia, jaką miałem uciechę z tego amoru z plebanii. Pisał wiersze, nosił kwiaty, nie jadł, spacerował o księżycu pod płotem dworskiego ogrodu, zaglądając z daleka w jej okno.
— A Anielka?
— Nie bądźże przypadkiem zazdrosny. Anielka tyle na to reagowała, co słup telegrafu na miłosną depeszę.
— Powinieneś był, w każdym razie, opowiedzieć mi to wcześniej.
— Po co? — ruszył Ignac ramionami.
— A jeżeli on te uczucia zachował?
— Wątpię, żeby był dotąd tak głupi. Było to lat temu dwanaście. Czy kto pamięta, w kim się kochał temu dwanaście tygodni?
Ziewnął, rozwalił się na otomanie.
— Ja tu u ciebie zostanę na noc — oznajmił. — Nie wiesz, kiedy się familia zwlecze?
— Za parę tygodni prawdopodobnie.
— Przyjadę wtedy extra, żeby ci dopomódz.
— W czem, — u licha! — oburzył się Jaworski. — Żadnych awantur nie będzie. Chciałbym, żeby Anielka tu ze mną zamieszkała...
— Ciekawy jestem, po co ci ten ambaras. Masz idealny dom i choć trochę swobody, i leziesz w chrzan. No, naturalnie, ona i matka wezmą cię z taką propozycyą za kata, a ojciec za waryata. Musi być awantura.
— Nie. Jeśli odmówią, wrócę do Zbylczyc.
— A tu zostawisz sobie ten dom urządzony. Aha! Zrozumiałem! To bardzo cienko obmyślane i urządzone. Znalazłeś coś extra? Prawda? A może czarna Stefa? Co?
Jaworski wstał i otworzył okno. Do pokoju, pełnego dymu i cygar, wszedł prąd czystego powietrza i zapachu lip z ogrodu.
— Cóż ta panna z Podola? Żenisz się? — spytał.
— Niema głupich! Okazało się, że tam córki biorą czternastą część funduszu. Bardzo to dobre prawo dla sióstr, ale złe dla żony. Dostałbym dwadzieścia tysięcy. Kiepskiej gorzelni niema za co postawić.
— A panna?
— Cóż panna! Nie uważałem. To żaden towar. Kochanką nie będzie, żenić się niema interesu. Chcesz, żebym taką oglądał! Słuchaj-no, głodny jestem i koniakubym wypił. Jutro pojadę do Stasia na karty, a pojutrze do Warszawy. A ty? Dawno tam byłeś?
— Dawno.
— No, więc gdzie trzymasz?
— Dajże mi święty spokój!
— Nie chcesz gadać, to nie. W każdym razie licz na mnie, jak familia wróci. Wygodnie ci będzie mieć mnie wtedy do pomocy i za parawan.
Jaworski i tę ofiarność przyjaźni zbył milczeniem.
Ignac zjadł, przespał się, wziął od niego paręset rubli, które przegrał nazajutrz w karty, wziął jeszcze sto na drogę i pojechał do Warszawy — i tegoż wieczora Adam pisał do Atmy:
»Mam płuca jakby odymione, mam duszę jakby zimną mgłą jesieni osnutą. Boję się, że życia zwichniętego nie naprostuję, obowiązków dawnych nie zdołam przypasować do pojęć prawdy i dobra. A przecie chcę być dobrym, chcę wytrwać! Bądź ty ze mną!«
Ody otrzymał wieść o przyjeździe żony i teściowej, pojechał do Warszawy. Spotkał panie na dworcu. Wyrzucał sobie teraz, jako ciężkie przewinienie, swe małżeństwo dla interesu, kłamane przysięgi wiary i miłości, obojętność i opuszczenie kobiety sobie poślubionej. Miał teraz duszę pełną dobrej woli, gotowość ofiarną być najlepszym towarzyszem i mężem. Wydawała mu się łatwą i możliwą zmiana życia i stosunków. W tem usposobieniu wszedł do wagonu, szukając oczami żony.
W progu spotkał inną kobietę, tak piękną i tak elegancką, że wzrok na niej zatrzymał — i ona nań spojrzała, dłużej, niż wypadało, — bo gdy się usunął, by jej zrobić miejsce, już ją zapamiętał.
Teraz z kolei wychyliła się z wagonu Taubertowa, wołając tragarza, a zobaczywszy zięcia, nie okazała wielkiej radości, tylko podając mu majestatycznie rękę do pocałunku, rzekła:
— Podobno w Warszawie panuje szkarlatyna?
— Nie wiem.
— Ty nigdy nic nie wiesz — mruknęła.
— Gdzież Anielka? — spytał niecierpliwie.
— Czy mama wzięła torebkę? — usłyszał głos żony z przedziału, i nareszcie ją odnalazł, tak zajętą zbieraniem rzeczy i umocowywaniem roztrzęsionego pudła z kapeluszami, że nawet oczu na niego nie podniosła.
— Ach, to ty! — rzekła spokojnie. — Wiesz, miałyśmy okropną biedę z rewizyą na granicy. Kazali nam płacić cło za gotowe bluzki. Wyobraź sobie!
— Jakże ci Wiesbaden posłużył? Pokaż się, jak wyglądasz? — rzekł serdecznie.
— Miałyśmy bardzo miłe towarzystwo, sama arystokracya. Ale droga strasznie męcząca i ta rewizya. Mamo! gdzie mama? Ach! Boże! Pudełko mi pognietli. Do czego podobne muszą być kapelusze!
— Nie męcz się. Załatwię ci wszystko. Powóz czeka. Niech panie siadają. Musisz być zmęczona drogą...
Chciał jej podać ramię na peronie, ale teściowa objuczyła go tobołkami, a sama z córką poszła naprzód.
Gdy wsiadali do powozu, panie ukłoniły się lekko kobiecie, którą zauważył w wagonie.
— Kto to taki? — spytał.
— Ach, znajomość z wagonu. Bardzo była dla nas uprzejma na granicy — rzekła Anielka.
— Wygląda na szpiega! — syknęła Taubertowa. — Bardzo podejrzane te jej stosunki na komorze.
— Polka?
— Nie. Mówiłyśmy tylko po francusku.
Za przybyciem do mieszkania, panie zajęły się toaletą, wypoczywały, rozpakowywały stroje, wcale się o Jaworskiego nie troszcząc. W nim gasł ofiarny zapał, najlepsze postanowienia i zamiary, a budziło się rozdrażnienie, bunt, lub opadało bezmierne zniechęcenie. Nie wierzył w skutek dobry, ale postanowił rozmówić się z żoną stanowczo o dalszem życiu.
Dwa dni napróżno czekał sposobności, na trzeci wreszcie Taubertowa poszła do dentysty — małżonkowie zostali sami.
— Odebrałaś mój list o nabyciu Zacisza? — zagaił.
— Odebrałam. Mama mówi, żeś przepłacił po trzysta rubli na włóce.
— Mniejsza. Nie o to idzie. Ale czyś się ucieszyła?
— Ja? Ano, pewnie — rzekła obojętnie.
— Mamy swój własny dom, własną ziemię!
— A pocóż ci to? Przecie domu nie potrzebujesz?
— Jakto? Kupiłem dlatego, żebyśmy tam zamieszkali.
— My? Mama się na to nigdy nie zgodzi.
— Ano, to zostanie z ojcem w Zbylczycach!
Przerażenie odmalowało się na apatycznej twarzy Anielki — obejrzała się na drzwi, jakby szukając matki.
— A ja? — wybąkała.
— Pisałem ci przecie: Mamy dom. Rozumie się, że w nim zamieszkamy, że będziesz w nim panią i gospodynią.
— Boże mój! Dlaczego mamy to robić? Dla rodziców będzie to straszny cios.
— Ale ty, ty! Nie wolałabyś być u siebie? Nie rozumiesz, że i dla mnie te dotychczasowe warunki mogą być krępujące i uciążliwe?
— Ależ dlaczego? Masz przecie zupełną swobodę, jesteś traktowany jak syn. Masz rodzinę!
— Znajdujesz, że mi nic nie brak, gdy mam mnóstwo roboty, wikt i opierunek. Nawet u Żydów zamężne dzieci nie zostają całe życie przy rodzicach.
— Moja rodzina nie jest żydowską! — oburzyła się.
— Więc nie wiem, w jakim szczepie ludzie dorośli, sobie poślubieni, mają tkwić przy rodzicach, kiedy mają własny dom i obowiązki.
— A jakichże ja obowiązków nie wypełniam?
— Żadnych, i co gorsze, że się do żadnych nie poczuwasz. Kupiłem majątek dlatego właśnie, że muszę ci dać pole do pracy i jakiś cel w życiu. Myślę, że ci przecie nie wystarcza takie wegetowanie próżniacze, że musisz mieć przesyt i nudę z tego bezcelowego podróżowania i strojenia się.
— Nazywasz bezcelowem podróżowaniem, jeśli wydaję czasami dla kuracyi własnej lub dla towarzystwa mamy, która oprócz mnie nie ma żadnej opieki; a jeśli się ubieram przyzwoicie, to robię to dla ciebie. Nie mogę być szurgotem i abnegatką. Zresztą ubieram się i jeżdżę za swoje pieniądze.
Tu zaczęła się trząść i szlochać, łamiąc ręce rozpacznie.
— Anielko, zastanów się! O co, dlaczego tak się wzruszasz? Czem cię dotknąłem? Przecie nie możesz brać mi za złe, że chciałbym z tobą żyć, pracować, jak wszyscy ludzie żonaci, mieć własny dom.
Pochylił się, chciał ją ująć za rękę. Usunęła się, wołając wśród łkań:
— Chcesz mnie zabić, zadręczyć... nie masz serca, litości. Ach, ja nieszczęśliwa!
Wstał zniecierpliwiony.
— A więc zostań! Nie zmuszam cię, ani żądam ofiar. Będzie, jak chciałaś!
Wyszedł z pokoju, z domu, na miasto — załatwił parę interesów, pojechał na kolej — wprost do Zacisza, przygotowany na walkę.
Cisza trwała jednak cały tydzień — aż wreszcie pewnego dnia, gdy pracował w biurze fabryki, zjawił się stary Taubert.
Przywitali się, rozmówili o bieżących sprawach, jak dwóch solidnych spólników, a gdy się temat wyczerpał, teść rzekł:
— Anielkę zostawiłem w Warszawie ciężko chorą.
— Taak? Więc nie posłużyła jej kuracya?
— No, szczególnie ty jej zaszkodziłeś. Jest okropnie roznerwowana. Płacze bezustannie, nie sypia, nie ma apetytu.
— Skądże moja w tem wina?
— Podobno zrobiłeś jej okropną scenę. Wymagałeś, żeby zajmowała się u ciebie nadzorem nad udojem mleka i chowem trzody i drobiu. Zabroniłeś jej widywania matki, zarzucałeś marnotrawstwo i lekkie zachowanie w towarzystwie, no i zwymyślałeś ją... od mecherów.
— Ani jedno nie jest prawdą. Chciałem, żeby zamieszkała ze mną, u mnie; odmówiła... ustąpiłem. Zamieszkam u siebie... sam.
— Chcesz zatem skandalem ją zmusić do twej fantazyi? Chcesz nas pozbawić dobrego imienia. Za wszystko, cośmy dla ciebie uczynili, czem dla ciebie byliśmy! Anielka tego nie przeżyje! Ha no, trudno! Jesteś mężem! Masz prawo i władzę. Musimy ustąpić, ochronić dziecko przed pręgierzem opinii.
Rozłożył desperacko ręce, stęknął i opuścił pokój jako ofiarny, szlachetny ojciec i głowa rodu.
W parę dni potem Adam został wezwany do Warszawy alarmującą depeszą: »Anielka ciężko chora, przyjazd rychły konieczny.«
Znalazł dom pełen doktorów, grobowych min, płaczów, spazmów teściowej i różnych kuzynek, ogólną panikę.
Wola jego i postanowienie rozbiły się wobec tego. Gdy go wpuszczono do chorej, ustąpił zupełnie, przeprosił nawet, obiecał, że zostanie wszystko jak dawniej, że jej nic nie nakazuje, nic nie żąda.
Po długich, długich ceregielach dała się przebłagać, uspokoić, obiecała, że zapomni to przejście, że wpłynie na rodziców, by także mu wybaczyli, wrócili do łask. Nadmieniła jednakże, że powinien i ich przeprosić; ale może czując dyplomacyę kobiecą, że struny nie należy przeciągnąć, nacisku na ten warunek nie kładła.
Okazało się, że choroba jej miała powód tak zwany »moralny«, bo po tem zwycięstwie zaczęła bardzo prędko przychodzić do siebie — i po tygodniu szwaczki i modniarki zajęły miejsce doktorów i pielęgniarek — dom wrócił do zwykłego trybu życia — i po dwóch tygodniach, gdy Adam odjeżdżał, otrzymał łaskawą wiadomość, że może oczekiwać rodziny za dni parę w Zbylczycach.
W przeddzień tedy tego przyjazdu pożegnał swą efemeryczną sielankę w Zaciszu.
Lato się skończyło — był wieczór już chłodny, cichy, jakby konający, z nieba obrywały się gwiazdy. Ni ptaków słychać było, ni owadów, ni pulsowania wiosennych soków.
Długo w noc siedział Adam na schodach ganku starego dworu, objęty bezmiernym smętkiem i apatyą. Znowu życie leżało przed nim bez barwy, bez zainteresowania głębszego, bez celu. Czuł, że skazany jest na donoszenie go, jak kary za coś przeszłego, bez nadziei czynu dobrego w myśl Prawa.
Spętany był tysiącem nici, pozornie słabych jak pajęczyny, a mocnych jak stal, ciężkich jak ołów. Na stole w pokoju paliła się lampa, bielał arkusz papieru, na którym chciał pisać do Atmy — i nie mógł.
Zgarbiony, z obwisłemi ramiony, czując nudę, dławiącą za gardło, wstręt do tego jutra, patrzał na ćmy, zlatujące się do płomienia, ginące w żarze i nawet im zazdrościł złudy, sam niczego nie pragnąc w tej chwili.
Jakże daleką była krynica braterska i ta siła życia, którą tam pił!...





VI.

Zrzuciły lasy ostatnie liście, szrony listopadowe zżarły wszelką zieleń traw, i nieba nie widać było za chmurami w dzień, ni gwiazd za niemi w nocy. W długi zimowy sen i rozmyślanie zapadało wszystko, prócz człowieka, dla którego nie było już na ziemi spoczynku, ni spokoju.
Po bezdennie rozgrzęzionych drogach, z czarnych pól, setki wozów, koni i ludzi zwoziło do cukrowni buraki. Fabryka szła całą siłą, dzień i noc — dzień i noc pracował Adam Jaworski, niestrudzony, silny, spokojny — jak główny motor fabryczny.
Gdy wieczorem przychodził do rodziny, bawił krótko, tyle tylko, by połknąć posiłek, wysłuchać narzekania teściowej na służbę, teścia marzeń i nadziei na dywidendy z akcyi, i wracał do biura, gdy Anielka siadała do fortepianu.
Był to nowy gust, wedle niego bardzo nieszczęśliwy. Grała bez życia, bez duszy i bez techniki, ale Taubertowie byli tem zachwyceni. Na muzykę tę i resztę wieczora przychodził też z fabryki, parę razy na tydzień, Wojdak, który też dokazał sztuki zjednania sobie całej rodziny.
Jaworski podziwiał giętkość tego człowieka i bajeczną wielostronność charakteru. Wzorowy, jako urzędnik, zamiłowany w swym fachu, potrafił interesować się małostkowemi sprawami Taubertowej, obmyślać z Taubertem projekty nowych dochodów lub oszczędności, rozmawiać z Anielką o modach, ploteczkach i grać z nią na cztery ręce na fortepianie.
Podziwiał go Jaworski i przyznawał mu nad sobą wyższość.
Jego duszę osnuły znowu chmury nudy, zniechęcenia, apatyi, beznadziejności szarej i ciężkiej jak listopadowe niebo.
W mgłach tych, w tumanie gęstym i zimnym zniknęła ścieżka w górę, którą tak widział jasną i wyraźną w księżycowym błękicie kwietniowej nocy w Tepeńcu, przerwały się listy do Atmy, bo i co miał pisać? Czy o szachrajstwach dostawców buraków i codziennej z nimi walce o grosz? Czy o opieszałości i lekceważeniu obowiązków przez urzędników fabrycznych, których traktować zaczął względnie i dobrotliwie? Czy o coraz nowych wymaganiach i buntach robotników, od czasu, gdy się zajął ich wygodą i pofolgował w ostrem traktowaniu? Czy o sztywnym, przymuszonym, prawie niechętnym stosunku w rodzinie? Czy o swem osamotnieniu i pustce życia?
Nie pisał; starał się nie myśleć — zapamiętał się w pracy fizycznej i rachunkach.
Było mu znośnie, gdy od świtu był w polu konno, gdy przemarzł i przemókł, gdy miał w nocy wiele cyfr i suchej urzędowej korespondencyi. Wtedy zasypiał ciężko i nie myślał.
W takim czasie i usposobieniu wypadła mu podróż do Petersburga w interesach fabryki. Wstąpił do Warszawy, tam wsiadł do kuryerskiego pociągu, przygotowany na długotrwałe nudy wagonu. Ale przy trzecim już dzwonku do przedziału wpadł oficer huzarów, za nim elegancka dama, zamienili pośpieszny uścisk, i gdy pociąg ruszył, Jaworski miał towarzyszkę podróży.
Było mu obojętne, raczej niemiłe, minęły godziny, nie spojrzał w jej stronę, zajęty czytaniem gazet, ona także wtulona w kąt, czytała książkę.
Wreszcie zmorzył go sen, ukołysał monotonny ruch i gorąco wagonu — począł drzemać.
Roiło mu się, pół sen, pół majaczenie, — jakieś długie ulice puste, jakieś miasto wymarłe czy uśpione, gdzie on czegoś szukał, błądząc z zaułka w zaułek, wstępując na jakieś schody, schodząc do jakichś piwnic i męcząc się, by sobie przypomnieć, nazwę czy miejsce, którego potrzebuje.
A wtem posłyszał, że go ktoś woła, a raczej, że mu coś wołają, jakby zdala ktoś go doganiał i zdyszany, tę nazwę przypomniał.
Stanął, nasłuchiwał, głos był za nim, zawrócił, słyszał znowu za sobą — gdy dążył w górę, głos dochodził z pod ziemi, gdy zstępował, dochodził go dźwięk za ścianą, wysoko, wreszcie na jakichś schodach się potknął — uderzył głową o stopień i obudził się. Głos, dźwięk — brzmiał i na jawie, ale nie było to wołanie do niego, to kobieta w drugim kącie wagonu, skulona z głową w dłoniach — łkała.
Pierwszym odruchem Adam się zerwał.
— Co pani? — spytał przerażony.
Przeraziła się też i ona, wzdrygnęła się, wyprostowała i spojrzeli na siebie.
Oczy jej pełne łez i bezmiernej żałości patrzyły nań z osłupieniem i trwogą, wtuliła się, jakby przed widmem, w kąt.
— Przepraszam panią! — szepnął, cofając się na swe miejsce i odzyskując pojęcie swego nietaktu.
Patrzała na niego wciąż, i przemówiła wreszcie. Głos miała dziwny: głuchy a przejmujący.
— Byłam pewna, że pana spotkam, że będziemy ze sobą.
— Znam pana oddawna. Pięć lat. Pan mnie zauważył dopiero tego lata, gdy pan spotykał żonę swą na dworcu. A może i wtedy nie zapamiętał?
— Rzeczywiście. Przypominam sobie.
— Ja pana znam od pięciu lat. Byliśmy w dwóch sąsiednich lożach na »Manon«. Byłam z mężem i bratem, pan z żoną i teściową.
Umilkła, wpatrzyła się w okno, w oczach jej znikła rzewność łez, pociemniały, pogłębiły się wyrazem ponurości i zajęcia.
Był tak zmieszany dziwną rozmową, że pomimo światowego obycia, nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Pani pozwoli się przedstawić! — bąknął wreszcie.
— Po co? — zwróciła nań oczy posępne. — Wiem, że pan jest Adam Jaworski, Polak, obywatel i przemysłowiec, żonaty z panną Taubert. Pan chce wiedzieć, kto ja? Nic z tego, co pan, a nazywam się Lena. To dosyć.
W źrenicach jej zamigotała panterza drapieżność, z za warg błysnęły zęby.
— To dosyć. — Powtórzyła prawie z nienawiścią. — Przeznaczenie musi być spełnione.
Wtuliła się znowu w ciemny kąt wagonu, przymknęła oczy. Rysy jej kurczyły się, drżały, miały ruchliwość fali, dotykanych słońcem lub mrokiem. Nierówno, jak w męce, pracowała pierś, a ręce splecione na kolanach, dygotały.
Wpatrzył się w nią, jak oczarowany, czując, że się z nim dzieje coś niepojętego, że poczyna też drżeć, dyszeć, cierpieć; że go coś rwie, ciągnie, woła.
Wstał, zbliżył się do niej, otworzyła oczy przepastne, beznadziejnie znów smutne, zamienili wzrokiem pytanie, w odpowiedzi podniosła się, pochyliła, jak rubinową czarę wina pragnącemu — podała mu swe usta.
Przemówiła nieprędko potem, głosem swym głuchym i przejmującym, powoli, wyraz po wyrazie, jakby się dopiero uczyła mowy.
— Byłeś w głębi loży, sam profilem do mnie zwrócony. Widziałam tylko kąt twego czoła, i ciemną głębię oczu, i szczęki zacięte. Patrzałeś i nie widziałeś, słuchałeś, a nie słyszałeś. Pomyślałam: cierpi — jak ja, sam jest — jak ja, należymy do siebie. Zawołałam cię duszą, wolą, pragnieniem: spójrz! Nie spojrzałeś, zmarszczyłeś tylko brwi, rzekłam tedy: opierasz się, a przecież będziesz musiał. A potem spotkałam cię w cukierni. Byłeś z dwoma panami, oni się śmieli obserwując kobiety; śmiałeś się i ty, ustami, kurczem muskułów, tylko oczy miałeś bez blasku i życia. Ci dwaj odeszli, ty zostałeś nad filiżanką czarnej kawy, śmiertelnie znudzony. Spojrzałeś parę razy na zegar, czekałeś na kobietę, która się spóźniała. Gdy przyszła, nie zabłysły ci oczy, przyjąłeś ją tem samem zgasłem spojrzeniem, i poszedłeś z nią. A ja nawet nie czułam zazdrości, poszłam za wami do bramy jej mieszkania, i powtórzyłam mą wolę: nie czujesz mnie, a przecie ja będę! Spotykałam cię potem wiele razy, na ulicy, w sklepach, na wentach i koncertach, byłam dla ciebie częścią tłumu, ty dla mnie jednostką wśród nicości, mówiłam do ciebie myślą, wolą, naprężoną jak struny harfy: przyjdź, musisz! I rzekłam ci to, w twe posępne oczy, wtedy na dworcu, i byłam już pewna, że będziemy swoi! I ze szczęścia, płakałam, teraz!
— Ktoś ty? — szepnął wpatrzony w nią.
— Twoje wesele, pieśń, kwiat, lato, życie! Nie rozumiesz? Nie czujesz? Nie chcesz żyć?
— Czy potrafię jeszcze!
Ogarnęła go ramiony, ukołysała szeptem, zatonęli w szarym mroku, długiej nocy zimowej, wśród której, przez czarność i pustkę ziemi pociąg pędził, ku dalekiej północy.
A w tymże listopadzie długie były wieczornice — w Tepeńcu. Codzień Makar o zmroku rozpalał ogień na kominie, przynosił zapas drzew i wsuwał się do kuchni, gdzie na spółkę z wnuczkiem Iwasiem wiązali sieci, i więcierze pletli.
W jadalni Atma przędła na kołowrotku nucąc z cicha. Antoni pisał lub czytał w biurze.
Na jesieni rzekł do Atmy:
— Nie chciałabyś trochę pojechać w świat, do słońca?
— Nie. Tam tylu ludzi, a tu tak cicho. A zresztą nie odczujemy radości wiosny, bez tego smętku... A ty nie pojedziesz do Petersburga?
— Powinienbym — czasami tęsknię nieznośnie. Ale się lękam. Ja jej nic dać nie mogę, nic oszczędzić, nic pomódz. Tutaj w marzeniu mam ją taką — jaką chcę — jaką — wierzę — że kiedyś będzie — moja, dla mnie. A tam zobaczę jaką jest — jej życie, jej otoczenie — będę cierpieć, buntować się, udawać. Nie — nie pojadę. Nie mogę!
Gdy milczała, spytał po chwili.
— Nie pochwalasz mi tego?
— Ty wiesz, jak i ile ci cierpieć trzeba. Będziesz musiał pojechać po tamten ból — bo to twoje przeznaczenie. A teraz, gdy tęsknisz — mów o niej, jaką ma być — mów do niej duszą całą — marzeniem, pragnieniem — doleci tam — i cośkolwiek ona przyjmie. Będzie jej lżej — będzie jej jaśniej.
Teraz on umilkł.
— Nie wierzysz w to? — spytała.
— Nie! — odparł gorzko. — Ni głos mój, ni serce, ni myśli — nic do duszy jej ni pojęcia nie dochodzi. Może to jest najstraszniejszem cierpieniem mojem.
— A przecie twoja to dusza. — Zdaje ci się, że nic od ciebie nie bierze, a cofnij jej siebie — mord popełnisz. Ona jest taka biedna, ona jest taka okaleczona życiem, że tylko twoja moc, twoje miłowanie chroni ją od rozpaczy. Nie rozumie cię — nie pójdzie za tobą — ale wie, że ty jesteś — i to jest jej siłą. A wierz mi — więcej ona ma do zniesienia, do przetrwania niż ty.
— Skąd to wiesz? Nie znasz jej.
Zapatrzyła się przed siebie — swemi »widzącemi« oczyma, które stawały się smutne, żałosne i bezmiernie litościwe.
— Tak ją widzę całą — tę duszę maluchną, biedną, słabą, trwożliwą. Tak mi jej żal serdecznie. Jakie to wylękłe i znękane, jakie bez woli, pełne trosk marnych, skrępowane wszystkiem, łańcuchem, sznurem, — nawet pajęczyną. Nie może się cieszyć, nie może chcieć, nie może walczyć, nigdy nawet nie pozwalała sobie roić o czemś dobrem, szczęśliwem, tak jest fatalistycznie przeświadczona, że jej może być tylko źle. Lęka się, troska i udaje, to jej życie.
— Taką jest. Widzisz ją! Więc widzisz też — czem ja jestem dla niej. Ja i to wiem. Jestem dla niej lękiem i wstydem. Potom dał wszystko najszczytniejsze, najświętsze; całe bóstwo mej duszy.
— To daj jeszcze ostatni ból — upokorzenia. Kiedyś, gdy zrozumie, coś dał, będziesz miał jej kult. Niegdyś — sponiewierałeś ty może — jej kult — musi mieć prawo teraz ciebie poniewierać.
W czerwony żar komina Antoni utkwił oczy — pociemniałe dojmującym bólem, i wybuchnął goryczą.
— Gdy mi rzekła, że ją kompromituję wobec ludzi, poczerwieniałem jak od policzka — ale nie wyobrażałem sobie, by coś mogło tak zaboleć — jak gdy mi rzekła, że nie może się za mnie modlić, bo jestem jej grzechem. Jakiż jest ten Bóg?
— Jest dla każdego takim — jaką jest dusza. To biedne, małe, lękliwe jej »ja« nie może innego mieć. Ale ty? — do twego Boga wołasz o nią, dla niej?
— W każdej chwili skupienia, w każdym głosie co do Niego ślę!
— Tedy doleci twój głos — kędy trzeba.
Oboje podnieśli oczy w dal — i bez słów, myślą jedną słali w przestrzeń — ku tej dalekiej — otuchę, serce, mądrość swych dusz.
I często w te długie wieczornice, gdy Antoni wśród czytania brał głowę w dłonie i nieruchomiał w rozmyślaniu, odzywała się Atma.
— Antku, zagraj.
Na kominie żar dogasał, cichł kołowrotek — pieśnią kończył się ich przedumany wieczór.
Pewnego dnia w końcu listopada, Antoni wrócił późno z uciążliwej roboty — na dalekich łąkach — przy dzieleniu stogów siana. O zmroku opadła go śnieżna zamieć, i długo błądził — zanim do domu trafił. Zmęczony, przeziębły, wyciągnął się po wieczerzy na ławie u komina i zasnął, rozmarzony ciepłem, ukołysany mruczeniem kołowrotka.
— Jakby mi baśnie gwarzył! — rzekł, zamykając oczy: Atma przędła dalej — na dworze szalała śnieżyca. Ile tak czasu upłynęło, nie zdawała sobie sprawy kobieta, gdy naraz podniosła głowę, jakby też ze snu zbudzona.
Oczy jej utkwiły w oknie, przestała nić snuć, twarz jej przybrała wyraz wytężonej uwagi. Za oknem tumanami przewalał się śnieg, wył wicher. Co widziała w przestrzeni — co słyszała w tej dzikiej pieśni zimy? Długo tak nieruchoma, trwała, aż nagle drgnęła, przechyliła się, dotknęła śpiącego.
Poruszył się, ale nie obudził. Głosem sennym rzekł tylko — powoli.
— Niech pani się nie troska. Będę na czas!
Atma nie budziła go więcej, zadumała się, splótłszy na kolanach ręce; twarz miała jakby osnutą smutkiem i niepokojem, raz wraz podnosiła oczy do okna, nadsłuchiwała.
Wreszcie Antoni się ocknął i zerwał.
— Śniłeś co? — spytała.
Zastanowił się, pomyślał.
— Może być, ale nie pamiętam — odparł.
— Jedź do Petersburga — jesteś tam potrzebny.
— Nieszczęście jakie u niej? — zagadnął przejęty.
— Potrzebny jesteś jej i jemu.
— Komu? Jemu?
— Adamowi.
— To jedź i ty.
— Nie. Mnie nie czas. Ty jedź zaraz. We śnie widziałeś — słyszałeś — mówiłeś z nią. Jedź!
Spojrzała na zegarek, wyszedł na korytarz wołając Makara. Atma wstała też, by mu rzeczy — upakować — nie mówili więcej ze sobą.
Po trzech dnach ciężkiej podróży Antoni dotarł do Petersburga, przebrał się w hotelu, i o zmroku meldował się lokajowi — w bardzo eleganckim przedpokoju.
Pan wyjechał onegdaj do Moskwy. Pani jest. Na tacy sługus poniósł kartę. Antoni czekał dość długo. Wreszcie szelest jedwabi i na progu stanęła kobieta czterdziestoletnia bardzo elegancka i strojna, witając go uprzejmem:
— Co za gość rzadki i miły. Nie chciałam oczom wierzyć, czytając kartę. Witam pana.
Wprowadziła go do salonu, przedstawiła paru damom, i znalazł się na szablonowym »fajfie«. Co chwila zmieniali się goście, rozmawiano o nowinkach stolicy, o ludziach i rzeczach już mu zupełnie obcych i prawie niezrozumiałych. Pani domu nie zwracała nań uwagi, zajęta światowym obowiązkiem, uprzejma, ożywiona, śmiejąca.
I on ani razu na nią nie spojrzał, rozmawiał jak wszyscy, raz wraz oglądając się za dziećmi. Ale ani Maryni ani Władka nie było w salonie. Po pół godzinie wstał, aby się pożegnać: zmrożony, przybity, ale z maską doskonałej światowej swobody na twarzy — i uspokojony — że »jej« nie spotkał żaden cios.
Gdy pochylony całował jej rękę — poczuł, że dłoń ta była zimna jak lód, i drżała — wtedy podniósł oczy i spotkali się sekundę wzrokiem. Musiał zrozumieć, co mu rzekła, bo odparł:
— Jestem.
Zagryzła usta, przesunęła szybko dłonią po oczach.
— Jutro rano będę w Ermitażu! — rzekła, wracając do salonu.
Zamknęły się za nim drzwi. Poszedł przed siebie, bez celu, dygocząc z wrażenia, z bólu.
Nie był w tej chwili ani filozofem, ani mędrcem, był człowiekiem, który po ziemsku, dojmująco cierpiał.
Nawet się nie starał rezonować, walczyć, dał się unosić fali goryczy i rozpaczy.
Dwanaście lat temu rozmiłował się do zapamiętania w tej kobiecie — szalał za nią i czcił — pożądał — i życie by jej dał.
Była żoną innego, matką cudzych mu dzieci, gospodynią nie jego domu, obcy mu był jej świat i towarzystwo, obce sprawy i kłopoty i zajęcia.
Wszystkiem mu była i niczem być nie mogła. Znali się dawno. Gdy Antoni był studentem w Petersburgu bywał u nich, gdyż jej mąż był dalekim krewnym Jaworskich.
Ona była młodziutką kobietą — mąż dużo starszy, wojskowy inżynier, typ urzędnika, biurokraty.
Po skończeniu kursów — dzięki jego protekcyi Antoni otrzymał posadę w ministeryum i w dalszym ciągu odwiedzał ich niekiedy. Dwoje dzieci znał od niemowlęctwa; z panią Anną grywali: ona na fortepianie — on na skrzypcach — ale zresztą nic nie wiedzieli o sobie, ani się zajmowali sobą bliżej.
Gdy Antoni na żądanie ojca poszedł na ciężką służbę do Tepeńca, zerwały się stosunki na lat parę, aż pewnego lata inżynier już pułkownik — wysoka figura, zjechał w ich strony — na jakąś rewizyę kanałów, i na zaproszenie starego Jaworskiego, pani Anna z dziećmi spędziła u nich wakacye. Od tego lata Antoni rachował swe życie, swą mękę, swe nieszczęsne szczęście, swą gorzką rozkosz, swe upajające cierpienie!
Parę tygodni rajskiego upojenia i zapomnienia o świecie i rzeczywistości, potem lata szarpania, buntów, rozpaczy, tęsknoty, marzeń — otchłani i szczytów, burz i beznadziejnej martwoty — aż ukoiła go mądrość Atmy, aż poddał się prawu.
Od kilku ostatnich lat widywali się rzadziej, pisywali niekiedy do siebie listy uprzejmie towarzyskie — on ją zabrał ze sobą »do nieba« jak mówił — ona bóstwem jego będąc, w zetknięciu, w rozmowie, w życiu dawała mu tak straszny ból i gorycz, że po każdem widzeniu bywał jak odrętwiały z rozpaczy, jakby śmiertelnie pobity i konający.
Całą swą mocą dźwigała go Atma, aż zapominał rzeczywistości, odnajdywał swe marzenia.
Teraz miał już znowu okres ziemskiego cierpienia. Nierozdzielne, gdy z nią był — pożądanie, rozkosz jej widoku, czar głosu i spojrzenia, i zarazem prawie wstręt, bunt, rozdrażnienie. Drażniło go i odrzucało wszystko: banalność domu, otoczenia, towarzystwa, jej zachowanie powierzchownie swobodne, jej niewolniczość dla świata i formułek.
Na dworze była już noc i śnieg padał. Idąc bez celu, Antoni znalazł się na pustych ulicach i wreszcie zauważył, że przed nim od dość dawna szła para ludzi. Kochankowie zapewne — jak on z cierpienia, tak oni ze szczęśliwości nie odczuwający niepogody, niepamiętni czasu i miejsca. Szli do siebie przytuleni, głowa przy głowie, szepcząc. Stanęli wreszcie przed jakąś bramą, zaczęli się żegnać. Antoni zatrzymał się opodal przez delikatność. Z jakąś gorzką zawiścią i smutkiem patrzał na ostatni uścisk, długi pocałunek, głuchy szept rozstania, i stał jeszcze, gdy mężczyzna zwrócił — natknął się prawie na niego.
— Adam! — wyrwało mu się mimowoli.
Tamten drgnął — sekundę patrzał nań nieobecny myślą i duszą — aż oprzytomniał, poznał.
— Ty! — zdumiał.
I nic więcej nie rzekli. Uścisnęli się — poszli razem.
— Gdzie mieszkasz? — spytał wreszcie Adam.
Antoni wymienił nazwę hotelu.
— Przeprowadzę cię.
Znowu milczeli.
— Dawnoś tutaj?
— Dziś przyjechałem. Zapewne jutro wyjadę. A ty?
— Ja? — zamyślił się. — Naprawdę nie wiem!
— Którego dziś mamy?
— Dwudziesty trzeci.
— Ano — to jestem już dziesięć dni.
Teraz Antoni zauważył, jak bardzo się zmienił. Oczy miał pogłębione, pełne życia i ognia, rysy miękkie, na ustach uśmiech, w całej postaci jakby rozprzężenie i młodzieńcza żywość.
— Biedak! — pomyślał z serdecznem współczuciem, a głośno rzekł:
— Dziesięć dni. Nie długo. Dobrze, że się zabawiasz.
— Ja się nie bawię. Ja raz pierwszy w życiu jestem nareszcie szczęśliwy.
— Rad jestem. To koniecznie przeżyć trzeba.
— Antek, rozumiesz mnie, nie potępisz?
— Za co? Jabym za takie dziesięć dni, życie dał. Przychodzi czas sercu kwitnąć, jak jabłoni wiosną. Dziesięć dni — wydziedziczony i kaleka, kto takich nie miał.
— Oby błogosławiona była — za moją szczęśliwość! — szepnął Adam z głębi duszy.
Szli jakiś czas w uroczystem skupieniu.
— Przyjechałeś tu do pani Anny? — spytał Adam.
— Nie wiem. Wyprawiła mnie Atma, mówiąc, że jestem tu komuś potrzebny.
— Jakto? Nie mówiła komu?
— Nie. To się okaże. Ona się nigdy nie myli.
Adam umilkł, wzdrygnął się — jakby go niewidzialna zgroza zdławiła za gardło. Doszli do hotelu i pożegnali się — umówiwszy nazajutrz spotkanie.
Po bezsennej prawie nocy Antoni poszedł do muzeum i spędził tam prawie samotny parę godzin. Opóźniała się jak zwykle — chciał już odejść, gdy wreszcie ukazała się strojna, roztargniona, rozglądając się nie za nim, ale czy jej tu nie widzi kto znajomy. W bezustannej trwodze o opinię i kompromitacyę, w bezustannej niewolniczej służbie światu i formom. Podała mu rękę, ale cofnęła szybko, gdy chciał pocałować.
— Mam tylko chwilę, ledwie się wyrwałam. Pan wie, że męża niema.
— Domyślam się, gdyż wczoraj nie był na przyjęciu. Czy mogę czem pani służyć?
— Mam tyle zgryzoty z Władkiem. Zakochał się, chce się żenić, wbrew naszej woli z jakąś studentką.
— Ma lata, nauki skończył. Chce żyć dla siebie.
— Panu łatwo mówić, ale mnie! stracić dziecko. Marynia też dorasta. Pan nie rozumie, co to zostać w pustym domu, samej.
— Nie rozumiem, bo mój dom zawsze pusty. Ale w normalnym świata porządku, gniazda rodzinne muszą pustoszeć. Wszak dzieci się nie chowa dla siebie, ani je utrzymywać przy sobie się godzi.
— Ach, filozofia pana — to dla mnie herezye. Niechby pan lepiej Władkowi do rozumu nagadał. Gdy dzieci w domu nie będzie, ja się w grób położę. Nie zostanie mi nic — w życiu.
Spojrzała na zegarek w branzolecie.
— Pani się spieszy. Proszę się mną nie krępować.
— Mam się zejść z Marynią u krawcowej — ale ona się pewnie spóźni od dentysty. Jakże tam u pana w Tepeńcu urodzaje? Cóż kuzynka? Myślę, że pobierzecie się w końcu.
— Więc pani oprócz kłopotu z Władkiem, niema tymczasem innych, w którychbym mógł pomódz?
— Mój Boże — pan wie, że jestem i muszę być sama, a najmniej od pana mogę przyjąć pomoc.
Mam córkę — dla niej, dla jej opinii i przyszłości muszę się wystrzegać cienia pozoru. Pan to uznaje, nie ma mi tego, nie może mieć za złe.
Sekundę w oczach jej błysnęło, i trochę krwi zaróżowiło skronie, ale dodała prędko:
— Władek ma dwadzieścia trzy lata. Czyż to wiek do żeniaczki? Niech mu pan nagada.
Uśmiechnął się mimowoli z gorzką ironią.
— W jakimże wieku kodeks światowy pozwala ludziom kochać?
— Ach — jeśli to pan traktuje humorystycznie, niema o czem mówić. Kochać jest zawsze absurdem lub grzechem.
Wstała, wystraszona wejściem jakichś zwiedzających i podała mu etykietalnie rękę.
— Bardzo mi było miło spotkać pana! — rzekła głośno po francusku.
— Znajomi? — spytał szeptem.
— Nie jestem pewna — ale tyle tu osób wie, kto jestem — wolę być ostrożną. Do miłego widzenia, może pan przyjdzie na obiad. Mąż wraca pojutrze — dzieci się ucieszą panem. Proszę!
Skłonił się w milczeniu, a gdy odeszła, usiadł w kącie i pozostał nieruchomy, wpatrzony tępo przed siebie, w próżnię.
— Nie — to nie jej był potrzebny! Nie! Adamowi też nie. Omyliła się tedy Atma — mógł wracać najpierwszym pociągiem.
Owładnął sobą i poszedł do restauracyi, gdzie się mieli zejść z bratem, ale napróżno go oczekiwał, i wreszcie ruszył do jego hotelu, chcąc mu zostawić słowo pożegnania i jechać do domu.
Zdziwił się, gdy mu służba powiedziała numer i że go zastanie w mieszkaniu. Zapukał — nie otrzymując odpowiedzi, pocisnął klamkę i zajrzał. Adam siedział u stołu, a raczej pół ciałem na nim leżał — na rozłożonym arkuszu gazety. Zawołał nań Antoni — nie poruszył się — tedy zaniepokojony dotknął jego ramienia.
Wzdrygnął się, poderwał, wyprostował. Antoniemu tchu zabrakło ze zgrozy, tak był zmieniony.
— Co ci? Co się stało? — wyjąkał.
Adam chciał coś rzec — nie wydał głosu, dotknął gardła, poruszył ustami — i wskazał mu wielkiemi literami drukowany nagłówek artykułu w gazecie: Straszny wypadek.
Antoni przeczytał: Dziś w nocy — bawiąca chwilowo w Petersburgu, żona pułkownika Z. — z Warszawy, po powrocie z teatru uległa strasznemu wypadkowi. Wskutek nieuwagi, zatlił się jej szlafrok od spirytusowej maszynki. Nieszczęsna straciła przytomność — wybiegła na balkon, i rzuciła się zeń — na podwórze z wysokości drugiego piętra, ponosząc śmierć natychmiastową.
Coś było więcej — cały artykuł, ale Antoni już nie widział liter — zrozumiał wszystko, i objąwszy brata za szyję, trząsł się cały z wrażenia.
Nie omyliła się Atma — był komuś potrzebny. Wreszcie Adam głowę podniósł.
— Dziesięć dni! — rzekł głucho — i koniec.
— Byłeś tam — sprawdziłeś wieść?
— Byłem — widziałem. Powiedziała mi wczoraj przy rozstaniu: czekam cię o jedenastej — byłem o jedenastej — u zwłok — bezkształtnych, zmiażdżonych. Moje dziesięć dni — nie takie — jak były twoje.
— Lepsze. Pozostaną ci zawsze jasne w pamięci, bo ci je śmierć uchowa w całym blasku. Ból ciosu zabliźni się z czasem — zbłękitnieje w oddali, a ona — tam — wolna już, wyzwolona — szczęśliwsza, niżby was nie zgon — ale życie rozłączyło. Życie, świat, ludzkie prawa — te katują — więżą — zabijają — śmierć toć tylko złuda niedoli — a naprawdę to wolność dopiero.
— Prawda, mogę i ja tam być zaraz!
— Nie masz prawa.
— Mnie tak strasznie boli.
— Gdyby żyła, poślubiłbyś ból do końca wieku. Stokroć gorszy, stokroć bardziej piekący. Odeszła cię, twoja, własna, miłująca — a gdyby żyła, jeszcze za dni kilka, kilkanaście musiałoby nastąpić rozstanie. Odeszłaby od ciebie do męża, do obowiązków, do rodziny, do stosunków. Błogosław śmierć, co wam oszczędziła tamtego losu. Grom, co zabija w sekundę, szczęściem jest w porównaniu do raka lub suchot. Ja dziś też o jedenastej, byłem, widziałem, tę, którą kocham. Żyje, zdrowa, a nie wiem, kto z nas, ty, czy ja, bardziej cierpi w tej chwili.
Ta twoja, umarła, słyszy cię, widzi, rozumie, jest z tobą duchem, już wolna. Moja, żywa, nazywa uczucie grzechem lub absurdem, zapraszała mnie na obiad, gdy mąż wróci, po półtorarocznem niewidzeniu, zabawiła ze mną kwadrans, bo spieszyła do krawcowej, i mówiła mi, że się zapewne ożenię z Atmą.
— Atma wiedziała — szepnął Adam. — Jak mi strasznie źle! O Boże! Ty masz pewnie racyę, oboje mądrzy jesteście, ale ja nie mogę myśleć, mnie tak boli rozpacznie. Mnie tak czarno! Ja nie chcę już nic, mnie wszystko jedno! — Zwinął się, skurczył, znieruchomiał, czasami tylko wstrząsnął nim dreszcz, lub głucho zajęczał.
Przebył nad nim Antoni dni parę ciężkich, zanim zdołał opamiętać, dźwignąć, choć trochę uspokoić. Załatwił jego urzędowe sprawy, dał mu spokój i samotność w przetrawieniu cierpienia, powoli namówił do powrotu, do pracy.
Ostatniego dnia poszli we dwóch na cmentarz daleki i obcy, ośnieżony i pusty.
Adam już się opanował, jakby przywykał do maski, do sceny życia.
Gdy wracali, mówił »o niej«.
— Raz ostatni! — rzekł spokojnie. — I z jednym tobą! Muszę wracać, i milczeć, już zawsze!
Na jednej z ulic Antoni podniósł oczy na oświetlone okna pierwszego piętra.
— Baliczek, czy raucik! — zauważył.
— Nie byłeś tam tymi dniami?
— Nie. Po co? Nie jestem tam potrzebny.
— Ja nie jestem nigdzie, nikomu potrzebny. Ty wracasz do zdroju, ja do kałuży. Jak tu źle, źle, źle!...
— Trzeba się starać nie wrócić więcej.
— Mówisz to bez przekonania, bez wiary, bez zapału.
Antoni obejrzał się na oświetlone okna.
— Bo »to«, tak blizko, a Atma tak daleko — szepnął. — W męce byliśmy obadwa, zesłabliśmy na razie. Uchodźmy stąd. Pojadę z tobą do Warszawy, oddam cię pracy w opiekę, sam wrócę do marzenia.
— Przyjdę do was prędko. Tam mi będzie za ciężko teraz. Co za pustka straszna.
Ale pustka stała się jeszcze straszniejszą, gdy rozstali się w Warszawie. Jak maszyna, Adam zajął się interesami, rad przynajmniej, że sam był w mieszkaniu Taubertów, i w samotności mógł nie udawać — zdejmować światową maskę. Ale już na drugi dzień zjawił się Ignac.
— Zobaczyłem, przechodząc, że się w oknach świeci, myślałem, że familia zjechała. Ale — oni się tam bawią.
Począł się śmiać cynicznie.
— Ależ i ty użyłeś stolicy. Na zmianę Anielki, ty będziesz się wprędce kurować i baby odwiedzać, a w Zbylczycach Wojdak cię zastąpi. Tęgi chłop. A wiesz, że stary dyrektora wypędził?
— Co? Dyrektora, Zarembę? Twój ojciec?
— Ano — Wojdak ma objąć jego posadę.
— Et, plotki. Ojciec twój nie ma prawa wydalenia urzędników i Zaremba nie ustąpi, bo mi jest dogodny.
— Zobaczysz. Zresztą i ty na zmianie skorzystasz. Wojdak zdolniejszy od Zaremby, ma bajeczny spryt i rzutkość.
Adam odczuł gniew i rozdrażnienie.
— Póki jestem administratorem fabryki — ja rządzę. Na przyszły rok akcyonaryusze mogą mnie usunąć — ale tymczasem — ja jeden mam prawo usuwać i decydować.
— Powiedz to staremu i babom.
— Babom, a cóż one mają do rządu fabryki?
— Zobaczysz — zaśmiał się Ignac.
Adam ramionami ruszył, ale czuł wrzenie w sobie i zbliżającą się awanturę.
Nazajutrz przyjechał do Zbylczyc wczesnym rankiem i poszedł wprost do biura w fabryce.
Zastał wszystko i wszystkich na miejscu, tylko w laboratoryum — jakiegoś obcego młodzika.
— Pan tutaj skąd jest? — spytał.
— Zastępuję pana Wojdaka. Jestem Woźnicki.
— Kto pana tu zainstalował?
— Pan Wojdak wziął mnie na praktykę.
Adam nic więcej nie rzekł — poszedł do biura, kazał poprosić do siebie dyrektora.
Po chwili Zaremba się ukazał.
— Kto przyjął do pomocy chemikowi — tego młodego człowieka?
Zaremba rozłożył ręce.
— Pan Taubert. Zresztą bardzo słusznie, bo pan Wojdak wcale się swą robotą nie zajmuje — nie ma czasu.
— Jakto? Nie ma czasu?
— Mając tyle funkcyi, trudno wystarczyć.
— Proszę pana. Jesteśmy w biurze, nie w cukierni lub salonie. Pan jest odpowiedzialny za porządek w fabryce.
— A tak — do roku. Otrzymałem przecie dymisyę. Ale chociaż jeszcze jestem na posadzie — nic już nie znaczę. Rząd idzie z pałacu.
— Gdzież jest w tej chwili pan Wojdak?
— Wyjechał za interesami, podobno do Kijowa. Pan Taubert wysłał. A gdyby był, toby chemią się nie zajmował. Jest przecie głównym kontrolerem nas wszystkich.
— Kto panu udzielał dymisyi? Nie rozumiem nic.
— Właściwie ja sam w tych warunkach dłużej pozostać nie mogę.
— Miałeś pan jakie zajście z panem Taubertem? Co się stało?
— Od jesieni mam ciągłe zajścia — o wagę buraków, o melas, o wytłoki, o rachunki, o najem, o dostawy — o wszystko. W fabryce szpiegostwo, donosy, plotki, z administracyą dóbr ciągłe spory, awantury — wśród urzędników ferment i niechęć. Na rok przyszły zostanie tu Wojdak i jego kreatury. Wydatek cukru zły, fabryka ogłoszona za stary grat — akcye spadają. O to właśnie chodzi.
Adam spojrzał na niego i milczał. A Zaremba dodał po chwili ciszej:
— Chodzi też o zmianę administratora.
— Więc pan stanowczo ustępuje z posady? — rzekł zimno Adam, odzyskując wobec katastrofy całą swą równowagę i urzędowy spokój.
— W takiem błocie uczciwy i porządny człowiek nie może zostać! — wybuchnął dyrektor. — Być pod władzą pana Wojdaka! Nie! Zresztą — pan się sam przekona. Tu się dzieją — ohydne rzeczy!
Adam zabrał się do gruntownej kontroli roboty i rachunków — i coraz bardziej zajęcie go pochłaniało. Nie znalazł nigdzie jednak potwierdzenia dowodzeń Zaremby. Wydatek był średni, maszyny w porządku, rachunki normalne. Wydawało mu się tylko, że urzędnicy byli jacyś osowiali — kasyer jakby zmieszany, magazynier wystraszony. Coś było w powietrzu niezwykłego, niepokojącego.
Tak mu czas zeszedł do południa, i wtedy dopiero poszedł do pałacu.
— Właściwie dlaczego oni tu siedzą, a nie w Warszawie? — pomyślał z niechęcią.
Coby dał za to, by poza pracą — być samym.
Wspomnienia były za świeże, za bolesne; przymus towarzyski nad siły ciężki.
Zastał rodzinę już zebraną w jadalni — miny jak zwykle oficyalnie nudne.
— Ależ siedziałeś w tym Petersburgu! — rzekł stary.
— Mało co dłużej, niż zamierzałem.
— Załatwiłeś wszystko pomyślnie?
— Tak. Wszystko! — odparł.
— A tu tymczasem ładny odkryłem pasztet. Wiesz? Zaremba brał łapówki od dostawy buraków.
— Ma ojciec na to dowody?
— Jakże. Na piśmie.
— Poproszę o nie do sprawdzenia.
— Jakto, nie wierzysz ojcu? — oburzyła się Anielka.
— Owszem, ale jako administrator muszę mieć w ręku dowody.
— Będziesz je miał. W każdym razie — omyliłeś się grubo na Zarembie — a trzymasz go cztery lata. Naturalnie, byli w zmowie z kasyerem i magazynierem. Ta trójka okradła grubo akcyonaryuszów.
— Któż wreszcie to odkrył?
— Wojdak.
— Bardzo bystry. Ale zdziwiłem się, że opuszcza swą robotę podczas kampanii.
— Nie mógł czekać na twój powrót. Ojciec jego umarł.
— Mówiono mi, że go ojciec wysłał do Kijowa, i że ojciec umówił tego zastępcę.
— Brednie. Zastępcę on sam płaci — nie obciąża to fabryki — mogłem zatem upoważnić.
— Biedak! Tak ciężko jest dotknięty stratą ojca. Że on wogóle wystarcza! — rzekła Taubertowa.
— Czemu?
— Przede ma też własne ciężkie interesa i rodzinę do utrzymania. Trzy siostry, brat młodszy, stara matka. Jak on ich wszystkich kocha, jak o nich dba.
Nigdy nie słyszał Adam tylu pochwał z ust teściowej. Uśmiechnął się.
— Ignac tym razem wynalazł brylant. — rzekł.
— Tak — to jest nieoceniony człowiek! — wymówił uroczyście Taubert.
— Nie tęsknisz za Warszawą? — zwrócił się Adam do żony.
— Ojciec nie może wyjechać, z powodu porębu, więc dotrzymujemy mu towarzystwa.
— Doskonale wyglądasz. Służy ci wieś — Anielka zarumieniła się. Oboje rodzice spojrzeli na nią z zadowoleniem.
— Istotnie. Nabrała kolorów. Udała się nam letnia kuracya! — rzekła Taubertowa.
— Będą dziś Gawrońscy i młody Zaleski. Zbierze się partya do winta — dodał z zadowoleniem stary.
Adam wyszedł do siebie na cygaro i resztę dnia spędził w biurze. Pracował z największym przymusem, ale gdy na chwilę przestawał rachować, czuł tak straszny ból, bunt, rozpacz, taką drapieżną chęć zemsty nielogicznej, takie rozdrażnienie i nienawiść, że całą siłą woli hamował się, wracał do cyfr, do myśli o interesach — byle nie zostać ze sobą. Wieczorem lokaj z pałacu wezwał go do gości. Gdy szedł przez podwórze, spotkał wędrownego kramarza Icka, który jakby nań czatował.
— Proszę jaśnie pana, ja wczoraj był w miasteczku, to mnie jakaś uboga dała list, coby jaśnie panu doręczyć.
— Co za uboga?
— Jakaś taka stara. To ona pewnie prosi o wsparcie.
Adam wsunął list do kieszeni, i po chwili o nim zapomniał. Takich próśb o wsparcie odbierał tyle, że gdyby je wszystkie spełnił, po roku sam by żebrać musiał.
W pałacu czekano nań z wintem. Rozpoczęła się gra i gawędka zwykła na wsi — o cenach zboża, o koniach, — o plotkach, o polityce. W salonie obok bawiły się panie domu z panią Gawrońską, potem rozległ się fortepian i śpiew. Młody Zaleski omylił się w grze — napadł nań partner.
— To wina żony pana i jej śpiewu — tłómaczył się, zwracając do Adama.
Ten dopiero wtedy zwrócił uwagę i przysłuchał się. Rzeczywiście Anielka śpiewała inaczej, żywiej, z większem zrozumieniem.
— Dużo śpiewa w tym roku. Poczciwa, została tu dla mnie i z nudy na wsi zajęła się muzyką — rzekł Taubert.
Adam ciągle wygrywał. Gdy skończono, zapłacili mu wszyscy i Gawroński rzekł wesoło:
— Pieniądze idą do pieniędzy. Pan ma we wszystkiem bajeczne szczęście! Podobno zarobi pan na Zaciszu dziesięć tysięcy. W pół roku zaledwie, to świetnie.
— Jakto? Sprzedajesz Zacisze? — zdumiał się Taubert.
— A pocóż mi ono?
— No, proszę, a któż targuje? I pomyśleć, że ja mogłem to kupić od Skibińskiego.
— Zostaną zawsze pieniądze w rodzinie! — pocieszał go żartobliwie Gawroński, ale stary się zasępił, zmartwiła go ta wiadomość.
Adam odczuł złośliwą przyjemność. Wszystkie przebyte ostatnimi czasy wrażenia stały mu się jednem uczuciem — nienawiści i rozdrażnienia, żądzy, by cierpiał każdy wokoło niego.
Gdy wracał do swego gabinetu znalazł list ostrzegający o zachwianiu się fabryki maszyn, której akcyi posiadał Taubert na kilkanaście tysięcy. Ze złym uśmiechem list zniszczył, ze złym uśmiechem napisał polecenie do swego radcy prawnego, decyzyę na sprzedaż Zacisza, a potem zrobił rachunek swego majątku.
Posiadał w ziemi i kapitałach dwakroć sto tysięcy — podwoił tedy fundusz w przeciągu dziesięciu lat. Zaczął rozmyślać, układać projekt, jakby z tą siłą Taubertowi dokuczyć, myśl ta czyniła mu rozkosz.
Nazajutrz w biurze ze szczególną przyjemnością źle traktował każdą sprawę, ostro urzędników.
O południu wszedł do laboratoryum i znalazł przy robocie już Wojdaka.
Miał krepę u surduta i wyglądał źle, mizernie, z jakimś mętnym wyrazem oczu.
— A, wrócił pan przecie! — przywitał go.
— Tak, wprost z pogrzebu ojca, i będę pana prosił o uwolnienie mnie z posady — wobec konieczności zajęcia się sprawami rodzinnemi.
— Otrzymał pan spadek?
— Matkę niedołężną, czworo rodzeństwa i ruinę.
— Słyszałem, że ojciec pana miał fabrykę.
— Niestety — już piąta z rzędu — warsztaty żelazne obciążone długami. Właściwie w tej chwili, naszego w tem nic niema oprócz firmy.
— Mój teść będzie bardzo nierad stracić tu pana. Podobno odkrył pan grube malwersacye?
— Czy miałem je zamilczeć?
— W każdym razie ujawnić je mnie jako administratorowi. Ale o to mniejsza. W każdym razie o mnie się tu wszystko musi oprzeć.
Pod zimnemi jego oczami Wojdak swoje spuścił.
— Przedstawię panu dowody. Kiedy będę się mógł uwolnić?
— Będę musiał pana poprosić o pozostanie do przyszłego tygodnia — do posiedzenia Rady. Czy zastępca przez pana tu sprowadzony, będzie mógł objąć posadę, o tem się tymczasem przekonam. O dowody malwersacyi zaraz poproszę.
— Oryginały złożyłem w ręce pana Tauberta.
— Jakie mianowicie?
— Listy Kubika dostawcy, i świadectwo Hersza Lundena, że pośredniczył między magazynierem i plantatorami.
— Kubik jest specyalista od szachrajstw w dostawach i ma co rok sprawy o złą wagę — a Lundenowi pan Zaremba nie przyjął latem wapna. Zresztą — sprawdzimy tę rzecz, — zakończył, wychodząc.
Wieczorem zażądał od teścia owych dokumentów i zajął się śledztwem. W fabryce powstał sądny dzień, okazały się różne brudne sprawy, wypełzły na jaw masy plotek, zawiści, intryg. Taubert tryumfował, o byle co krytykując zięcia, zwalając nań całą odpowiedzialność, wymawiając opieszałość.
Przyjechał na to Ignac z Warszawy i uczynił dywersyę, bo ogłosił na wstępie:
— Ojciec żołądkuje się o głupie sto korcy buraków, co tu ukradli, a nie wie, że Jacentowo caput.
— Co? — wyjąkał Taubert.
— Ano, ogłosili upadłość.
— Boże wielki. Mieliśmy tam ile? — jęknęła stara.
— To nie może być. To łgarstwo. Zaraz wyślę depeszę.
— A po co? Kiedy Smoczyński właśnie depeszę przysłał. Dali mi ją na stacyi!
— Dwadzieścia dwa tysiące! — mruczał Taubert, czytając depeszę.
— Ach, Boże, Boże! — biadała stara.
Wyciągnięty w fotelu poprzez dym papierosa Jaworski patrzał na nich — po kolei — na każde. Ignac bezpieczny, spokojny, usta do gwizdania złożył — myśląc zapewne: Gerhardowej to nie tknie. Prezes chodził po pokoju, zgarbiony, nagle zżółkły na twarzy, Taubertowa z załamanemi rękami blizka była apopleksyi — tylko Anielka nie przestała wyszywać haftu na serwecie, i zdawała się nie słyszeć. Na obojętność tę zwrócił uwagę Jaworski — jak wogóle na żonę oddawna raz pierwszy. Pochylona, zamyślona, coś jakby uśmiech miała na twarzy. Zatrzymał na niej spojrzenie — ona je poczuła, bo podniosła oczy i prędko je znowu spuściła.
Taubert spojrzał na zegarek — zadzwonił na lokaja.
— Konie na pociąg, — zadysponował, wychodząc.
Podniósł się też Jaworski.
— Skorzystam i ja z tych koni. Pojutrze posiedzenie rady. Zostaniesz tu długo? — spytał szwagra.
— Ano — do twego powrotu. Kiedy?
— W piątek wrócę po południu.
Niewiele mówili ze sobą teść z zięciem w czasie tej drogi i mało się widzieli w Warszawie, każdy zajęty własnemi sprawami. Jaworski trapiony męką rozdrażnienia, niezdolny znieść bezczynnej samotności, ani szablonowego towarzystwa poszedł wieczorem do kabaretu, potem z jakąś przygodną znajomością pół nocy spędził w gabinecie, dużo pijąc — i w usposobieniu dzikiem wrócił do domu. Czuł, że nie zaśnie; rzucił się w fotel, wstrząsany dreszczem, dysząc z gorączki — i oczy jego padły na białą plamę koperty na biurze.
Był to jakiś list, który rano znalazł w kieszeni i rzucił, czemś innem zajęty.
Sięgnął po niego i otworzył. Z początku zdziwił się, że litery widział czerwone, potem, że pismo było koślawe, nieudolne lub podrobione, wreszcie zaczął czytać:
»Jeśli pan chce się dowiedzieć, co i gdzie Panu naprawdę kradną? kto uczciwy, a kto gałgan? — niech pan wróci niespodziewanie do swego domu własnego, między godziną 11-tą a 1-szą w nocy. Wtedy pan zrozumie, dlaczego niewinnie są szkalowani i cierpią!«
Nie było podpisu, i na razie wcale treści nie rozumiał. Odczytał kilkakroć, wydało mu się tak głupie, tak idyotyczne, że zmiął papier i wrzucił do kosza. Ale myśl pozostała i wracała uparcie, i znią zasnął nad ranem.
Nazajutrz odbyło się posiedzenie Rady akcyonaryuszów, dość burzliwe wobec złego procentu cukru. Czuć było ferment przeciw zarządowi, czepiano się o byle co. Wokoło siebie czuł Jaworski chłód i niechęć, a nie zdawał sobie sprawy, że uczucia te od siebie też dawał ludziom, dla których dotąd życzliwie pracował.
Opuścił zebranie pierwszy, na ulicy spojrzał na zegarek i postanowił wracać do domu. I znowu przemknęła mu myśl: będę między jedenastą a pierwszą w nocy — i pewnie stróża nie zastanę na stanowisku, bo miałem wrócić jutro. Na ziemię spadło dużo śniegu, a gdy przybył na swoją stacyę — zastał tylko parę chłopskich sanek.
Najął jedne i gdy się znalazł w pustce pól, przypomniał sobie chłopski wózek, którym wiosną jechał do Tepeńca. Było i teraz pusto i cicho — tylko — jakże inaczej.
U bramy odprawił chłopa — i rozpoczął niespodzianą lustracyę. Fabryka jak zwykle szła — stróż był na stanowisku — wszystko w porządku.
Kierował się tedy do mieszkalnego domu — przez park — na boczny swój ganek.
Zdziwiło go światło w buduarze Anielki, różowe, słabe, od wiszącej ampli.
Na obyczaje Taubertów było to niezwykła godzina do czuwania.
Wszedł na ganek i znowu się zdziwił, znajdując drzwi nie zaryglowane. W korytarzu było ciemno — pocisnął guzik elektrycznej latarki — i skierował się wprost, w głąb — do jadalni.
— Kto tam? — rozległ się głos Ignaca z bocznego pokoju. Bez odpowiedzi poszedł dalej — minął jadalnię, salon, kroki jego tłumił dywan — i stanął na progu buduaru.
Pośrodku pokoju stali: Anielka i Wojdak. Trzymali się za ręce ku sobie pochyleni — coś mówiąc zapewne — ale on ich tylko widział — nie wierząc oczom. I nagle poczuł na ramieniu dotkniecie, światło świecy — i głos Ignaca i głuchy krzyk kobiety. Zawrócił się — spojrzał na szwagra, a ten nawpół ubrany, kończył:
— Zasiedzieliśmy się, byłem u siebie po cygaro — myślałem, że złodzieje chodzą po domu.
Jaworski słowa nie rzekł — obejrzał się. Wojdak stał już sam, śmiertelnie blady.
Tedy Jaworski zawrócił, minął z powrotem salon i jadalnię — na kurytarzu otworzył drzwi swego gabinetu ruchem i oczami zawołał Wojdaka, a gdy ten wszedł, przed Ignacym drzwi zamknął i zaryglował.
Potem zapalił świece na biurku, i rzekł:
— Masz mi pan co do powiedzenia?
Wojdak był wciąż blady jak ściana, ale już panował nad sobą, i patrzał śmiało.
— Mam! — rzekł twardo. — Kochałem ją, kocham, w śmierć i po śmierci kochać nie przestanę.
— A tę śmierć widzi pan przed sobą?
— Widzę. Z pana ręki czy ze swojej — wszystko mi jedno. Pożegnałem ją na zawsze. Jestem na pana rozkazy.
— Jak na złodzieja — bardzo szlachetny gust, — roześmiał się szyderczo Jaworski.
Wojdak skoczył — podniósł rękę do piersi.
— A pan takim złodziejem — nigdy nie był! — wybuchnął.
— Zdaje mi się, że pan chce dysputować ze mną!
— Nie, ale nie zniosę obelg. Jeślim zawinił — zapłacę.
— Czem?
— Krwią i życiem wedle światowych obyczajów.
— Czekam pańskiej dyspozycyi.
— Pojedynku pan się spodziewa?
— Wolałbym prędszy i mniej rozgłośniejszy koniec.
— Naprzykład?
— Świece się dopalają — ta moja — tamta pańska. Czyja pierwsza zgaśnie — ten się usunie z życia — cicho, samotnie — nie obryzgując swą krwią ani skandalem blizkich i drogich.
— Zgoda. Za kwadrans los rozstrzygnie.
Zapanowało milczenie. Jaworski ruchem wskazał mu fotel — sam usiadł, oczy przymknął, starał się ogarnąć myślą to niesłychane przejście.
Chwilami zdawało mu się wszystko zmorą, majaczeniem gorączkowem czy pijackiem, to znów ogarniała go wściekłość upokorzenia próżności, nienawiść dla kobiety, która go zdradzała, żądza zemsty — i potem nachodziła fala ohydy, wstrętu — obrzydzenia prawie fizycznego.
Całą historyę ostatnich miesięcy miał jasno przed sobą. Pośrednictwo Ignaca, starania Wojdaka, opętanie rodziny kwestyą materyalną, rzekomem poświęceniem, staraniem o ich grosz, usłużność, wkręcenie się na stanowisko domownika, a potem już swobodny romans. Zresztą może Taubertowie o wszystkiem wiedzieli — matka szczególnie.
Zresztą może to trwało już od lat całych, już wtedy, gdy proponował żonie mieszkanie w Zaciszu, już wtedy, gdy spędzały z matką miesiące za granicą. On przecie musiał pracować na jej zbytek, podróż, stroje, przyjemności; był przecie tylko mężem.
Wzdrygnął się na nagły szelest — otworzył oczy.
Wojdak wstał z krzesła — na biurze paliła się ostatniem tchnieniem tylko jedna świeca: Jaworskiego.
— Los wydał wyrok! — rzeki Wojdak głucho i twardo. — Jutro już nie będzie mnie na niczyjej drodze, ani na ziemi. Zostawię matkę i rodzeństwo w ruinie i wstydzie — odejdę tak, aby przynajmniej nie można było powiedzieć, żem tchórz i podły. I tej, którą kocham, sprawię ból — bo nic innego dać nie mogę — ale ludzkim prawom i sprawiedliwości stanie się zadość. Pan tę kobietę kupił, zapłacił — dokument dozgonny został podpisany. Jest pan jej prawnym posiadaczem i władcą. Mówię, jak skazany na śmierć — swobodnie. Nie kupił pan i nie zapłacił za jej duszę — za jej serce, za jej myśli. To moje — i o to ja kiedyś pozwę pana na inny sąd — i wtedy będzie inny wyrok. Teraz żegnam pana.
Przez sekundę oczy Jaworskiego pociemniały od jakiejś grozy, ale wtem zalała je krew, ogarnęła wściekłość. Powstał — zdawało się, że skoczy policzkować.
— Precz — zawołał dziko — bo cię tu ubiję, bezczelny!
W tej chwili ostatni blask świecy, zatoczył się, strzelił w górę i zgasł. Rozległ się skrzyp drzwi — kroki — pokój i dom cały ogarnęła ciemność i cisza. Wyczerpany ostatecznie Jaworski osunął się w fotel, i stracił świadomość — nawet myśli.
Był późny zimowy świt, gdy znowu rozległy się kroki na korytarzu, i wszedł służący.
— Proszę pana, depesza — rzekł z cicha.
Jaworski się ocknął, powstał z trudem, tak go bolały członki, ciężyła głowa.
— Podaj światło — rozkazał.
Lokaj wniósł lampę i wtedy Adam otworzył depeszę, spojrzał na podpis: Atma.
Zaczął się trząść jak w febrze, musiał papier położyć na stole, tak mu dygotały ręce — musiał oczy przetrzeć, bo mieszały się litery — i odczytał:
»Bądź dobry, abyśmy razem być mogli«.
I nagle zerwał się — nie rozumiejąc, nie zdając sobie sprawy, co czyni. Wypadł na korytarz — na podwórze, do mieszkalnego domu fabrycznej administracyi.
— Pan Wojdak u siebie? — spytał stróża.
— W nocy wyjechał — najętą furą — do kolei. Powiedział, że rano wróci.
Adam oparł się o ścianę — całą siłą woli się opanował — zawrócił do domu.
Gdy się znalazł z powrotem w swym gabinecie, oparł głowę o rozłożoną na biurze depeszę i zdrętwiał — słysząc jakby szum wody, w której tonął, nie mając ni sił — ni woli — by się ratować.





VII.

Była znowu wczesna wiosna. Rozpoczęły się roboty w polu, pęczniały pąki na drzewach, wracały ptaki z wyrajów, ludzie ruszali się raźniej.
W Zbylczycach ucichły maszyny w fabryce, pracowano przy remoncie. W domu był tylko Jaworski.
Pani Taubertowa z córką do Nowego Roku bawiły za granicą — prezes w Warszawie — nawet Ignac nie odwiedzał szwagra.
Ten pracował jak zwykle, jak co rok, z sumiennością maszyny i z maszynowym spokojem.
Po nieszczęśliwym wypadku z Wojdakiem, który przechodząc zimą przez plant kolejowy, pośliznął się, upadł, i został zmiażdżony przez przelatujący pociąg kuryerski — nowy chemik objął posadę — nowy dyrektor zastąpić miał od lipca Zarembę — nowy był magazynier i zmianowy. Miał tedy Jaworski sporo zajęcia z tego powodu — i dotąd nie mógł na wypoczynek wyjechać, ani często odwiedzać sąsiadów.
Dnie spędzał w biurze — wieczory w pustym domu. Z resztą innych lat było prawie tak samo. I tak samo jak zwykle pewnej nocy lampa oświetlała gabinet, i przy biurze Jaworski pisał. List to był.
— »Bracie — gdy to czytać będziecie — pójdźcie do krynicy — gdzieście mnie zeszłej wiosny uczyli Mądrości i Prawa — i wysłuchajcie mnie raz ostatni. W tem życiu już się nie spotkamy.
Nie jestem już tak bezrozumny, bym zabijał ciało myśląc, że duszę zabiję. Ale też nie mogę dalej tak żyjąc — jej mordować, ani jestem w stanie w stosunkach i warunkach dotychczasowych czekać kresu. Cuchnę sobie — jak trup, duszę się w męce, jestem w szponach zmory — jak potępieniec. Co zmyje ze mnie krew człowieczą, którą jestem obryzgany — jak zbrodniarz, co mnie obroni przed głosem oskarżyciela, który mi mówi: chciałeś w życiu tylko sławy, tylko użycia, tylko zbytku — tylko złota i władzy.
Kłamałeś szlachetność, uczciwość, miłość, przyjaźń — sam zdrajca, wiarołomca, złodziej — uczyniłeś sąd, wydałeś wyrok nad żoną — zabiłeś człowieka, który ośmielił się ją pokochać, gdyś ty ją lekceważył i opuścił.
Teraz, tak idąc, tak żyjąc — jestem bez mocy, by winy naprawić. Nie wrócę zmarłemu życia, nie śmiem spojrzeć na żonę — nie mam przyjaciela — cięży mi jak kamień — pieniądz.
Muszę wszystkiego odejść, wszystkiego się wyzbyć, nie istnieć tutaj — nawet was nie mieć.
Już interesa swe uregulowałem, już się wyzwoliłem z wahania i bojaźni, już czuję, że kędy idę — dobrze idę.
Zachowajcie me miejsce wśród was — niech waszą moc czuję duchem — na ciężką idę pokutę — na drogę, z której wrócić nie będę mógł — coby się nie stało — cobym nie znosił.
Większą część funduszu przepisałem na ciebie, bracie — niech wróci do ojcowizny i idei, której stróżujesz — reszty niech Atma użyje na jaką sprawę dobrą — ja z sobą biorę tylko waszą naukę — swoją shańbioną duszę — i swą wolę i postanowienie, by choć u kresu jedno z Wami być, i odnaleźć was z tamtej strony. Wiem, że nie zmartwi, a ucieszy Was ta ostatnia tutaj wieść o mnie, bo gdy to piszę, schodzi na mnie i od wielu czasów raz pierwszy — jakby otucha i nadzieja — i moc w mej słabości. Żegnajcie i bądźcie błogosławieni«.
Podpisał — i zamknął list w kopertę — a potem począł ostatecznie porządkować w biurze.
Palił jedne papiery, składał inne, przechodząc po kolei szuflady — długo w noc paliła się lampa w gabinecie.
Zwykłym trybem zeszedł dzień następny — wieczorem Jaworski kazał przygotować konie na nocny pociąg — i sam upakował swe rzeczy do ręcznego kuferka.
Zapowiedział, że wyjeżdża na dni parę do Warszawy w interesach fabrycznych, i rzeczywiście z teściem mówił tylko o sprawach pieniężnych.
Taubert zagadnął go, czy prawdą jest, że sprzedał kilka swych akcyi cukrowni.
— Istotnie, sprzedałem. Potrzebuję gotówki.
— Masz na widoku jaki interes? — ciekawie jął badać stary.
— Może być. Dziś wieczorem jadę do Petersburga.
— Słuchajno. Jeśli to z intendenturą — przyjmij mnie do spółki.
— Za powrotem odpowiem.
— Tak, tak. Znam ciebie. Nie lubisz zbytniej szczerości, i masz racyę. Jedź — a pamiętaj o mnie!
Rozpromieniał Taubert, i oddawna nie był dla zięcia tak serdeczny. Rozmawiali swobodnie do późnego wieczoru, wreszcie Jaworski na zegar spojrzał — i wstał.
— Co ty masz za zegarek obskurny? — rzekł Taubert.
— Oddałem swój do reperacyi.
Pożegnali się i Jaworski ruszył na kolej. Po drodze zatrzymał się w jakiejś obskurnej golarni, kazał ogolić zarost, ostrzydz włosy przy skórze, i przystrzydz wąsy. Na dworcu nacisnął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota, sam kupił bilet, i bez pomocy tragarza zajął miejsce w przedziale pierwszej klasy, gdzie na drugiej kanapie już wyciągnął się do snu, nieznajomy wojskowy.
Była noc chmurna, — deszcz mżył — pociąg ruszył.
Po ostemplowaniu biletów Jaworski się też położył, i zdawał się spać.
Gdy upewniło go zupełnie chrapanie towarzysza, podniósł się, przyciemnił zupełnie światło — rozpakował kuferek. Wydobył zeń niewielki pakiet, owinięty w ciemną bawełnianą chustkę, i wytarty, stary pugilares. Ze swego pugilaresu włożył weń sto rubli, a swoje papiery przełożył do kuferka. Potem zdjął swe cienkie, eleganckie obuwie — jakby do snu, i naciągnął wydobyte z pakietu dobrze już znoszone buty z cholewami — wreszcie i kapelusz swój założył za siatką, a nacisnął na głowę wytarty, rudy filc.
I wtedy — w kąt wtulony czekał.
Gdy sygnał parowozu oznajmił zbliżenie stacyi — wyszedł na korytarz — i wyskoczył na plant — w stronę przeciwną platformie.
Miał w ręku zawiniątko w chustce — wokoło była ciemność — stacyjka malutka, o sto kroków w bok czerniały jakieś zarośla.
Jaworski potknął się parę razy na szynach — wyminął jakiś budynek i znalazł się pod osłoną wielkich drzew. Żywej duszy nie było nigdzie z tej strony — rozległ się dzwonek, gwizd — pociąg ruszył.
Trochę ludzi rozpełzło się z platformy, paru stróżów przeszło, migając latarkami — i zapanowała martwa cisza.
Wtedy Jaworski poszedł ku owym zaroślom.
Był to borek sosnowy, podszyty jałowcem.
Pod tą osłoną Jaworski się przebrał w kolorową bawełnianą koszulę bez kołnierza, w marynarkę mocno znoszoną i brudną, i takież spodnie.
Pugilares wsunął za koszulę — na piersi, a swoją odzież zawiązał w chustkę, i rozejrzawszy się w ciemności, przejęty chłodem i wilgocią — poszedł, szukając drogi.
Wiedział mniej więcej godzinę i nazwę stacyi — wiedział, w jakiej jest okolicy, — więcej nic.
Po niedługiem błądzeniu znalazł szlak jezdny, mocno wyboisty — i puścił się nim — od plantu w głąb kraju.
Zawadzał mu węzełek szmat — więc gdy trafił na groblę i ujrzał wodę w rowie, obciążył pakiet ziemią — i zatopił przy krzaku łozy.
Teraz nie miał już nic — i był nikim.
Deszcz nie przestawał padać, i po jakimś czasie licha jego odzież przemokła na wylot — czuł wilgoć na ciele — przyspieszył kroku. Gdzieś przed nim kogut zapiał, zaszczekał pies — zbliżał się do ludzkich siedzib.
Jakoż, gdy się z lasu wydostał, ujrzał czarne kontury chat — płoty — parę wielkich krzyżów przydrożnych — i znalazł się w ulicy wioskowej.
Chaty jeszcze spały, ale świeciło się w domostwie większem — widocznie dawnej karczmie.
Zatrzymał się — i zajrzał przez brudną szybę.
Ujrzał wielką izbę, oświetloną nędzną lampką na rogu stołu, przy którym siedziało, drzemiąc, dwóch żydów — a jeden coś pisał kredą po stole.
Na podłodze izby — pokotem — jeden obok drugiego, spało kilkunastu chłopów.
Chrapanie ich i świszczące oddechy słychać było aż na ulicy — spali jak drewno, w odzieży, z której parowała wilgoć.
Jaworski się wzdrygnął z wstrętem, gdy drzwi otworzył — i próg przestąpił. Nikt się nie poruszył, więc odezwał się w stronę piszącego żyda:
— Można tu dostać nocleg na sianie?
— Ja nie tutejszy! — odparł żyd. — Gospodarze śpią w alkierzu. A wy kto?
— Robotnik z Białegostoku. Jaka to wieś?
— Horby.
— A te ludzie? Tutejsze?
— To moje flisaki z Wołynia. Wracają do domu.
— Prowadzicie drzewo — wodą?
— Aha. Rzeka tu o krok. Może się najmiecie na dwa tygodnie. Płacę cztery ruble i charcz!
Jaworski nic nie odparł. Usiadł na ławie przy oknie, w którem brakło szyby — zapalił papierosa. Miał dziwne wrażenie — nie czuł siebie. Mózg jego i nerwy przemęczone nad miarę ostatnimi czasy, zda się, odmówiły czynu — zmartwiały — po czynie.
Nic nie myślał — nie czuł — tylko jakiś nieokreślony, bezbrzeżny spokój — jakby dalej nic czynić nie miał, jakby spełnił jakąś konieczność, skończył jakieś zadanie, i na coś czekał, co już od niego nie zależało.
Nie spał, ale i jawy nie czuł — oczy miał otwarte, ale nic nie widział — nie dusił go zaduch izby — nie słyszał chrapania i stękań śpiących — widział jedno — że wybrnął z męki.
Żyd ostatni zasnął, lampka dogasała, kopcąc — za oknem czynił się brzask — gdy na drodze rozległ się tętent konia, stukanie w szybę i głos gromki:
— Meir, Meir!
Żydzi zerwali się — poruszyło się paru chłopów, a głos wołał dalej:
— Wiecie nowinę? Most pod kuryerem się zawalił.
Jaworski się zerwał.
— Most! Jakto? Dziś? A pociąg?
— Dziś w nocy. Pociąg w rzece — po ludzi jadę.
Tętent się oddalił. W izbie zawrzało. Zerwali się chłopi, z alkierza ukazała się cała rodzina gospodarza. Jaworski wyszedł na ulicę wioskową. Już i tam ruch się czynił, konny budził — wołał, chłopi już powtarzali jeden drugiemu nowinę. Nie upłynęło pół godziny, już gromada młodych parobczaków zebrała się i ruszyła kłusem przez pola.
Jaworski ruszył też za nimi, napędzili go inni, znalazł się w kompanii i biegł razem. Minęli na przełaj pola, przebrnęli grzązką olszynę — wydostali się na garb piaszczysty, którym plant kolei biegł. Za tym garbem były łąki przerżnięte wysokim nasypem, a potem była rzeka i most.
Most był jeszcze wczoraj — teraz sterczały przyczółki z obu stron — w środku przepaść, a na jej dnie czarna toń wodna, tak spokojna — jakby nic nie zniszczyła, nic nie pochłonęła.
Na przyczółku stały dwa wagony — reszta pociągu z całem wiązaniem mostu leżała na dnie.
Gromada ludzi czerniała przy wagonach — na przeciwnym brzegu poczynało się także mrowić. Świst parowozu spędził z plantu biegnących — minął ich — był tylko jeden wagon — inżynierski. Wśród zgiełku, zamętu, natłoku wciąż przybywających ludzi, rozkazów, wrzasku, Jaworski jeden nie okazywał ani ciekawości, ani grozy. Przekonał się, że nie był w żadnym z pozostałych wagonów — stanął nad rzeką — patrzał w nurty. Zrozumiał, że los przyjął jego zamiar — że mu przeznaczone było tak żyć — jak postanowił — że to, w czem był dotąd — leżało na dnie — że Adam Jaworski umarł — skończył!
A wtem go ktoś potrącił.
— Ty czego tu! — krzyknął człek w kolejowej czapce.
— Robić przyszedłem.
— Siadaj na drezynę i machaj! Masz tu depeszę — oddaj naczelnikowi. Przywieziesz majstrów. Ty siadaj z nim! — krzyknął na dróżnika. Ruszyli, we dwóch pchając wagonik.
— Ot, chryja będzie! — rzekł dróżnik. — A ja, jakbym przeczuwał. Mówiłem wczoraj Morasowi, co w budce przy moście siedzi. Woda raptem ruszyła — żeby mostu nie zniosło. Ot, i jest. Moras przepadł. Wygonią go z wilczym biletem.
— Duży był pociąg?
— Nie. Wiadomo, kuryer.
— He zginęło ludzi — niewiadomo.
— Sztuk ze dwadzieścia. Bo w tych dwóch wagonach trochę zostało. Konduktor też jeden w ostatnim wagonie był.
— Az tamtych nikt się nie uratował?
— Skąd! I Jezu! pewnie nie miał czasu żaden krzyknąć. Toć noc. Bogate państwo spali wygodnie.
— Będą wydobywać z rzeki?
— Juści. Roboty będzie huk — pieniędzy szmat ludzie zarobią. Wy, kto?
— Z Białegostoku idę — roboty szukam.
— Byle kogo drogowy nie weźmie. Rekomendacyę trzeba mieć — znajomość.
— Rozumie się. Dziesięć rubli dam za rekomendacyę.
— A co umiecie robić?
— Monterem przy fabrykach bywałem — na maszynach się znam.
— Papiery macie. Jak nazwisko?
— Karliński. Papiery mam.
— Drogowy też zechce wkupu. Teraz warto dać i dobrze — bo w takiej robocie dobrze płacą — nie patrzą na rubla.
— Dam z chęcią.
— No, to ja was wieczorem zaprowadzę do zapisu.
— Jak przyjmą — zapłacę wam z podziękowaniem.
— I wypijem parę szkieł.
— Zafunduję i wódkę!
— No, to widzę, że rozum masz.
Do stacyi było kilka wiorst. Gdy przybyli, Jaworski nie czuł ramion z wysiłku, ale zaciął tylko zęby i wolę — i po krótkim odpoczynku parł już sam wagonik z powrotem. Dróżnik został, a na drezynę siadło trzech cieśli kacapów.
— Nu, brat — kataj! — rozkazali mu, i rozwalili się bezczynnie.
Jaworski pracował zajadle, drezyna warczała w pędzie.
Jeden z kacapów popatrzał na niego.
— Ty, brat, robisz, jak jaki inżynier. Jak ty tak będziesz robić, to ty za tydzień nie chleb, ale piasek żreć będziesz. Ot — ty tak — rób po mużycku.
Wyciągnął swe olbrzymie łapy, wyprężył ramiona niedźwiedzie — i bez wysiłku, jakby się bawił — pędził wagonik.
Jaworski otarł pot i odetchnął.
— Ty pewnie w traktierze służył! — zaśmiał się drugi cieśla.
— I tam darmo chleba nie dadzą.
— A gdzie darmo karmią, ty nie był?
— Nie trafiło się! — odparł.
Zaśmiali się grubo kacapy, i zaczęli mu pomagać pół żartem. Jechali radzi, czując dobry zarobek. Katastrofa, ofiary, nie obchodziły ich nic — nawet nie mówili o tem.
Gdy przybyli na miejsce — zabrali narzędzia i poszli do komenderującego inżyniera i po chwili już zaczęli robotę około tymczasowego pontonu, który miał umożliwić komunikacyę z przeciwnym brzegiem.
Chłopi już sypali prowizoryczny nasyp ku rzece, w bok. Łodzi, tratew, było już pełno — klecono szałasy, palono ognie — wszędzie wrzała robota.
Jaworski oddał inżynierowi przywiezione ze stacyi papiery i usiadł na skraju nasypu — aby czekać na dróżnika.
Ale po chwili z dołu od wybrzeża rozległo się wołanie kacapa cieśli:
— E — ty — traktiernik — białoręki — podaj ćwieki z drezyny!
Usłuchał. Cieśla odbił skrzynkę i rzekł:
— Nu — topora nie masz?
— Nie.
— To stań z Miszką deski rznąć. Żywo!
Ani się spostrzegł Jaworski, jak go cieśle wzięli sobie za czwartego. Po godzinie roboty, już bez komendy wiedział, co robić. Majster wymyślający i kułakujący nawet robotników chłopów, jemu nie cisnął ani razu przekleństwa.
Ale dłonie miał starte ze skóry, a ramiona mdlejące ze zmęczenia i myślał ze zgrozą, że lada chwila ustanie. A przecie wytrwał do wieczora — ale gdy cieśle zaprzestali roboty, w oczach mu było ciemno, w głowie miał zawrót, i usiadł nad wodą — nie zdolny się poruszyć.
— Nu, co ty! — burknął cieśla. — Jeszcze trzeba barak sklecić, powieczerzać — do naczalstwa po wygody iść — po charczę, po wódkę. Ty czego siadł?
— Ustałem. Zostanę tutaj.
— Aha, talerze w restoranie podawać lżej — zaśmiali się.
— Co robić. Przywyknę i do topora.
Gdy odeszli, położył się na ziemi, skrwawione ręce, zbolałe ramiona do niej przycisnął i wypoczywał, jak pociągowe zwierzę, bez myśli, ale bez żadnej dusznej troski i męki.
Długo tak leżał. Wokoło gwar cichł. Chłopi robotnicy odeszli na noc do domów, na rzece opustoszało, mgłami była pokryta jak płachtą. Z błot i mokradeł wstawały roje komarów i rozlegały się chóry ptaków, raz ciszę przerwał gwizd lokomotywy pociągu roboczego, zastukały siekiery przy barakach, trzask walonego drzewa na ogień, urwana zwrotka artielnej pieśni i wreszcie ozwało się wołanie:
— Karliński! Karliński!
Jaworski się zerwał.
— Jestem! — odpowiedział.
— Nu, żywo do zapisu, na drożnego.
Poszedł, mozolnie dźwigając się na świeży nasyp.
Majster drogowy zajął na biuro budę wypędzonego dróżnika, inżynier, służba kolejowa mieszkała w wagonie. Ruch tam jeszcze był, kręcili się ludzie, rozchodziła się woń potraw, szczękało szkło. Majster, przygotowany przez dróżnika, ledwie spojrzał na paszport — zapisał, zręcznie pięć rubli zgarnął i rzekł:
— Własow, cieśla, chce ciebie pod rękę.
— Dobrze. Pójdę do nich, tylko narzędzi nie mam. Można kupić?
— Można. Ot, Łusicz ci wyda.
Wyszli z dróżnikiem. Jaworski dał mu obiecane dziesięć rubli, dostał topór, świder, dłuto i wtedy poczuł okropny głód. Ostatnimi czasy, mało co jadł, a już dobę nie miał nic w ustach. Zrobiło mu się słabo.
— A jeść gdzie tu dostać? — spytał.
— Żyd już szałas rozbił. Dostaniesz jeść. I wódkę ma! — dodał ciszej.
Poszli w bok plantu, do budy, skleconej pół na pół z drzewa i darni.
Zastali już tam cieśli nad wódką i kilkunastu robotników z linii.
— A co? Odszedł ty? Nu — pij — zawołał Własow, nalewając mu kieliszek.
— Zjem co pierwej. Ugoszczę dróżnika.
— Nu — ładno. Siadaj przy nas. Zapisali ciebie do nas — tak będzie kompania.
Zasiedli przy stole z desek i dostał Jaworski chleba czarnego — śledzia, kiszonych ogórków i wódki.
Pili cieśle i dróżnik, on jadł chleb, zrazu z trudem, tak miał zaciśnięte gardło, potem z upodobaniem, z przyjemnością. Wreszcie wypił kieliszek wódki, rozgrzał się, orzeźwiał, zaczął mówić z Miszką o narzędziach, o robocie, o zarobkach i siedzieli tak społem dość długo, zmęczeni, radzi się nie ruszać — bez troski żadnej, pewni jutrzejszej pracy i zapłaty, nie dbali o świat cały i jego sprawy.
— Byle zdrowie w ciele i rubel w kieszeni, to morze po kolana! — mówił Miszka.
Wreszcie Własow wstał, przeciągnął się.
— Nu, dzieci — spać! — zakomenderował.
Poszli do baraku. Sklecony był z desek na piasku, wewnątrz nie było nic, tylko ich narzędzia i kożuchy do nakrycia. Rozpalili ognisko od komarów i pokładli się na ziemi. Położył się też Jaworski, pewny, że nie zaśnie z bólu członków i palenia zdartych dłoni. Ale po chwili przestał czuć, cierpieć, niepokoić się, czy jutro zdoła wstać. Zasnął, jak drewno.





VIII.

Blizko linii i mostu wrzało od roboty ludzkiego mrowia; kilka razy na dzień przychodziły pociągi — pasażerowie musieli przechodzić rzekę po tymczasowym pomoście, przeładowywano bagaże, przenoszono ręczne tobołki, przeprawiano pocztę — ciągły ruch był i wrzawa, ale o kilkaset kroków dalej w bok była już pustka i cisza sosnowych zarośli i nadrzecznych łąk.
Odpoczynek był rzadki. Robota szła w jasne noce i nawet w niedzielę, zarobek był dobry. Jaworski przetrwał najgorszy początek, mękę muskułów do fizycznej pracy nie nawykłych, przebył gorączkę, febrę, kurcze żołądka i nie poddał się.
Co rano myślał, że się z ziemi nie dźwignie, a wstawał i szedł, co dzień miał pokusę odejść, szukać innej pracy, ale zostawał. Na twarzy i karku spaliła mu się i pękała, na dłoniach zgrubiała i znieczuliła skóra, licha odzież podarła się i powycierała, ale to wszystko z jakąś zawziętością upartą znosił. Mało mówił, o nic się nie upominał, ani targował, od towarzyszów nie odstawał. Wżywał się w to życie, uczył ich gwary, wyróżniał się chyba swym spokojem, gotowością, by każdemu pomódz i dogodzić, i bystrością w objęciu całej roboty.
Robotników przybyło. Przyszli murarze, maszyniści, kotlarze, i ślusarze, dźwigano nowy most. Jaworski trzymał się swych cieśli, ale wieczorem czerń cała spotykała się w baraku — u Lejby, gdzie był już i sklep i gdzie pito do bezpamięci.
Bywały nocami burdy i krwawe rozprawy, muzyka na harmoniach i rozpusta dzika, złodziejstwa i rozboje. I tam Jaworski szedł i wśród tłuszczy tej spożywał wieczerzę i siedząc w kącie, obserwował.
Zaczepiano go parę razy, wciągano gwałtem w skandal i awanturę, ale wtedy ujmował się za nim olbrzymi Własow, zajadły Miszka, a on sam miał wobec napastników zimny spokój pogromcy, który zwykł panować. Była tylko jedna plaga i męka, z którą ani się mógł zżyć, ani ścierpieć: powietrze i brud baraku — była to najstraszniejsza pokuta.
Brak bielizny, pościeli, toaletowych przyborów, robactwo, zaduch — doprowadzało go do rozpaczy, do buntów, do przeklinania doli a na to rady nie było, usunąć się od tego nie mógł. Towarzysze tak żyli, nie odczuwali przykrości, a on był przecie jednym z nich.
I tak już drwili z niego, że się strzygł i golił, że zmieniał co tydzień koszulę, że się kąpał w rzece. Oni się obchodzili doskonale bez tych wymysłów.
Pewnej soboty rano Własow oznajmił:
— Nu, dzieci — po południu bastujem i jazda do miasta.
— Ba — albo skończym, co inżynier przykazał! — odparł Jaworski.
— Głupi ty, Karluszka. To niech on sam robi w Zielone Święta. Nam trzeba do łaźni, do cerkwi i na zabawę. Dopiero we wtorek wrócimy. Wszyscy bastują!
— Do miasta trzeba! — rzekł Tirs, drugi cieśla — może z domu list jest.
— A ja swojej babie pieniędzy poślę! — mruknął Miszka.
Robota szła licho, mówili o zabawie, o sprawunkach, o rodzinach w dalekiej Pskowskiej gubernii, o stosunkach domowych.
— A twoja żona gdzie? — zagadnął Miszka.
— Moja? Nie mam — odparł Jaworski.
— To po co pierścień nosisz. Złoty, można sprzedać. I dzieci niema?
— Nie.
— Ot, szczęście. Co zarobisz, wszystko twoje. U mnie bo pięcioro, i baba i stara matka. Siedem dusz zimuj! Nu, poszlę im pięć rubli; ty list napiszesz.
— Dobrze.
— To i nam — zawołali drudzy.
O południu rzucili robotę, obiegli kasę — potem platformy wracającego, balastowego pociągu i pod wieczór rozpierzchli się po małej, powiatowej mieścinie, żądni zabawy i użycia.
Jaworski poszedł do pocztowego biura i odebrał pakiet gazet, potem kupił trochę bielizny, buty, odzież na zmianę i chciał zjeść w restauracyi kolacyę.
Ale go wyproszono z lokalu dość ostro i wtedy spojrzał po sobie, i mimowoli się uśmiechnął. Był stanowczo wykreślony z pośród »porządnych« ludzi i »towarzystwa«. Barak, warsztat, ulica, szynk, to był jego świat.
Wrócił na dworzec, przesiedział kilka godzin w sali trzeciej klasy, i wreszcie wprosił się do jakiegoś pociągu i o świcie wrócił do mostu.
Pusto było i głucho — kto się nie oddalił na święta, ten spał.
On zeszedł nad rzekę i poszedł brzegiem, daleko, w pustkę sianożęci, wynalazł kryjówkę w łozach i pewny samotności — rozerwał pakiet gazet. Stare były — z czasów kolejowej katastrofy. Pierwsza co mu wpadła w oczy — była żałobna klepsydra »Za duszę ś. p. Adama Jaworskiego odbędzie się żałobne nabożeństwo w kościele św. Krzyża, na które zaprasza przyjaciół i znajomych w smutku pozostała żona i rodzina«. A potem podobne w następnym numerze, tylko podpisani byli urzędnicy cukrowni, a potem trzecie kosztem akcyonaryuszów fabryki.
Dziwny uśmiech był na twarzy czytającego, i długo patrzał w czarne, wielkie litery nazwiska — a potem zaczął odczytywać opis katastrofy — listę ofiar — i wreszcie znalazł o sobie dłuższą wzmiankę: »Zgasły w sile wieku, w tak tragiczny sposób ś. p. Adam Jaworski, pozostawia po sobie żal szczery w szerokich kołach naszego miasta. Był to człowiek wybitnych zdolności, nieposzlakowanej prawości, pracy rozumnej i owocnej, wybitnego charakteru, i dobrze zrozumianej obywatelskiej ofiarności. Stratę jego dotkliwie odczują tak koledzy jak podwładni a pogrążonej w ciężkiej żałobie rodzinie prezesowstwa Taubert, z których jedyną córką zmarły był żonaty — to ogólne współczucie i uznanie dla nieboszczyka — niech będzie choć słabą pociechą w nieszczęściu«.
— Tak się pisze historya! — szepnął czytający.
Odrzucił gazety — zapatrzał się w nurt pod nogami, w życie, migotliwość gładkiej toni — i dodał.
— Bo tyle się widzi z ludzkiego życia — co z tej równej wodnej powierzchni, a na dnie — każdy bywa tylko sam — i milczy.
Ilu ludzi mu znanych odczytało te gazety, i czy był jeden, któryby odczuł co innego jak konwencyonalny żal — w którym była radość życia wobec śmierci — czy choć jeden był na tej mszy żałobnej w innym celu, jak żeby spełnić towarzyski zwyczaj — i żeby go widziano — i czy jeden pacierz pogonił za nim za świat.
Przeszedł wszystkich myślą i nie znalazł.
Poszła mu tedy dusza do rodzinnego Tepeńca, do tych dwojga swoich, i porwała go chęć iść do Atmy — i mówić — wszystko — i pytać — co dalej? Widmo Wojdaka nie stało mu już tak strasznie w sumieniu i ciężar fałszu i pustki życia tamtego nie tłoczył go — i przemógł swe wydelikacone ciało, i zrzucił jak kajdany dobrobyt, stanowisko — bogactwo — a przecie miał wciąż w sobie głuchy niepokój — i jakby szukanie jeszcze czegoś więcej — i brak i uczucie — że coś jeszcze trzeba oddać — coś więcej trzeba czynić.
Wytężył wzrok w błękit, wytężył całego ducha, stał się jednem pytaniem — jednem pragnieniem.
— Atmo — wskaż — naucz — powiedz, szeptał bez dźwięku — ale całą duszą.
I nagle poczuł w sobie drżenie i ból, zdławiło go w piersi, w gardle, zapiekło w oczach — i tak w niebo zapatrzony — zapłakał.
Kędyś z tych błękitów, z przestrzeni, kędy jego wola, jego pożądanie duszne rzuciło promień — szło coś potężnego ku niemu, jakaś moc, mądrość i radość — odpowiedź.
Nie zdając sobie sprawy — co to jest — co czuje, co słyszy — wśród łez tych, pierwszych, które wypłakał, począł poruszać ustami, jak niemy, któremu cud wrócił słuch — i wreszcie szeptem powiedział.
— »Przyjdź królestwo Twoje«.
I zrozumiał i ujrzał drogę przed sobą.
Było dobrze po południu, gdy wrócił do mostu. Poszedł do baraku cieśli, i zabrał się do gruntownego porządku barłogów i łachmanów, do sprzątania śmieci i brudów, do zszywania i łatania nędznych szmat towarzyszy. Zeszedł mu przytem czas do wieczora, i wtedy poszedł do rzeki, żeby się wykąpać i przyodziać.
Mijał barak chorych — i tknęło go coś. Zajrzał do środka. Na drewnianych pryczach leżało kilku ludzi i najbliższy — ujrzawszy go, zawołał:
— Człowieku Boży! Poratuj!
— Co tobie?
— Porusz mnie na bok — i daj pić!
Był to robotnik od balastu — z nogą spuchniętą jak kłoda — z gorączką w zapadłych oczach.
— Oj, pić! — zajęczały inne głosy, i podniosły się głowy rozczochrane z barłogów.
Było ich pięciu. Dwóch w paroksyźmie febry, jeden prawie umierający z dyzenteryi, dwóch ze strasznymi wrzodami. Zaduch panował nie do zniesienia, robactwo roiło się na nich, dobę całą — nikt do nich nie zajrzał. Cierpieli z chłopską wytrzymałością i rezygnacyą.
Jaworski jak umiał i mógł opatrzył rany, przyniósł pragnącym wody — kupił w sklepiku cukru i herbaty, nastawił blaszany samowar — i pozostał z nimi do zmierzchu. Gdy się nieco pokrzepili herbatą, zaczęli rozmawiać o swych nędzach.
W baraku uczyniło się lepiej oddychać, bo po kątach ustawił Jaworski kilka świeżych brzóz, a tok brudny potrząsnął piaskiem. Nie dziękowali mu, ani zdawali się zwracać na ów świąteczny szczegół uwagi, tylko ten jeden umierający na dyzenteryę — mgławemi oczami na zielone gałęzie patrzał, i powoli, ciągnąco, rwano szeptał.
— U nas, w Bereźnicy — na mogiłkach takie brzozy, a za mogiłkami Lejby cegielnia, a za Lejby cegielnią wygon. W gliniankach Barnaby kobyła się utopiła jesienią. — Jaworski usiadł przy nim, na pryczy, i poił go herbatą — pił chciwie.
— Kto ty? — spytał wreszcie.
— Karliński. Z cieślą Własowem robię!
— Bóg ci zapłać, za herbatę. U nas w Bereźnicy jest przy kościele, w przytułku ślepa Karlińska. Starucha. Pończochy żydom robi. Całkiem ślepa. Moja matka ma domek i ogród — obok przytułku. Znam wszystkich, co tam żyją. Nam krowa zdechła zimą — to matka mówi: Idź, Józef — na parę miesięcy — do balastu — na kolej — zarobisz na krowę. Ot — i nie udało się — drugi tydzień jak już mnie na śmierć wzięło.
— Ot, nie dawaj się. Jutro doktór będzie — da ci lekarstwo — wytrzymasz.
— Bardzo już słabo! — szepnął chory.
— A ta ślepa Karlińska rodziny niema? — zagadnął po chwili Jaworski.
— Powiedziała matce, że syna jednego miała, gdzieś po świecie. Dawniej to jej czasem nawet jaki grosz przysłał — miała najętą stancyę u mieszczanina. Ale musiał umrzeć, bo już pięć lat nic nie przysyła — ksiądz się nad nią zlitował — przyjął do przytułku. Et, nas jeszcze troje młodszych jest — ale tylko ja i matka zarabiamy. Ojciec pomarł już trzy lata temu.
— A gdzie ta wasza Bereźnica?
— To w wołyńskiej gubernii — miasteczko, parafia — do kolei daleko.
— A wasza rodzina jak?
— Samoliki — nie chłopy — mieszczanie my!
— A syna Karlińskiej owej — nie widzieliście nigdy?
— Skąd? Jej mąż gdzieści komisarzem we dworze służył podobno. Ona w Bereźnicy siostrę miała kiedyś — i dworek miały. To ona, owdowiawszy, do tej siostry zjechała. A to potem dworek się spalił — i siostra pomarła — a ona tak się została. Syn może i wstydził się takiej matki — może jakim naczelnikiem był — ożenił się gdzie w mieście! Ona — dobra starucha!
— Oj, daj jeszcze herbaty!
— Szkoda herbaty! — odezwał się drugi chory. — Jak nasz brat, czarnoroboczy — matkę wspomina — to do piasku mu, nie do herbaty.
— Samolik, ty gadaj — gdzie pieniądze masz schowane, i komu je odesłać — a to przepadną!
Chory wzdrygnął się, popatrzał w koło, a potem zrezygnowany, wydobył z za koszuli szmatkę na sznurku uwiązaną.
— Pewnie wasza racya. Siedemnaście rubli tu jest. Świadkami bądźcie — Karlińskiemu z Własowa kompanii oddaję. Niech matce do Bereźnicy odeśle. Ale nie gadajcie starszym, bo zabiorą na pogrzeb, albo przez naczalstwo pójdzie — i nie dojdzie. I tak na krowę nie starczy, ale co poradzisz!
Nie było w nim żalu za życiem, ani buntu na śmierć, ani rozpaczy, ani niepokoju.
— Nie chciałbyś jeszcze pobyć na świecie? — szepnął przejęty Jaworski.
— At — co poradzisz. Mocy niema — a tak leżeć — to już obrzydło. Powiadają, że ze mnie nic już nie będzie — musi prawda być!
Było już zupełnie ciemno. Jaworski poszedł do ziemianki, gdzie sklepik był — kupił krup — masła, lampkę, garnek — ugotował kleju — i zaniósł do chorych. Ucieszyli się, gdy zapalił lampkę — Samolik jeszcze żył — i zjadł nieco. Wtedy chorzy zaczęli też prosić o jadło — musiał znowu iść do oberży — i tak mu zeszła krótka noc. Ale rano Samolik jeszcze żył — i prosił o posiłek — chorzy dopominali się opatrunku, herbaty. Pozostał, służąc im do wieczora, do końca świątecznego spokoju, do powrotu robotników. Gdy odchodził, nie dziękowali mu, tylko jednym głosem nalegali, by jutro wstąpił, a Samolik upominał się o swą szmatkę z pieniądzmi.
— Może ja jeszcze wytrzymam! — rzekł, patrząc nań pytająco.
— Wytrzymasz — potwierdził mu ufnie.
Cieśli swych zastał pijanych do bezpamięci — i Własow z punktu zaczął mu grubiańsko wymyślać, że w baraku wszystko »bez tołku«. Takie wrażenie wywarł na nich porządek. Potem pospali się jak drewno, i ledwie ich się dobudził rano — na sygnał roboczy.
— Gwiżdżą! Czort bierz, że gwiżdżą! — klął Miszka, zbierając się leniwie. — Ty tak gonisz na sygnał, jakbyś naczelnik był. Co tobie tak pilno! Czynu, ani orderu, ani podwyżki nie dostaniesz. Robota nie zając — nie ucieknie.
Podczas pauzy obiadowej Jaworski poszedł do chorych. Już był ich felczer odwiedził — czuli się lepiej, Samolik spał.
Wrócił tedy do swej roboty, i odczuł raz pierwszy jakby uciechę — jakby ochotę do życia, jakby większą moc w barkach. Wieczorem zajął się gospodarstwem baraku, wyręczając Tirsa, który po przepiciu niezdrów się czuł i tylko klął. A wracała mu ciągle na myśl ślepa starucha w przytułku, i gdy się doczekał niedzieli — pojechał do miasteczka na pocztę — wysłał bez listu, bez słowa wieści dziesięć rubli pod jej adresem, a gdy to uczynił, odczuł zadowolenie.
W parę tygodni potem — wieczorem, w oberży, ujrzał Samolika.
— Ot, wytrzymałem! Już od wczoraj robię! — pochwalił się. — Chodź, postawię ci wódki!
— Nie trzeba. Nie lubię pić!
— To jakże! Ratował ty mnie jak swojak.
— To rad, że wytrzymałeś — i dosyć.
— Ja do matki pisał nawet o tobie. Nie chodziłbym po świecie — żeby nie ty. Ot, weź choć tytoniu!
Wypalił Jaworski z nim papierosa, i rozeszli się. Ale w jakiś czas potem Samolik znowu przyszedł wieczorem do baraku cieśli i wywołał go.
— Czy tobie Adam na imię? — spytał.
— Adam.
— Bo to matka mi pisze, że ślepej Karlińskiej syn przesłał dziesięć rubli — a że ja o tobie pisałem — wiec stara nie daje jej spokoju, żeby się dowiedzieć — może ty ten syn właśnie.
— Co jej z tego przyjdzie!
— Ot, może się ucieszy nieboractwo!
Jaworski milczał.
— Nu, tobie może nie miło — żeś nie żaden naczelnik — a czarnoroboczy. Ale — matce — to jedno! Będzie rada z króla i z pastucha — byle żywy.
— Pisz — kiedy chcesz! — odparł, odchodząc.
W pół lata cieśle skończyli roboty przy moście i poczęli się zbierać do budowy przy koszarach w Kowlu i Własow zagadnął Jaworskiego:
— Pójdziesz z nami?
Onby chętniej został. Nęciła go pustka otoczenia, spokojne kąty nad rzeką, powietrze, natura! Ale zima to wszystko przerwie — roboty się skończą, trzeba będzie iść za chlebem między ludzi.
A Własow zaniepokojony tem wahaniem, dodał:
— Do zimy zarobisz z nami jeszcze rubli ze czterdzieści. Nie pijesz — nie hulasz — to i wystarczy do wiosny. Podrużyliśmy się z tobą, damy zarobić jak swojemu bratu.
A Miszka dodał:
— A zawszeć z toporem lepiej, jak talerze zmywać! Już ty nie marnuj, coś się nauczył.
— Nie okpił ja ciebie w rachunku ni na kopiejkę — rzekł Własow.
Omówili tedy warunki — i kończyli śpiesznie robotę. W przeddzień wyjazdu — Samolik przyniósł mu jakiś papier.
— To z domu mnie przysłali — żeby tobie oddać.
Jaworski spojrzał. Był to list, pisany dość koślawo.
— To zakrystyan nasz pisze. Pewnie ślepa twoja matka go uprosiła.
Jaworski list wsunął do kieszeni, i wziął się do topora.
— Odchodzicie jutro! — rzekł Samolik. — Ja jeszcze zostanę miesiąc. A jak stara spyta o ciebie, co powiedzieć? Dowiesz się kiedy do niej?
— Pokłoń się — powiedz, że wieść przyślę.
— Matka pisze, że tobie nie zapomni dobra. Już ja zimą będę o twojej starej pamiętał, za to!
— Daj wam, Boże, zdrowie!
Wieczorem, po skończeniu roboty, gdy Własow poszedł do kasy po rachunek i papiery, a cieśle zbierali swe manatki i narzędzia, Jaworski oddalił się nad rzekę — i odczytał list:
»Najdroższy synu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i najświętsza Matka Jego! Miałam wielką radość, że żyjesz, bo już nie spodziewałam się — żeś z tego świata, i jako za zmarłego modliłam się za ciebie, i pilno mi było na tamten świat — do ciebie. Dziękuję ci i błogosławię, żeś o mnie nie zapomniał, ale jeśli twoja łaska, to nie przysyłaj mi zapomogi — ale napisz jak twoje zdrowie — i jak ci się powodzi, i jaką pracą się zajmujesz. Choć kilka słów napisz — bo mnie nic nie brakuje — tylko słowa od ciebie. Ja i tak ciągle o tobie myślę, ale jak napiszesz co porabiasz, gdzie jesteś, jak żyjesz — to mnie będzie — jakbym z tobą była i przy robocie i w mieszkaniu — i wszędzie!
A nie przysyłaj pieniędzy — sobie użyj — miej wygodę — miej przyjemność — mnie tu dobrze — mnie nic nie trzeba, byle od ciebie czasem słowo. Ludzie tu dla mnie łaskawi, a ksiądz Dziekan, jak dobrodziej święty mną się opiekuje — a od tej pory, żeś o mnie pomyślał — to i nie czuję, żem kaleka ciemna — zda mi się — niebo widzę i słońce.
A jeszcze o jedną łaskę i pozwolenie cię proszę. Te dziesięć rubli, coś mi przysłał — mnie niepotrzebne — to czy nie będziesz się gniewać, że je dam Marcinowej praczce, której spaliły się rzeczy tej wiosny — a u niej pięcioro dzieci i stary ojciec sparaliżowany! Jeśli pozwolisz — to jej powiem: Mój Adaś mi przysłał pieniędzy — pomogę wam! — A już nie będę dłużej ci dokuczać i nudzić, tylko Panu Bogu ciebie polecam i niech On cię ma w swej opiece i w zdrowiu uchowa, i w pracy da pomyślność. Amen.
Jan Jaszczyński, zakrystyan, ten list mi w swej dobroci pisze — a ja ciebie błogosławię i za twą pamięć tobie dziękuję.

Matka twoja
Monika Karlińska

Jaworski dobył pugilares, i długo się wpatrywał w twarz kobiety na starej, zblakłej fotografii. Wydała mu się znajomą już, i pod pierwszem wrażeniem — chciał zaraz odpisać. Ale po namyśle list schował — przerachował swe pieniądze — i odszukał w barakach Samolika.
— Jak wrócicie do Bereźnicy — to wstąpcie do mojej matki — dajcie jej ode mnie pięć rubli, i powiedzcie, że jak się zbiorę na byt pewny, to po nią przyjadę i zabiorę. A z pieniądzmi niech robi co jej wola. A nie piszę, bom rękę okaleczył, powiedzcie. A jeśliby pytała, gdzie będę — powiedzcie, że do zimy w Kowlu — cieśla — przy koszarach — a potem dam znać.
— Byle znowu nie za dziesięć lat — bo nie doczeka — zaśmiał się Samolik.





IX.

Zima przyszła dla Jaworskiego w Kowlu.
Z pierwszym śniegiem i mrozem przerwały się roboty — i Własow ze swą kompanią — odjechali na wschód — do domu. Pożegnali kolegę jak umieli najlepiej — propozycyą wypitki — obietnicą — że z wiosną, gdzieby nie byli na robocie, dadzą mu znać, przyjmą do spółki.
Odprowadził ich na dworzec — i wracał sam w śnieżną szarugę do miasta.
Mieszkał u rymarza żyda w małej izdebce, przedzielonej niby ścianką z desek — od warsztatu i kuchni gospodarzy. Lokal ten kosztował go trzy ruble miesięcznie, i póki dnie były dłuższe i powietrze cieplejsze — wracał zmęczony i zasypiał przy otwarłem oknie.
Ale teraz roboty nie było — wieczór się zaczynał wcześnie — na dworze była zima.
Miasto nędzne, marne, senne, miało w sobie nastrój pustki i nudy. Ludzie się snuli jakby przybici, skuleni — jeśli żywsze gdzie było światło w domostwie, jeśli głos i ruch — to był szynk lub traktyernia, jeśli ktoś gwizdał lub śpiewał — pewnie był nie trzeźwy.
Jaworski szedł powoli i najdalszemi ulicami i parę razy domek rymarza minął, zanim zdecydował się wejść.
Majster szył szleję przy kopcącej u sufitu lampce, izba pełna była woni skór, cebuli, brudu ludzkich ciał i gorąca. Masa dzieci, kobiet snuła się i hałaśliwie gadała, w sionce gęgały i cuchnęły gęsi.
Jaworski wszedł do swej izdebki, zapalił lampę i wyciągnął się na łóżku.
Na ścianach bielonych, ale pełnych szpar i krzywych — wisiały jego narzędzia, parę sztuk odzieży — wszystko, co posiadał. W kącie miska gliniana i stara konewka przedstawiała toaletę, pod oknem był kulawy, niegdyś czerwony stolik i drewniane krzesło. Trzy szyby w oknie były zaklejone gazetą — czwarta dawała widok na śmietnik podwórza.
Oczy Jaworskiego obeszły to wszystko — potem je przymknął. Zegar stary zaczął chrobotać i wydzwonił ósmą godzinę. Do nocy było daleko — zresztą, co znaczy noc dla człowieka, który jutro nie ma co robić.
Leżał tak, zdawało mu się, wieki — aż go ocknęło z rozmyślania zgrzytanie zegaru — porachował uderzenia — dziewiąta.
Zerwał się, zdjął kożuch, bo dławił się gorącem i znowu siedział, z obwisłemi ramionami, zgarbiony, ze wzrokiem wbitym w ziemię.
I cóż z tego, że ramiona jego mogą i umieją dźwigać ciężary i władać toporem i piłą bez umęczenia dzień cały — co z tego, że znosi grube jadło i wszelką niewygodę — jak Miszka, co z tego — jeśli mu został jego duch ze wszystkiemi potrzebami, z niemożebnością — nie myśleć.
Gdy był jeszcze tam — na tamtym świecie — nie brakło mu nigdy towarzystwa — nie przerywała się nigdy praca. Wieczory, noce zimowa spędzał nad książką, nad rachunkami, obmyślając plany i projekty — a praca jego nie miała martwych sezonów.
Teraz był atomem masy robotniczej, kroplą oceanu, jedną parą bezimiennych rąk tłumu, co pracuje lub szaleje.
A szał przyjść musi. Bezimienne ramiona tworzą olbrzymie dzieła, dostają się do wnętrza ziemi, budują potwory statków, co opanowują oceany — odziewają, karmią ludzkość, zdobywają pustynie, co wyprowadzają na skał szczyty, i przeprowadzają przez rzeki i przepaście, muszą czasami mieć odczucia swej mocy i potęgi i zapomnienie, że nie tworzą — a tylko wykonywają. I wtedy niszczą. A bezimienne masy miewają odpoczynek dla ramion omdlałych, dla rąk okrwawionych narzędziem — i wtedy śpią lub szaleją. Mieszkania ich ciasne, przepełnione dziećmi, choremi kobietami, kalekami i niedołężnymi starcami — więc uchodzą z nich — do szynków.
Fabryka, warsztat, ulica, izba wspólna, szynk. Bezimienne ręce: tytany: bezimienne dusze pierwotne, żywiołowe — taki mają świat.
Ale niema potęgi — coby duszę i mózg Adama Jaworskiego powróciła do stanu żywiołowej, dzikiej prostoty instynktu, chyba rozpacz i nuda. Zerwał się nagle, spiesznie naciągnął kożuch i wyszedł.
Na jednej z ulic zapamiętał szyld księgarni — znalazł ją jeszcze otwartą.
Właściciel, młody żyd, z oczami ponuremi, ubrany w czarną koszulę jedwabną — rozmawiał po rosyjsku z mężczyzną w wytartym paltocie i rudym filcowym kapeluszu — umilkli na widok wchodzącego.
— Czy mogę dostać u pana książek do czytania — polskich? — spytał Jaworski.
— Nie — polskich niema! — odparł żyd.
— Tylko rosyjskie?
— Są niemieckie, francuskie — ruszył ramionami, nie dodając słowy — »nie dla was«.
— Poproszę o katalog i warunki wypożyczania.
— Rozumie pan obce języki?
— Tak — trochę.
Gdy przegląda katalog, pełen marnych romansów i broszur mało wartych, obcy mężczyzna obejrzał go od czapki do butów, i wreszcie rzekł, czysto po polsku:
— Ja mam parę dobrych polskich książek. Mogę pożyczyć — żebym wiedział, komu. Wy tutejszy?
— Nie. Na robocie byłem, przy koszarach.
— Teraz bez zajęcia. Zdun jesteście?
— Cieśla. Z kacapami robiłem.
— Polak?
— Tak. Karliński.
— Ja się nazywam Mateja, ślusarz — w kolejowych warsztatach robię od paru miesięcy. A wy dawno bez zajęcia?
— Ledwie parę dni.
— Zostaniecie tutaj?
— Nie wiem. Może się co trafi. A nie — pójdę gdzieindziej. Sam jestem — nic nie trzyma. Wieczór się dłużył — chciałem poczytać.
— No, no — rzadki gust u naszego brata, robociarza. I umiecie po niemiecku, po francusku. Mógłby z was zecer być.
— Można się wszystkiego nauczyć — jak trzeba.
— Nasz brat, proletaryusz, w dobrej szkole jest. Będzie z niego obywatel. Umie głodem umrzeć, umie w rynsztoku spać, bez powietrza oddychać, dwanaście godzin pracować za łachman i psią strawę. Umie milczeć całe życie — i zdechnąć jak na brucht pójdzie. Nieprawda, panie Izna, mocny ród! — Wązkie, blade usta księgarza skrzywiły się w szyderczy uśmiech, ale milczał.
— Gdzie mieszkacie? — spytał Mateja.
— U rymarza Minca.
— My mieszkamy we trzech u Abermanowej. Wszyscy swoi, Polacy. Chcecie, poznajomimy się?
— Służę, z miłą chęcią.
Poszli razem — ale w mieszkaniu nie zastali towarzyszy.
— Powlekli się do knajpy pewnie! — rzekł Mateja. — Jankowski w bilard majster, a Kubik bez dziewcząt żyć nie może, ale przyjdą. Wypijemy tymczasem herbaty.
Izba była niechlujna, posłania brudne — na ścianie odzież — wielkomiejska tandeta, lusterko, fotografie — znać było pewien gust elegancyi.
Pod oknem na stoliku leżało trochę książek i gazet — obejrzał je Jaworski — były to świstki socyalistyczno-robotnicze — broszury czerwone.
Usiadł tedy na krześle i rzekł do krzątającego się przy piecu Matei:
— Dobry zarobek w warsztatach?
— At — do pięćdziesięciu rubli dociągnąć można, ale ciężko. Na fabrykach prywatnych swobodniej, tu aż się roi od szpiegów — i naród zbierany — niema z kim gadać — robota nie idzie!
— Propaganda?
— Juści! Zaczynać trzeba od prywatnych zakładów.
— Wy z partyi?
— A wy?
— Ja nie!
— Czemu? Dobrze wam tak?
— Nie zazdroszczę bogaczom.
— A cudzy głód i nędza was nie obchodzi?
— A wam zda się sytością i spokojem pełny brzuch i kieszeń?
— Spróbuję, to wam odpowiem! — zaśmiał się Mateja. — A wy gadacie, jak burżuj.
Postawił na stole herbatę i zakąskę i spojrzał podejrzliwie na gościa.
Jaworski zdjął kożuch. Koszulę miał na sobie perkalową, zblakłą, przepoconą — na wzrok Matei wyciągnął ramiona i pokazał mu swe dłonie, twarde, jak podeszwy, mozoły, szramy skaleczeń, pościerane paznogcie.
Potem sięgnął w zanadrze i pokazał swe świadectwo robót u mostu, i niezdarnie pisany atestat Własowa.
— Anim burżuj, ani szpicel jestem. Robotnik jak i wy — niższy — prosty cieśla. Pracowałem lato całe u majstra, dostawałem sześćdziesiąt kop. i strawę.
— A przedtem?
— Przedtem, kiedyś byłem służącym u bogacza. Dlatego im nie zazdroszczę.
— A byliście kiedy bez roboty kilka miesięcy?
— Nie.
— A leżeliście w szpitalu?
— Nie.
— A rodzinę macie?
— Nie.
— To nie znacie jeszcze naszej robotniczej doli — i jak poznacie — spotkamy się w partyi!
— A przecie — im gorzej — rzekł zamyślony Jaworski.
— Ej — żeby było gorzej — nie upieraliby się na miejscu, nie czekaliby, aż im gardła poderżną, albo grube brzuchy poporą! A ot — i towarzysze!
Weszło dwóch robotników, jeden starszy — szczupły, patrzący z podełba, przebiegłemi oczami, drugi młody chłop — zbudowany z grubych kości — o twarzy zuchwałej i cynicznej.
Mateja przedstawił gościa, Jankowski go obejrzał niechętnie, Kubik rzekł z grubym śmiechem:
— Miałem przeczucie, że będzie piwo w domu!
Jaworski zrozumiał, i wyjął rubla.
Po chwili na stole znalazła się wódka, piwo i kiełbasa. Zaczęli pić, palić papierosy — i mówić. Mateja — snać najokrzesańszy — prawił o socyalnych przewrotach — sypiąc zasłyszanymi, po wiecach, pochwytanymi z broszur cytatami i frazesami.
Jankowski łyskał zajadle oczami, spluwał i świstał przez zęby, jak żmija. Mówił mało, z nienawiścią i szyderstwem. Kubik podpił i drwił ze wszystkiego, lub opowiadał cyniczne anegdoty o kobietach. Godzili się na jedno, że zarobek marny, praca ciężka i nienawistna — i zwalić trzeba cały świata porządek.
Gdy Jaworski wrócił do siebie o jedenastej — zastał swego gospodarza jeszcze skulonego nad robotą. Wszyscy zresztą spali — nie było kąta, gdzieby nie leżało ciało ludzkie! Słychać było kaszel, świszczące oddechy, stękania. Żyd rymarz pod wiszącą lampką zaszywał stare uzdy.
— Późno już, panie Lejba! — rzekł Jaworski.
Rymarz podniósł oczy, jakby zbudzony ze snu.
— Och — wyśpię się w szabas! Jutro przyślą po robotę ze dworu — i zapłacą. Trzeba skończyć.
— Ciężko pracujecie?
— Nie, chwała Bogu, jak dużo roboty.
— Może wam pomódz? I mnie się spać nie chce.
— Albo to umiecie rzemiosło?
— Chyba uzdę zeszyć potrafię.
Usiadł na miejscu młodego Icka, syna gospodarza, i wziął się do rozpoczętej przezeń roboty.
Nie była trudną i wydała mu się przyjemnością w porównaniu wieczora, spędzonego ze ślusarzami. Pracowali w milczeniu, aż wreszcie żyd się odezwał:
— Wy to pewnie nie z prostych?
— Jakto? Cieśla jestem.
— Nu, ja wiem — ale z delikatniejszych ludzi.
— Dlaczego tak wam się zdaje?
— Ze wszystkiego. Wy nie cham. Już trzeci miesiąc jesteście, ani razu pijani nie wrócili, ani grubego słowa nie rzekli. Wy nie tutejszy?
— Nie — za robotą chodzę. Znajomości nie mam, to i kompanii niema. A teraz, jak zima nastała, a roboty niema, to i sam nie wiem, co z czasem począć.
— A familii u was niema?
— Nie.
— Myślicie tu zimować?
— Sam nie wiem. Żeby jaka robota!
— Dla cieślarzy teraz głodny czas.
— Wasze lepsze rzemiosło.
Lejba głową pokiwał.
— Ot, Bogu dzięki, że własny dom. Ale zdrowia już mało. Syn do Ameryki jedzie, trzeba pożyczyć sto rubli na drogę. Dziewczynę trzeba za mąż oddać, troje się uczy — dwoje maleńkich. Jest chwała Bogu familia! Rzemiosło — wiadomo — czasem ciągle robota, czasem trzeba jej szukać. Żona kramik ma, Ryfka szyje — at!
— Nie skarżycie się?
— A co to pomoże, skarżyć się, a komu? Jakie to na to naczelstwo, gdzie mirowy sąd? Pan Bóg powiedział: Ty, Lejba Minc, rymarzem będziesz — ot, tobie dwie ręce i głowa — ot, tobie dom i ogród — ot, tobie żona i dzieci — ty tego patrz i pilnuj — a mnie głowy nie zawracaj — mam ja was dosyć — pełne ziemie! Nu — to jak na mnie choroba, pożar — czy inne biede — to ja wtedy gwałt, — do Pan Bóg — ale jak żaden taki zły interes — to ja mam siedzieć cicho. Czy ja nie mam recht?
— Żeby taki rozum wszyscy mieli!
— Ot — ja wiem, że wy z delikatne familie — to zrozumiecie. Taki cham — to ma wielkie gardło — do wódki i do łajania, a głowę to ma tylko, żeby na niej czapkę powiesić. A wy myślicie, skąd ja delikatny rozum mam — bo ja też z wielkie familie. Mój dziad rabin był, cudotwórca, mój ojciec też rabin — co do niego o sto mil jeździli. Pinkus Birman milioner — a jabym mojej Ryfki za jego syna nie dał — ja dla niej szukam uczonego! A ja choć tylko rymarz — do Pinkusa Birman po rozum nie chodzę.
— Młodzi wasi już inni!
— Młodzi głupi. Zakonu nie patrzą — zdaje się im, że co nowego wymyślą, czemś wielkiem będą. Wy się dowiecie? Ja myślę, że choć wy i nie stary — to taki czas był, żeście starych rzemieni nie łatali, a za nowe drogo płacili.
— Ale teraz łatać potrafię! — uśmiechnął się Jaworski, pokazując mu robotę.
Lejba pokręcił głową.
— Mój Icek — jak zaczynał się uczyć, to i po miesiącu tak nie potrafił.
— To idźcie spać, panie Lejba. Ja te dwie uzdy skończę sam dla was.
— Nu — kiedy panu to zabawa! — rzekł żyd, wstając z trudnością ze stołka.
Jeszcze długo w noc świeciła lampka, bo ciężko szła robota nowicyuszowi. Gdy skończył i zgasił światło, odeszła go nuda i zniechęcenie, i zasnął twardo, a nazajutrz z całem zajęciem przyglądał się pracującym, a wieczorem zasiadł znowu na stołku Icka, tym razem obszywając fartuch do powozu. I weszło to w zwyczaj. Krótkie dnie spędzał nad książką, lub łatał swą odzież, i nawet próbował szewstwa — wieczorami siedzieli z Lejbą przy warsztacie, pochyleni nad robotą — milczący.
Tak go zastał pewnego dnia Kubik ślusarz.
— A wy tu co? Terminujecie u żyda na rymarza?
— Niema roboty. Nudno!
— To chodźcie do nas. Zagramy w karty.
— Nie umiem.
— To się nauczycie, zapłaciwszy frycowe!
— Wolę tedy bez frycowego skóry zeszywać.
— To pójdźcie do Szyfmanowej — są świeże dziewczęta, muzyka, piwo!
— Nie mam do tego ochoty.
— Co z was za kolega? Chce wam się tu w tym żydowskim zaduchu siedzieć!
— My wszyscy przecie roboczy naród.
— Ale, akurat właśnie — urągliwie zaśmiał się Kubik. — Przez żydowskie partolstwo — nasz brat chleba nie ma.
Lejba głowę podniósł, spojrzał nań, ale milczał.
— Przecie wy bez chleba nie jesteście.
— Człowiek nie tylko o sobie mówi.
— A żydów to głodnych i w nędzy niema?
— Cholera na nich. Co mnie do nich.
— Ja nie partyjnik — to mnie każdy robotnik brat.
— Winszuję. Lokajem u mechesa pewnie byliście!
— A wy — jak niesiecie pieniądze do Szyfmanowej na dziewki i piwo — nie pracujecie to dla niej na kamienicę?
— Możeście też u jakiego klechy lokajowali! Bywajcie zdrowi. Nie będzie z nas kompanii.
Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.
Po długiem milczeniu rzekł Lejba:
— Szkoda, że Icek nie słyszał. On do takich chodzi, ale oni jemu inaczej gadają. Ja jego umyślnie do Ameryki wysyłam. Tutaj to niby ma do równości dojść — a to taka równość, że najpierw odbiorą bogatym — a jak sami staną się bogaci — to wyduszą wszystkich słabszych — nu i będzie ten sam sztuk — na inny manier. Te ślusarze to czyste rozbójniki — ich całe miasto się lęka. Już raz, jak się popili — zapalili miasto.
W parę dni potem, w niedzielę, spotkał znowu Jaworski Kubika w sklepie, gdzie wstąpił po tytoń.
Ślusarz podpity był, ale nie pamiętny złego rozstania, zaczepił go uprzejmie, i zaprosił do kwatery. Po drodze rzekł ze śmiechem:
— Już mi nie dziw, że tak świadczycie żydowi, jakem zobaczył dziewczynę.
— Jaką dziewczynę?
— Ano — jego córkę. I jabym chomonta łatał.
— Taka ma być ładna? Która? Tam tych dziewcząt pełno. Nie uważałem.
— Po co mi zawracacie gitarę. A co będzie, jak ją wam odbiję?
Jaworski ruszył ramionami.
— Braknie wam dziewek u Szyfmanowej?
— Możecie wy sobie na co lepszego pozwolić, mogę i ja.
— Ni sobie pozwalam, ni zabraniam. Kobieta mi — czy to drzewo — jedno.
— Więc mi nie bronicie waszej rymarzówny?
— Broniłbym każdego słabszego przed krzywdą silniejszego — to nasze robocze prawo, ale myślę, że tak mówicie, byle mówić.
— No, pewnie! — roześmiał się Kubik.
W kwaterze nie zastali towarzyszy. Ślusarz pociągnął go do traktyerni, gdzie zastali dużo kolejowych majstrów i robotników. Mateja przywitał uprzejmie Jaworskiego i zapoznał go z jakimś starszym, który mu obiecał protekcyę w dostaniu roboty ciesielskiej — przy warsztatach.
Była to pomyślna nadzieja — postawił piwa kompanii przez wdzięczność — i sam pić musiał. Wrócił do domu z ciężką głową i nieznośną nudą, i mimowoli spojrzał raz pierwszy na córkę Lejby.
Rzeczywiście piękna była i aż wierzyć się nie chciało, że tak piękny, wybujały kwiat wyrosnąć mógł w tej dusznej izbie.
Gdy się tak wpatrywał w nią, zamyślony — podniosła nań oczy, i w milczeniu uśmiechnęła się. Tedy rzekł: dobry wieczór! i cofnął się do swej izdebki, z uczuciem dziwnem: niezadowolenia, i pewności, że dziewczynie się podobał.
Nazajutrz wyszedł wcześnie — na kolej — szukać roboty i dostał zajęcie na dni parę, w zastępstwie chorego cieśli.
Przerwało się tedy rymarstwo i tydzień upłynął, że wcale z Lejbą nie rozmawiał.
Pewnego dnia wracając do domu spotkał Kubika. Szedł z rękami w kieszeniach i czapką na tyle głowy, gwiżdżąc.
— Pójdźmy razem! — rzekł.
— Ja idę co zjeść.
— A ja do Ryfki. Poczekam na was.
Jakoż zastał go Jaworski w rozmowie z piękną szwaczką. Umawiał się o szycie koszul, obiecując dużo roboty od kolegów. Cała rodzina widocznie cieszyła się spodziewanym zarobkiem, tylko stary Lejba skulony na swym stołku, nie odrywał oczu i rąk od roboty.
Jaworski zmęczony wyciągnął się na swem posłaniu, myśląc, że Kubik do niego wstąpi, ale po dłuższem oczekiwaniu wyszedł do izby.
Rymarz szył — rodzina już spała, spytał, gdzie się podział ślusarz.
— Do kramu poszli z Ryfką, po perkal.
— Tak puszczacie dziewczynę samą, z obcym?
— Ona rzetelność zna! — odparł stary. — Ona sobie szyciem posag zbiera — to jej interes.
Dziewczyna wróciła w dobrą godzinę, obładowana perkalem — uszczęśliwiona z roboty. Oczy jej spoczęły znowu na Jaworskim długo, przejmująco — gdy zamykała drzwi od kuchni — jeszcze się obejrzała.
W parę dni potem przemówiła do niego raz pierwszy.
Siedział u siebie przy lampce, i zeszywał niezdarnie roboczą bluzę, nie uważając, że Ryfka stała w progu.
— Może mi pan pożyczy trochę nafty, ja jutro oddam, dziś już kramy zamknięte — ozwała się.
— Proszę! — odparł, podając blaszankę.
— Trzeba odmierzyć.
— Ot, głupstwo takie!
Odniosła po chwili blaszankę, zatrzymała się.
— Ja panu lepiej zaszyję. Proszę dać.
— Ma panna Ryfka dosyć tego szycia.
— Och, ja panu z ochotą zrobię. To nie pańska robota! A pan tatce pomaga.
Wzięła bluzę i zniknęła w kuchni.
Tak się zaczęła znajomość. Odtąd codzień zamieniali parę słów, i śmielej patrzyła mu w oczy. Kubik przychodził co parę dni. Czasem pytał o robotę — czasem zasiadał u Jaworskiego z harmonią, przynosił dziewczynie cukierki, prawił jej komplementa — i grube dwuznaczniki.
Nareszcie pewnego wieczora zrobił się skandal. Ślusarz przyszedł podpity i zuchwały bardzo późno, gdy cała rodzina już spała.
Jaworskiego zbudził zgiełk, przewracanie sprzętów, i wrzask nieludzki całej gromady żydów.
Zerwał się, myśląc, że pożar. Ale w domu było ciemno, tylko wrzało od szamotania i krzyku. Gdy zapalił światło — ujrzał w kuchni, kłąb ludzkich ciał wpół nagich, i poznał Kubika z Ryfką w objęciach. Ale dziewczyna go gryzła i drapała rozjuszona jak pantera, a on już z nią walczył, rozwścieczony, opędzając się przytem gromadzie dzieci i starszych.
Jaworski na ten widok porwał wiadro z wodą i lunął w największą gęstwę, a potem uchwycił Kubika za kołnierz surduta, i odciągnął na bok. Ślusarz był okrwawiony od zębów dziewczyny — ona sina, bez tchu i głosu — wszyscy przez chwilę oszołomieni wodą — rzucili się na napastnika.
Ale ten odrzucił ich kopnięciem nogi, zdzielił pięścią — i wypadł do izby, w sień, na ulicę — w chwili, gdy z dala rozlegał się gwizd policyanta.
Zbiegli się też sąsiedzi, uczynił się tumult i reszta nocy zeszła na spisywaniu protokółu. Gdy wezwano do sprawozdania Jaworskiego, opowiedział krótko, że zbudzony wrzawą — zastał w izbie człowieka pijanego widocznie, który umknął. Czy znał tego człowieka? Nie uważał, bo lampka była mdła, a on zaspany.
Ale na to żydzi rozjuszeni podnieśli protest — nawet stary Lejba: To był ślusarz, ten ryży, co go lokator zna, co często u niego bywał! Spytany o nazwisko tego znajomego Jaworski musiał je powiedzieć — ale gdy wreszcie policya odeszła, rzekł do gospodarza:
— Nie rozumnieście, panie Lejba, zrobili! Pijak, awanturnik się wykręci, a ze ślusarzami nie warto się zadzierać.
Ale Lejba wyszedł ze spokoju i flegmy:
— To jemu można napadać po nocy, bić, tyle trwogi i gwałtu narobić — i mamy cierpieć.
— Nie wykręci się on. Pójdzie do turmy — karę zapłaci — za pobite sprzęty. Ja nie daruję! Żeby nie pan, to onby Ryfkę zadusił. Ona i tak odchoruje — ona wyda dużo pieniędzy na kuracyę!
Rozpoczęło się tedy śledztwo i sprawa.
Gdy raz pierwszy spotkał się Jaworski w urzędzie z Kubikiem, aż się wzdrygnął na wyraz jego oczu.
Dotąd miał go za rozpustnego, wesołego chłopca, a teraz ujrzał przed sobą dziką, złą, bestyę.
Ślady zębów i paznogci Ryfki miał na twarzy, w oczach mściwość i zuchwalstwo. Nie przeczył, ani się tłumaczył, najbezczelniej się przyznawał.
— Ano, co — poszedłem do dziewki. Anim kradł, ani zamki łamał. Żeby nie ten — plunął w stronę Jaworskiego — toby wszystko cicho było.
— Nu — wydałeś mnie — poczekaj — popamiętasz.
— Jeszcze my się porachujemy, cholero!
Powstrzymany groźbą urzędnika, ścichł, ale jeszcze straszniejsze było to milczenie i wychodząc z urzędu Jaworski odczuł, że ma nieprzejednanego wroga, a w parę dni potem, że nie tego jednego.
Bez żadnej racyi wymówiono mu robotę w warsztatach, spotkani ślusarze ciskali mu przezwiska i wymysły. Mateja i Jankowski przestali się witać, a wreszcie pewnego wieczora otrzymał odezwę bez podpisu, rozkaz stawienia się na sąd partyjny.
W pierwszej chwili pod wpływem oburzenia, papier zmiął, wyrzucił, z mocnem postanowieniem pozostawienia bez skutku, ale po namyśle zdecydował się pójść. I nazajutrz o oznaczonej godzinie wieczorem stawił się w mieszkaniu Matei.
Zastał tam zebranych dziesięciu ślusarzy zajętych jedzeniem i piciem, z których żaden go nie przywitał.
Zwrócił się po chwili czekania do Matei.
— Od was miałem wezwanie?
— Tak.
— Mówiłem wam, że do żadnej partyi nie należę, do posłuszeństwa nie jestem obowiązany, ale oto jestem. Czego chcecie? Jaki ma być sąd? Za co?
— Dowiesz się. Możesz poczekać!
Zakipiało w nim rozdrażnienie, ale się przemógł i usiadłszy na stołku czekał.
Po chwili zjawił się księgarz Iszna, poszeptali ze sobą, i Mateja rzekł:
— Kubika wzięli do więzienia, z powodu twojej denuncyacyi. Grożą mu aresztanckie roty. Ma żonę i dwoje dzieci bez środków do życia.
Gdy Jaworski milczał — podniósł głos.
— Słyszałeś. Oskarżam cię — co masz na swoje usprawiedliwienie. Sędziowie słuchają!
— Wcale się usprawiedliwiać nie myślę, bo Kubik siedzi w więzieniu nie na skutek moich zeznań — ale za napaść i gwałt. Poznał go Lejba Minc i jego rodzina, zresztą on sam do czynu się przyznał. Zresztą żaden uczciwy robotnik nie może go pochwalić za pijaństwo, rozbój i krzywdę, tembardziej, że napadł na równych sobie — w niczem mu nie winnych robotników. Rodzina jego została w nędzy — ale Lejba Minc ma okaleczoną rękę — pracować czas jakiś nie będzie mógł, dziecko jedno ze strachu dostało konwulsyi — a dziewczyna leży i gorączkuje. Kto im wynagrodzi — kto ich będzie leczyć i karmić? To niech też ten sąd zdecyduje.
— To nie twoja sprawa. Lejba Minc może do nas skarżyć. Ty siebie pilnuj!
— Przed czem?
— Przed naszą karą.
— Za co? Więc pochwalacie czyn Kubika?
— On już cierpi.
— A ja co miałem robić, zbudzony tym skandalem? Dopuścić do kryminału?
— Równe prawo Kubika do kobiety, jak twoje.
— Ja też mu tych praw nie zaprzeczałem — tylko ona, i wydały go nie moja denuncyacya, ale ślady jej zębów i paznogci.
— Dosyć! — krzyknął jeden ze ślusarzy. — Pysk stul i czekaj wyroku.
Jaworski wzdrygnął się, zerwał ze stołka, ale się pohamował, zaciął zęby.
»Sąd« skupił się u stołu, poczęli szeptać.
Księgarz widocznie był osobą decydującą, bo zwracał się często do niego — on milczał — w końcu rzucił parę słów, tamci potwierdzili — i Mateja zabrał głos:
— Jako karę za wydanie władzy towarzysza — zapłacisz partyi — na rzecz rodziny uwięzionego dwadzieścia pięć rubli.
— A jeśli nie zapłacę?
— To dostaniesz kulą w łeb!
Rewolwer błysnął w rękach Matei.
— Nie zapłacę! — rzekł spokojnie.
Wstał i patrzał im w oczy. Strzał nie padł.
— Nie zapłacę — powtórzył powoli, dobitnie.
— Wyrok wasz jest wprost bezsensem i absurdem, a kara za niespełnienie go, gwałtem. Jeśli w ten sposób macie zmieniać świata ład i prawo, to biada tym, co wam uwierzą. Nie moc ramion i pięści wyzwoli ubogich i słabych. Spełniajcie waszą groźbę; — nie żałujący tego życia — padnę, ale żałujący głupoty waszej, że wam się zda, że mnie zabijecie tą kulą! — Mnie nie zabije nic!
— Tydzień masz wolny do namysłu. Jeśli sądu nie usłuchasz po tygodniu, czekaj co chwila śmierci.
Jaworski się roześmiał i wyszedł.
Lejba przekonał się, że niepotrzebnie dał się porwać oburzeniu. Nie otrzymał żadnej satysfakcyi ani odszkodowania, tylko w kilka dni potem ciemnym wieczorem ktoś wytłukł szyby w domu i podrzucono papier, grożąc podpaleniem.
Rodzina żyła w ciągłej grozie i strachu, bo i słychy się rozeszły, że Kubik umknął z więzienia. Stary siedział bezczynnie z powodu zranionej ręki — do chorych trzeba było sprowadzać doktora; przez szyby, połatane byle jak, chłód i wilgoć się cisnęła. Ryfkę trzeba było cichaczem po nocy wysłać — do krewnych na wieś.
Jaworski obrachowawszy swe pieniądze, zapłacił z góry za swój lokal do wiosny — z tego żyli, a on z Ickiem siedzieli pilnie u warsztatu.
Tydzień minął i dwa i trzy — ślusarze nie spełnili dotąd groźby. Czasami, gdy tak siedział przed oknem — pod lampą — podnosił oczy i patrząc w ciemność na dworze — myślał — że tam za ścianą już ktoś doń mierzy — i był rad, że nie uczuwa strachu, a zarazem czuł smutek, że odejdzie od życia — jakby nie gotów — jakby czegoś nie spełniwszy.
To znowu porywała go chęć odejścia, szukania tego czegoś, przyśpieszenia swej drogi, spełnienia większego czynu, ale gdy się rozejrzał po tej nędzy i biedzie domowej, brał w cugle myśl, schylał się nad robotą, zostawał.
A czas biegł. Nastały mrozy adwentowe, zbliżały się Święta, i przyszły wreszcie.
Jaworski możeby i nie wiedział o nich, ale pewnego dnia listonosz wszedł do izby i spytał, czy tu mieszka Adam Karliński, cieśla.
— Jest tu do takiego list, za dopłatą czternastu kopiejek i posyłka.
Jaworski zapłacił, podpisał odbiór. W posyłce znalazł wełniany szalik, rękawice i skarpetki, a list tak brzmiał:
»Najdroższy, jedyny mój synku, pozdrawiam Ciebie świętem Bożem Narodzeniem, żeby Cię Pan Jezus w zdrowiu i dobrej myśli uchował. Posyłam Ci też opłatek, com go przełamała i sobie połowę zachowałam, do wigilijnej wieczerzy. Wszystkie moje myślenia przy Tobie i wszystkie moje pacierze za Ciebie i chyba do Boga dojdą i odwrócą od Ciebie ciężkość i smutek i niemoc. A zrobiłam dla Ciebie rękawice i szalik i skarpetki, bo Tobie, nieboraku, pewnie bywa bardzo zimno na te mrozy, przy robocie. Tak sobie myślę, czy Ci kto nagrzeje strawy wieczorem i czy w południe co ciepłego zjesz, i czy bieliznę masz czystą i całą, choćby na te Święta, co nadchodzą. Z Bożej woli świat mi ciemny, ale Ciebie tak widzę ciągle i zawsze, i tak z Tobą mówię, jakbyś tu był.
A do jednej troski to Ci się przyznać muszę, choć i wyśmiejesz głupią, starą! Sen miałam onegdaj, że jakby jakaś kobieta do mnie przyszła i przynosi mi do prania koszulę Twoją skrwawioną. Zlękłam się, a ona się uśmiecha, mówi: patrzcie, matko. Zaczęłam prać, a tu z tej krwi złoto się robi, złote kwiaty, jak na ornatach bywają. Zdziwiłam się, patrzę na kobietę, a ona się uśmiecha i tak się obudziłam.
Może Ty, dziecko jedyne, jaką biedę masz, może Ciebie wypadek przy robocie spotkał, możeś Ty chory, okaleczony.
Błagam ja Ciebie, napisz mi jako Ci jest, a nie lękaj się, bo sen wróży, że dobre w złe się obróci. Ja zdrowa jestem i Samolikowie z Twojej racyi bardzo dla mnie są dobrzy, i za wszystko Panu Bogu dziękuję, boś Ty żywy i cały.

Kochająca Ciebie całą duszą matka
Monika Karlińska«.

Długo, długo patrzał Jaworski na litery, na kęs opłatka, oczy mu zachodziły łzami wzruszenia. Potem się porwał, skoczył do sklepu po papier i kopertę, i siadł pisać.
Kochana Matko!
Donoszę Wam, że list i przesyłkę otrzymałem i ręce Wasze za pamięć i słowo całuję. Jestem zdrów i zimuję tutaj w Kowlu, bo mam robotę. Ale z wiosną postaram się o stałą jaką pracę, bo chcę Was zabrać do siebie, żebyśmy razem byli. Zaraz Wam napiszę, gdzie będę i jak mi się powodzi, a teraz posyłam Wam opłatek od siebie, i polecam się Waszym pacierzom i o błogosławieństwo proszę.

Kochający Wasz syn
Adam.

Gdy skończył, wziął na siebie kożuch i wyszedł, by rzucić do skrzynki, bo do Świąt było już tylko trzy dni i pragnął, by ciemna staruszka otrzymała go w wieczór Wigilijny.
Noc już była, mroźna, ale chmurna, nie zauważył dwóch ciemnych postaci, które oderwały się z za węgła domu i szły za nim. Spostrzegł je dopiero, gdy stanął u pocztowej skrzynki. Zrozumiał, że szli za nim i po niego i nawet w jednym z nich poznał ślusarza Jankowskiego.
Przez sekundę chciał iść dalej, uniknąć ich, ale wtem przypomniał Wojdaka, ostatnią scenę w Zbylczycach i odczuł, że wtedy on był takimże katem niesłusznego prawa, jak ci, co tam stali. Wojdak się nie zawahał i on musi do nich iść.
Poszedł — znaleźli się o krok od siebie.
— Mamy cię, hyclu! — warknął Jankowski.
— Płać! — dodał drugi, wyjmując rewolwer.
— Puścimy cię żywcem, jeśli zapłacisz.
— Nie. Powiedziałem.
— To dasz i pieniądze i skórę.
Jankowski rzucił się na niego, ale wtedy w Jaworskim zawrzało oburzenie i uderzył go pięścią. Zaczęli się smagać, dławić. Wtedy drugi strzelił, ale zamiast w głowę trafił w bok. Jaworski się zachwiał, zajęczał z bólu, otrzymał uderzenie kolbą w głowę, zwalił się w śnieg i już więcej nic nie wiedział. Dwaj żołnierze znaleźli go w kałuży krwi i dali znać policyantowi. We trzech złożyli go na sanki dorożkarskie i odwieźli do szpitala. Ocucił się przy doktorskim opatrunku, ale tydzień minął, nim wrócił do przytomności i zrozumiał, gdzie jest i co się z nim dzieje.
Zaraz też musiał składać zeznania o wypadku. Opowiedział, że napastników ani znał, ani widział. Uderzony w głowę, upadł, tracąc przytomność — na nikogo nie miał podejrzeń, do nikogo pretensyi. Może pijani byli, może go wzięli za innego. Gdy mu oddano pugilares, nie wyznał nawet, że mu zeń wzięto dwadzieścia pięć rubli — zaświadczył, że wszystko w całości.
Zmęczyło go to śledztwo, ale ledwie żywy czuł w sobie taką dziwną lekkość i spokój, że myślał, że chyba umiera. Oczy jego rozjaśnione oglądały nagie ściany sali, obejmowały twarze sąsiadów, szły przez brudne szyby okienne w szare, zimowe niebo. Zatrzymał wreszcie wzrok na posługaczu, który zamiatał podłogę i stanął, przypatrując mu się.
I począł się do tego obcego uśmiechać.
— No, coś taki rad? — tamten się odezwał.
Dźwięk głosu wstrząsnął chorym. Zwróciły się ku niemu oczy sąsiadów, jedna obojętna, inna ciekawa lub niespokojna.
— Czego się śmiejesz? Będziesz znowu śpiewać? — ciągnął dalej posługacz.
— Śpiewaj! — rzekł sąsiad najbliższy.
— Ja nie umiem, nie śpiewam! — wyszeptał.
— A toć tamte dni i noce ciągle śpiewałeś kolendy. Organistą byłeś gdzie? — zaśmiał się posługacz.
— Nie umiem śpiewać. Ja cieśla! Nie pamiętam, żebym śpiewał. Czy ja umrę?
— Wyliżesz się już chyba. Aleś w gorączce był ten cały czas i śpiewałeś.
— To już po Świętach?
— Kiedy! Już drugi tydzień leżysz. Żyd tu jakiś o ciebie pytał.
— Może tam znowu jaka bieda u Lejby? — pomyślał troskliwie, przymykając oczy, zapadając w odrętwienie wyczerpania.
Zaczęły się powolne, ciężkie dni i noce szpitalne, cierpienia, gorączka, słabość, nuda. Nie bardzo się kto o chorych troszczył, szczególnie na tej sali, bezpłatnej, ogólnej, sali ubogich. Doktór oglądał ich pobieżnie, dawał dyspozycyę, opatrywał rany felczer, dozorowali najemni, obojętni posługacze. Ale twarde życie i odporne natury mieli ci chłopi, robotnicy, włóczęgi, nędzarze, zalegający salę. W nocy czasem zrywały się jęki i stękania, w dzień silniejsi klęli, słabsi cierpieli, znosili biernie, zdrowsi zabawiali się i śmiali.
Obok Jaworskiego z jednej strony dogorywał stary pijak, włóczęga, któremu odjęto wyżej kolana zgangrenowaną nogę. Był tak już słaby, że tylko bezustannie jakby skamlał, na jęk nawet nie mający mocy. Oczy miał zamknięte, ginące w jamach śmiertelnej maski, cerę szarą, z rzadka odruch już prawie bezwiedny rąk.
Gdy cichł, posługacz go dotykał, próbując czy żyje i odchodził, ruszając ramionami: ot, twarde życie! — mruczał obojętnie.
Z drugiej strony Jaworskiego leżał średnich lat człowiek, wycieńczony przewlekłem cierpieniem brzusznem. Przechodził operacyę, poprawiał się bardzo wolno. Ten pierwszy zagadał po polsku.
— Wy pewnie do tej przeklętej nory także przyszliście po ratunek dobry i ot — rzekł.
— Robiłem przy koszarach, cieśla.
— Z Warszawy?
— Nie. Sam jestem, chodzę od roboty do roboty.
— Ja stolarz, z Warszawy. Namówili, że tu z pod hebla złoto nie wióry iść będą. Robiłem i ja przy tych koszarach, myślałem, że do wiosny wytrzymam, do domu przyniosę najmniej setkę. Bolało, piekło, nic jeść nie było można, głupstwo, mówię sobie, mniej wydasz na kwit, ale nie smaruj maszyny, stanie, ot i stanęła. Cztery tygodnie jak tu sobie wypoczywam. Was też te zbóje, rozkoły, galanto urządziły.
— Będę miał na cały karnawał! — uśmiechnął się Jaworski. — Rodzinę macie?
— Sztuk dziewięć. Siostra wdowa z dziećmi, sieroty po bracie. Całe szczęście, że niema własnych bąków i że żona uciekła. Siostra, zuch baba, i pierze, i posługuje, i służące stręczy, i kabałę kładzie, i krzesła wyplata, i zęby zamawia, i całą dzieciarnię musztruje. Czas na wszystko znajdzie. Mieszkamy na Tamce, trzy stancye, na dole, w oficynie, bo to jeszcze i lokatorów mamy. Znacie Warszawę?
— Znam.
— Kochane miasteczko, swoje — stęknął.
— To wy pracujecie dla sierót braterskich i siostrzanych?
— A cóż. Ordynacyi nie odziedziczyli, choć wysoko nosa brat darł, ile że blacharzem był, póki na bruk nie spadł. A szwagier, Marceli mąż, choć się Potocki nazywał, ale zapomnieli mu do kołyski włożyć hrabiowskiego tytułu i pałacu i musi buty szyć, jak dorósł. Tylko arystokratyczne zdrowie miał i precz kaszlał w suterenie. Do Włoch pod Warszawę też się wciąż wybierał, ale omylił się na rogu ulicy i zaszedł na Brudno. A dzieci, to sznurkiem przywędrowały do mnie na Tamkę, nie zmyliły drogi, huncwoty! Bratowa żyje, ale znalazła sobie drugiego męża i aż do Odessy z nim wyjechała. Nawet chciała dwoje dzieci zabrać, ale jak zaczęła przemyśliwać które, to wszystkie się pochowały, ledwie je Marcela poodszukiwała po znajomych i dopiero, jak tamci już odjechali daleko! No i tak czworo tych mam, a Marcela swoich dwóch, to i miara z czubem. Nas było pięcioro sierot, stryj i ciotka chowali. Snać to familijne u Kacperskich. A ja się też biedzie nie dam, jużem na lepszy bok się dźwignął, jeszcze tę setkę dorobię do wiosny, na Wielkanoc do domu wrócę.
I opowiadał o tym powrocie, o tych dzieciach i zapomniał swego osłabienia.
Którejś nocy włóczęga przestał skomleć i rano wyniesiono zwłoki, miejsce pozostało próżne dni parę, aż pewnego wieczora posługacze wnieśli na noszach jęczącego człowieka. Jaworski spojrzał nań i serce mu zabiło ze zgrozy: był to ślusarz Jankowski. Przybyłych z nim dwóch ślusarzy opowiadało na sali, że przed chwilą koło maszyny zmiażdżyło mu prawą rękę aż po łokieć.
Ranny mdlał i jęczał strasznie na przemian, zabrano go do innej sali i po jakimś czasie odniesiono, po amputacyi, kalekę.
Jaworski noc całą spędził bezsennie, wstrząśnięty wrażeniem, rano nie śmiał spojrzeć w tamtą stronę i ledwie doczekał felczera, począł prosić o zmianę miejsca.
Ale felczer, zajęty bardzo, tylko mu burknął coś niechętnie, opatrunek byle jako zrobił i odszedł. Tedy Jaworski oczy zamknął i twarz osłonił, ale go wnet posługacz trącił, bo była chwila rozdawania śniadania.
Kacperski już chciwie zajadał wodnistą polewkę, a widząc, że sąsiad odstawia swą porcyę nietkniętą, rzekł:
— Nie będziecie jedli, Karliński? To dajcie mnie.
Jaworski nieśmiało spojrzał w drugą stronę i ujrzał utkwione w siebie posępne, gorączkowe oczy Jankowskiego. Nie rzekli ni słowa, tylko teraz Jankowski oczy zamknął.
I tak leżeli obok siebie, nie mówiąc, nie patrząc, a skuci często myślą, godziny, dnie całe.
Pewnej nocy, gdy ranny, spalony żarem gorączki, bezwiednie pić jęczał — Jaworski wstał, uniósł mu głowę — napoił. Gdy się rzucał w malignie, poprawiał mu poduszkę i pościel — zwilżał zaschłe wargi i czoło palące. Ale w dzień nie patrzał nań — i nie śmiał przemówić.
W niedzielę zwykle odwiedzali chorych znajomi, i Jaworski się ucieszył na widok starego Lejby, który go szukał oczami po sali.
Żyd przysiadł na łóżku, i położył przy nim szabasową »chałkę« i kilka suszonych gruszek.
— Ja dawno nie był, ale my wszystkie za pana Boga prosili. Moja stara chodziła na kirkuć — na grób cudotwórcy rabina — mojego dziadka. Ona jemu także o panu mówiła. Nu, pan już zdrów będzie, a te rozbójniki Pan Bóg pokarze!
— Co u was słychać? — przerwał mu Jaworski.
— Nic sobie! Spokojnie. Icek już wyjechał. Pańskie rzeczy w całości — my stancyi pilnujemy. A kiedy pan zdrów będzie?
— Już trochę wstaję. Może za parę tygodni.
— Och, żeby tym gałganom ręce i nogi pokręciło!
Tu się schylił do ucha i szepnął:
— To pewnie te same ślusarze.
— Nie — pijaki jakieś. Nie znam ich. Ot — wypadek.
— Ładny wypadek. Jak ja tu był, na skorym razie, to pan już był — całkiem umarły, całkiem zabity.
Pogawędził jeszcze chwilę, i odszedł. Jankowskiego nikt z kolegów nie odwiedził. Leżał milczący, ponury, patrząc tępo w mętne szyby okien. Gorączka już ustąpiła, ale jakże czarną, beznadziejną była przytomna myśl tego robotnika bez ręki, tego nędzarza bez sposobu do pracy.
Od tej niedzieli Jaworski począł potrosze wstawać, próbować członków i odczuwać wielką radość rekonwalescencyi. Zaraz też się wziął do drobnych posług dla bardzo chorych i niedołężnych, a wreszcie pewnej nocy zdecydował się przerwać milczenie z Jankowskim.
Słysząc, że ciężko stęka, wstał — pochylił się nad nim.
— Dolega co panu? Może podać pić?
Długo nie było odpowiedzi, tylko świszczący oddech.
— Mam wodę z cytryną. Wypij pan.
Nie otrzymując odmowy, uniósł głowę, pochylił szklankę do ust. Jankowski wypił.
— Odwrócę pana na bok — będzie wygodniej. Weź mnie pan ręką za szyję — ot tak! Lepiej.
Ułożył go, okrył, dał jeszcze pić. Ślusarz nie rzekł słowa, ale jaworski już się ośmielił i w dzień zaproponował mu papierosa.
— To panowie znajomi? — spytał Kacperski.
— Jako i z panem — odparł Jaworski.
— No, ja gadam jako człowiek — a ten kolega to ani chybi — ma Karaś na imię.
— Ja już nie mam co gadać z ludźmi, ino z rzemiennym paskiem — albo z głęboką wodą! — przemówił wreszcie kaleka.
— I... i... i — wedle tego to powiadacie, żeście mańkut! Znałem takiego, co lewej całkiem nie miał, a na prawej ino jeden palec — a ludzi golił. Człowiek naprawdę kaleka dopiero, jak mu głowę obetną, a zresztą można żyć! Tamten — co mówię, to piwiarnię miał — ho, ho — pieniądze zbijał. A sprawił sobie ten interes za te właśnie ręce. Fabryka mu zapłaciła. Durnie się wieszają i topią, a komu głowa ostała — to nią kręci — aż coś wykręci. Pan z Warszawy?
— Z Warszawy.
— To jak pan się wyliże, i odszkodowanie wysądzi — to ja panu kokosowy interes nastręczę. A żonę pan ma?
— Mam.
— To i po kłopocie. Kobieta ma dwoje rąk — no i gębę pewnie nie od parady — jako zwykle kobiecki naród. Magle pan kupi, albo skład węgla.
Jankowski nic nie rzekł, ale popatrzał raz pierwszy na Jaworskiego, i przyjął ofiarowanego papierosa.
W nocy, parę dni potem, posłyszał szept:
— Karliński!
Zerwał się.
— Połóż mnie pan na bok. Rany mam na plecach.
Gdy go objął i dźwignął, posłyszał znowu szept:
— Nie weźmiecie pomsty? Macie dosyć? To za was!
— Nie mówcie tak. Może ja był winien. Ale tak sobie myślcie, żem wam brat szczery. Z tej biedy i nieszczęścia jeszcze wam może dobrze przyjdzie.
— Nie wydacie nas?
— Toćbym już wydał. I myśli nie miałem. Ale wy też — nie sądźcie, nie potępiajcie — nie karzcie.
— Zostawili mnie tu na zdech! Żaden się nie zjawił, nie dowiedział. Towarzysze takie! — mruknął ponuro.
— Zapomnijcie im. Są źli — są dobrzy. Byle człowiek sam zły nie był.
— Żeby który się pofatygował. Trzeba sprawą się zająć. Doktorskie świadectwo dostać, podanie zrobić.
— Może ja ich krępuję. Za parę tygodni stąd wyjdę, to zaraz do adwokata pójdę, rozpytam, dam wam znać. Tymczasem czarne myśli wygońcie, ot, macie papierosa; może chcecie jabłko?
— Jeśli wy nie szpieg, to już nie rozumiem! Jaki wy macie inny interes!
Jaworski na to zakończenie ruszył tylko ramionami i nie odpowiedział, ogarnięty smutkiem.
W parę dni potem doktór, obejrzawszy go podczas pośpiesznej wizyty, rzekł do felczera:
— Tego już można jutro wypisać. Miejsc braknie.
— Proszę pana doktora, jeszcze mi bardzo słabo! — zaprotestował.
— To płać.
Zwiesił głowę i umilkł. Posiadał już tylko piętnaście rubli, a na świecie był luty.
Nazajutrz przyniesiono mu jego odzież i kazano się wynosić. Zebrał siły woli, przebrał się, zaczął się żegnać z towarzyszami.
Kacperski obiecał, że byle się dźwignął, nie zapomni go odszukać. Jankowski przypomniał adwokata. Jemu z osłabienia świat kołował w oczach, uginały się nogi, na czoło występował pot.
Uśmiechał się do nich, podziękował felczerowi i dozorcy i wyszedł na ulicę. Ale tam zamroczyło go świeże powietrze, poraził blask dnia, zatoczył się i usiadł pod ścianą, czując, że traci przytomność. Ocuciło go szturchanie i gruby głos:
— Ty co? Upił się! Ruszaj, bo do »części« wezmę! — Był to policyant.
Z trudem Jaworski się dźwignął na nogi.
— Ze szpitala wyszedłem! Słabo! — rzekł.
— A gdzie twoja kwatera?
— U Lejby Minca.
— Paszport masz?
— Mam! — sięgnął w zanadrze. Ale policyant się śpieszył, więc ręką machnął.
— Nu, tak idź do kwatery, kiedy słaby!
Powoli, odpoczywając często, dowlókł się chory do Lejby i przyjęto go, jak umiano najżyczliwiej, ale on tak wyczerpany był, tak znowu bez mocy, że apatycznie legł w swej klitce, na wszystko obojętny.
Przeleżał tak znowu parę tygodni, a gdy wreszcie marcowe słońce zajrzało doń przez jedyną szybę okienka, wyglądał jak widmo, tak był wychudły i zmieniony. Ale przecie wreszcie czuł, że niemoc ustępuje, rany były zabliźnione, chciał jeść, spać i ucieszył się tą smugą złotego promienia na ścianie, uśmiechnął się do swych narzędzi!
Wiosna, robota! ozwało mu się w duszy. Zaraz też wróciła życiowa energia i myśli całą falą. Wyszedł na miasto i poszedł do szpitala.
Kacperskiego już nie zastał, wypisał się przed kilku dniami, Jankowski jeszcze leżał.
Jaworski się z nim rozmówił, obiecał przysłać adwokata i resztę dnia mu zeszło na tej sprawie. Wtedy pomyślał o sobie i zaczął szukać roboty. Ale na ziemi leżał jeszcze śnieg i było mroźno, cieśle Własowa mieli przyjść dopiero w końcu miesiąca, trzeba było czekać.
Zasiadł tedy Jaworski przy warsztacie Lejby.
Zapas gotówki malał z dniem każdym, chociaż żywił się czarnym chlebem i kartoflami, chociaż przestał pić herbatę, palić tytoń, nawet za okrasę używał najtańszego szarego sadła.
Pewnego dnia, gdy mu zostało tylko trzy ruble, zajrzała mu w oczy groza głodu i strach przed beznadziejnem jutrem. Wyszedł na miasto, na dworzec kolei. Szukał majstra drogowego, aby spytać, czy na linii, dla dziennych najemników niema zajęcia.
Gdy tak stał na platformie, nadszedł pociąg z Kijowa.
Bezmyślnie Jaworski począł patrzeć na wagony; gdy go mijały, coraz wolniej — i nagle drgnął.
W jednem z okien zobaczył i poznał żonę. Pierwszym odruchem chciał zniknąć i wsiąknąć w szary tłum, zalegający peron — ale pozostał wkuty w miejsce, szczególną, radosną ciekawością.
Żona nosiła jeszcze po nim żałobę, ale rozmawiała z ożywieniem i uśmiechała się do niemłodego mężczyzny z orlim nosem i ogromną łysiną. Była i mama Taubert i Ignac i jakaś okazała dama, widocznie flirtująca z Ignacem.
Wysiedli z wagonu — przeszli do bufetu — tak blizko Jaworskiego — że słyszał ich śmiech i głosy.
Z błyskawiczną szybkością myśli, to pogrzebane inne życie odżyło w jego pamięci — tak żywe, że machinalnie cofnął się od pociągu, i zawrócił, ku miastu, zapomniawszy o swej nędzy — o jutrze głodnem, o sprawie, dla której przyszedł na kolej — przejęty tylko uczuciem ulgi — że wśród nich — nie jest i nie będzie.
U Lejby zastał gości, dwóch żydów porządnie ubranych, palących cygara z minami wielkich panów.
— O, to ten pan właśnie! — zawołał rymarz na jego widok — i zaraz zaczął z niebywałą u niego żywością:
— To mojej żony krewni, te kupcy. Oni są wierniki wielkiej leśnej kantory. Oni tu przyjechali po ludzi do drzewa — na wodę. — Moja Ryfka u nich teraz w Pińsku mieszka. Oni słyszeli o panu, oni panu u siebie służbę dadzą.
Żydzi przypatrywali mu się bystro, i jeden rzekł:
— Ja pana już raz gdzieś widziałem.
Jaworski spojrzał nań, i także twarz ta wydała mu się nie obcą, i po chwili rzekł:
— Był pan w Horbach, w karczmie zeszłej wiosny, kiedy most pod pociągiem się zawalił.
— Ma pan dobre oko i pamięć! Prawda, byłem.
— A pan — majster — cieślarz?
— Robiłem toporem. Ale teraz bardzo jeszcze słaby jestem — niedawno ze szpitala.
Lejba począł im coś opowiadać po żydowsku — słuchali, bystro patrząc, głowami kiwając. Wreszcie starszy, wyższy snać stanowiskiem, rzekł:
— Nam potrzebny człowiek pewny — do binduhy! Chłopy będą toporami robić. Pan chłopów będzie pilnować, ćwieki wydawać — roboty patrzeć. A jak pan interes pozna, i zechce — to i z drzewem pan pójdzie.
— Nie żaden ja pan — i wolałbym sam robić, a nie innym komenderować. Daleko te lasy?
— Trzy stacye stąd koleją — do binduhy wiorst piętnaście — kniazie puszcze! Drzewo fajn, pójdzie aż do Gdańska.
— Nie rozumiem tej roboty. Może nie będę zdatny.
— Niech pan się namyśli. Damy pięć rubli tygodniowo i produkta. My mamy wiarę do pana.
Pomyślał chwilę. Ujrzał przed sobą bory, rzekę — długie szeregi tratew — tygodnie spędzone z naturą.
— Pójdę! — rzekł prawie bezwiednie.
Kupiec już wydobył z kieszeni gotowy kontrakt do podpisania, i podał mu.
Jaworski przeczytał, pokręcił głowią.
— Powtarzam panom, że roboty tej nie robiłem nigdy.
— I rymarzem pan nie był nigdy! — zaśmiał się Lejba. — Kupce nie kupują pana rąk — ale głowę — oni dobry zrobią interes. I niech pan też bez strachu podpisze. Oni żadne łapserdaki i szachraje, oni wiedzą — ile człowiek wart.
Jaworski podpisał, i spytał o rozporządzenie. Miał już nazajutrz z narzędziami i ładunkiem ćwieków jechać na binduhę.
Zebrał tedy swe mizerne graty, doprowadził do porządku narzędzia i nie mając co robić wieczorem — wyszukał Kacperskiego.
Stolarz wiadomość o nowej robocie przyjął kwaśno.
— Chce się to wam służyć żydom, i z chłopstwem na tratwach się ujadać. Myślałem, że was ściągnę do Warszawy — bo mi się pan spodobał.
— Toć pan Jankowskiego zabiera pod opiekę.
— Iii... — co tam Jankowski. On swoich ślusarzy ma. Topór z heblem lepsza kompania — i nawet biedować z panem tobym się nie lękał. Niech pan sobie mój adres zapisze: Kacperski Józef, Tamka 10. Żeby i na zimę pan się zgłosił, to jakąś robotę się znajdzie. Jeszczebym w szpitalu leżał, żeby mnie pan nie podkarmiał — za swój grosz!
— Podług pana tom mało co wart. Pan jeden karmi dziewięcioro.
Dobroduszna twarz stolarza rozjaśniła się.
— Ot, pierwszy, co mnie pochwalił. Ludzie mi mówią, żem dureń.
— Chciałbym być takim mądrym, jak pan.
Uścisnęli sobie twarde ręce — i wracał Jaworski na ostatnią noc do swej kwatery.
W powietrzu czuć było wiosnę, i ogarnęła go miękkość i zadumanie skupienia w sobie.
Przebył zimę jedną — i czynił w duszy z niej rachunek. Zdało mu się, że jest wobec władzy i zdaje egzamin. Ktoś czytał jego czyny i myśli — dzień po dniu, a ktoś — wielki — słuchał.
I wreszcie człowiek stanął — oczy podniósł ku niebu, wyprostował się — oddychał głęboko — czekał. Wydały mu się raptem i te czyny i te myśli małe — i rezultat prawie żaden — wobec obszaru świata — wobec ogromu tego gwiaździstego sklepienia.
Poczuł się atomem, pyłem — i zmętniały mu oczy łzą pokory.
A wtedy usłyszał w duszy — głos — tej wielkości — głos Tego, co słuchał:
— Idź dalej — wyżej. Pełń Prawo! Nie trwóż się — nie patrz skutków pracy. Pyłem bądź. Ja z pyłów tworzę słońca!
W piersi człowieka uderzył dzwon serca, i zstąpiła na duszę powaga świątyni. Spokojny, mocny się poczuł — i wzrok ku ziemi spuszczając, objął nim nizkie domy, puste ulice, całe miasto ludzi, warsztaty kolejowe, szpital — wszystko.
Wzrok serdeczny był, wdzięczny, dobrze życzący, a usta wymówiły z głębi duszy:
— Błogosław Panie tu wszystkim i każdemu!





X.

Samolik z Bereźnicy, wiosną — w towarzystwie czterech sąsiadów — ruszył na letnie zarobki. Zgodził ich żyd agent — do roboty przy szosie — i oto wedle umowy stawili się w oznaczonym terminie w miasteczku Jeziercach. Od stacyi kolei przyszli pieszo dziesięć wiorst w głąb kraju — przez piękne lasy — i około zachodu słońca ujrzeli przed sobą szeroki widok na osadę — szeroko rozsiadłą — murowaną — uwieńczoną wieżycą kościoła — otoczoną jakby sierpem — taflą wód jeziora.
— Jakby na straży miasteczka stał przy drodze młyn wodny, murowany, wielki — u gardzieli, skąd wypływała rzeka. Za jeziorem prawie jak las wyglądał park, i świeciły czerwone dachy — okazałej, pańskiej rezydencyi. Przy drodze jeżyły się sterty zwiezionych na szosę kamieni.
— Ot i nasza tu będzie robota! — rzekł Samolik.
Ruchem ramion poprawili na plecach worki swe podróżne, i ruszyli raźno naprzód — zajęci tem jutrem znojnem, radzi wziąć się do trudu. Przed młynem tłok był furmanek i ludzi, ładujących worki mąki. Stanęli podróżni, żeby się pogapić, rozpytać o swego żyda.
Ale nikt z nimi mówić nie miał czasu, bo robota nagliła i co raz z magazynu przy młynie rozlegał się głos napędzający do pośpiechu. Samolik zawsze ciekawy zajrzał do wnętrza. U wagi stał człowiek w wytartym kożuszku, ubielony mąką i zdawał wory żydowi.
— Karliński! — wyrwało się z ust Samolika z wyrazem radosnego zdumienia.
Tamten głowę podniósł, spojrzał, uśmiechnął się, ale tylko skinął i dalej ważył, notował, napędzał robotników.
Dopiero gdy transport był kompletny, pożegnał żyda odbiorcę, magazyn zamknął i przywitał niespodziewanego znajomego.
— Wyście tu poco przybyli?
— Do szosy zgodził Juda Grosberg, nas pięciu z Bereźnicy. Ot, spotkaliśmy się! Dziwo! Poznaliście mnie? Toć pięć lat, jak wtedy razem byli przy moście? Pamiętacie?
— Jakby wczoraj. To całe lato tutaj będziecie?
— Pewnie! A wy co? Dzierżawicie ten młyn?
— Uchowaj Boże. Młyn grafski, dworski, dzierżawi pan Baczyński, w miasteczku ma dom, bogacz. Tu służę, już trzy lata.
— Tu mieszkacie?
— A niby tu mam stancyę, w miasteczku się stołuję.
— Toście się nie żenili?
— Nie.
— To czemu swojej starej nie zabierzecie? Księdza u nas zmienili, nowy na szpitalne baby narzeka, drew nie daje. Już dwie z ziębiu zmarło w poście. Dawnoście i nie pisali do matki.
Ze drzwi młyna wytknął się młynarczyk.
— Panie, grafska osypka wyszła. Co zesypywać?
Karliński skoczył do wnętrza. Towarzysze zwołali Samolika.
— Idźmy do miasteczka. Późno. Trzeba szukać żyda, rozmówić się, spocząć.
Obejrzał się Samolik i ruszył. Całe lato, co dzień będzie tędy na robotę iść, będzie czas na gawędę.
Zmierzchało, gdy Karliński robotę młynarczykom wydzielił i ruszył do miasteczka.
Wieczór był marcowy, ostry, szumny od wichru, ale pachnący już wiosną i upajający jak wino. Ludzi dużo snuło się po drodze i zaułkach, a po mieszczańskich sadach nad jeziorem wystawały pod płotami, u wody, dziewczęta śpiewające, chichoczące. Pozdrawiali wszyscy uprzejmie Karlińskiego, snać znali go i lubili.
Na jednej z ulic wszedł do porządnego, murowanego dworku i otworzył z sieni drzwi na prawo. W pokoju paliła się już lampa i przy stole siedział w wielkim fotelu stary łysy, żółty na twarzy mężczyzna i dziewczynina może dwudziestoletnia, czytała głośno gazetę. Na skrzyp drzwi, stary spojrzał z pod nawisłych siwych brwi i poprawił się na fotelu, wyciągając rękę po grubą rachunkową księgę.
Dziewczynka uśmiechnęła się do wchodzącego.
— Dobry wieczór, Karliński! Cóż tam? Nic złego? — spytał stary.
— Wszystko dobrze. Zdałem wagon mąki Szubie. Przyjąłem orkisz na kaszę. Skończyłem dworskie mlewo. Przyniosłem z drobnego targu siedem rubli i próbkę żyta, które dostawił pan Bajkowski. Zabiorę gazę na pytel.
— Woda dobra?
— Grzeczna. Zastawki sprawione!
— Na dworze pięknie?
— Jako wiosną.
Stary stęknął, skrzywiły mu się rysy.
— A mnie trzeba tu gnić. Madziu, idź do matki, niech tę gazę przyniesie.
Gdy dziewczynka wyszła, sięgnął poza siebie, w fotel, dobył pugilares i schował weń, położone przez Karlińskiego pieniądze. Chwilę myślał, bębniąc palcami po stole, wreszcie pugilares schował, a sięgnął po rachunkową księgę. Karliński dobył notatnik.
— Pensye miesięczne 40 r. Kowalowi 5 r. kop., deski 7 r. 30 kop., dębina 3 r. — począł dyktować.
— Z drobnego targu wyciągniesz! Dobrze? — mruknął stary, trochę nieśmiało.
— Dobrze, panie. Tylko czy pan już posłał dla Jaśka do szkoły?
— Posłałem. Madzia nosiła na pocztę.
— Pisał do mnie, że bardzo szczęśliwy i panu wdzięczny.
— Mnie! Niech tobie będzie wdzięczny. Żeby nie ty, musiałby we młynie siedzieć i pracować!
— Dobrze się stało wszystkim. Zły by z niego był młynarz, a sławny będzie rzeźbiarz!
Stary ręką machnął.
— Zrobiłeś jak chciałeś, a ty swej obietnicy dotrzymaj.
— Czy nie dotrzymuję?
— Ja nie wiem. Co to może wiedzieć paralityk. Przykuty jestem do tej izby i stołka. Jakubowicz śmiał się wczoraj, że w młynie przesypiasz noce, przeromansowane z tą rozwódką, córką organisty.
— Żarty lubi pan Jakubowicz! — odparł spokojnie.
Do pokoju weszła młoda piękna kobieta. Ukłonił się Karliński i wziął z jej rąk paczkę gazy do pytla.
— Żegnam państwa! — rzekł, cofając się do drzwi.
— Wieczerza gotowa! — rzekła uprzejmie gospodyni.
— Dziękuję. Muszę prędko do młyna wracać, jeszcze ten pytel do rana narządzić. O pszenicę Szuba się dopomina.
— Pani Szymborska smaczniej gotuje — zaśmiała się kobieta.
Żachnął się, ale nic nie odrzekł i raz jeszcze pożegnawszy, wyszedł.
Skierował się na rynek i do plebanii. Od dwóch lat miał wikt i opierunek z rąk poczciwej starej Koźlakowskiej organiściny, zżył się z nimi; byli to ludzie prości, dobrzy, cisi. Od jesieni wszystko się popsuło, od dnia, gdy wróciła do nich niespodziewanie jedyna córka, zamężna za urzędnikiem, którego losy służby przerzuciły aż na Kaukaz. Wróciła z przewróconą głową, fantastyczka, nerwowa, z bezustannym niepokojem w duszy, i buntem na los i życie. Czas jej schodził na płaczu lub wybuchach wesołości, na spacerach, na gorączkowem zajęciu, lub okresach kompletnej apatyi i bezczynności.
Oddawna Jaworski czuł na sobie jej oczy żebrzące, błagalne, rozpaczne prawie — oddawna wiedział, że ta nieszczęśliwa, chora dusza — u niego szuka oparcia, siły, że ta kobieta do stóp mu się ściele — i oddawna żył w rozterce ze sobą — w walce — w niepokoju.
Czasami był pewny, że powinien odejść — czasami był pewny, że powinien pozostać.
Przykazanie, które sobie za cel życia postawił, być dobrym — i które dotąd w wykonaniu dawało mu taką jasność w duszy — tym razem szarpaniem było — zgiełkiem — sprzecznych zdań i postanowień — i tak trwało — oddawna.
Dziś postanowił odejść — i z tem wszedł do mieszkania Koźlakowskich — na plebanii. Byli wszyscy troje. Stary reperował skrzypce — Szymborska cerowała kościelną bieliznę, stara na jego widok zakrzątała się podawać mu posiłek i gadać życzliwie.
— Słyszane rzeczy! Na obiedzie pan znowu nie był — i nie przysłał młynarczyka nawet. Zdrowie pan straci, z sił spadnie. I poco! Ten sknera kielniarz Baczyński — zamrze której nocy, i Jakubowicze okradną sieroty. Nie poradzi pan takim!
— Tak źle nie będzie. Stary mi ufa, dzieci kocha, a Jakubowicze nie złodzieje. Zresztą wystarczy dla wszystkich — żony też nie skrzywdzi.
— Panu każdy dobry i uczciwy — bo pan sam taki. Wedle pana to złych ludzi wcale niema na świecie.
— Bo i niema. Są tylko głupi.
— A którzy głupi? — zagadnęła Szymborska.
— Ano właśnie ci, których złymi nazywają.
— To i nieszczęśliwych może niema? — spytała ponuro.
— Oj — i tych nie brak. Każdy ze siebie może zrobić szczęśliwego, albo nieszczęśliwego.
— Albo to prawda. Już się rodzi człowiek na zły lub dobry los, i jak komu niedola sądzona, niema ratunku. Temu tylko dobrze, co ma serce z kamienia.
— Tedy trzeba się starać, by serce mieć twarde!
— To też panu dobrze! — mruknęła szyderczo.
Milczał — jedząc spiesznie. Potem zapalił papierosa i rzekł do Koźlakowskiej.
— Myślę niedługo własne gospodarstwo założyć.
— Żeni się pan?
— Nie. Mam żonę — inośmy się rozeszli. Matkę chcę sprowadzić sobie na gospodynię.
Koźlakowska pokiwała głową.
— Niech to pana nie uraża — ale żona, co pana porzuciła — toć dopiero musiała być — głupia wedle pańskiego powiedzenia.
Szymborska zerwała się z miejsca, cisnęła robotę, zarzuciła chustkę na głowę, i wyszła.
Starzy spojrzeli po sobie z niepokojem, i zapanowało długie milczenie.
Jaworskiego znowu zdjęła wątpliwość, strach, jakiś niepokój, czy dobrze czyni.
— Dobranoc państwu! — rzucił śpiesznie, i wyszedł. Na placu przed kościołem pusto było, noc nie miała miesiąca, chmur się nasunęło wiele, deszczowych, wiosennych, w powietrzu było pełno wilgotnej woni nabrzmiałych pąków, ani tchnienia wiatru.
Ziemia czekała na ciepły deszcz jak na nowe życie, gdzieś w chmurach grały pieśń powrotu klucze wędrownych ptaków.
Jaworski skręcił w boczną uliczkę, nad jezioro, pewny, że tamtędy wróci do młyna nikogo nie spotkawszy. Lękał się dziś Szymborskiej, czuł w sobie litość, słabość, żal dla niej.
Jutro napisze do Bereźnicy, pośle staruszce Karlińskiej pieniądze na drogę. Samolikowa ją przywiezie. Tymczasem może kiedy przy okazyi rozmówi się z Szymborską, może ją uspokoi, trafi do tej biednej duszy łagodnem słowem.
Był już u młyna. Świeciło się przy kamieniach, woda szumiała na kołach, wewnątrz huczały maszyny. Dyżurujący młynarczyk gwizdał oberka. Jaworski stanął, spojrzał po jeziorze, wciągnął z przyjemnością w płuca wilgotne, wonne powietrze. Nagle drgnął, poczuł, że ktoś stoi za nim, obejrzał się, dwoje ramion spadło mu na szyję, gorące smukłe ciało kobiece przywarło do niego, duszący szept zaszemrał.
— Zlituj się nademną. Nie chcę umierać.
Chciał odepchnąć, oswobodzić się, ale nie mógł być brutalnym, nie potrafił.
Kobieta trzęsła się jak w febrze, zęby jej dzwoniły.
— Chodźmy stąd. Niech się pani uspokoi! — rzekł cicho.
— Ja — ja nie chcę spokoju. Ja tu żyć dłużej nie mogę! Ja śmierć sobie zrobię. Zlituj się! — jąkała.
Jego jakby zaraził ten dziki szał.
— A potem co? — szepnął.
— Co mi tam potem! Niech będzie śmierć. Ale ja muszę żyć, ja muszę z tobą być. Potem wyrzuć, bij, lżyj, plwaj, nogami kop! Co mi! Twoją być, twoją choć chwilę — choć tę jedną noc. Zlituj się, ja ginę, umieram!
Bez słowa już otworzył drzwi swej stancyi, czując, że uledz musi, nawet nie próbując się opierać, ani rozważać.
A potem, gdy przyszła refleksya, nie żałował swej słabości patrząc na zmianę zaszłą w usposobieniu Szymborskiej. Była jakby przeistoczona; promienna, słodka, dobra, uległa. U rodziców pracowała dzień cały w ogrodzie, w kuchni, w domu, dla każdego miała dobre słowo i życzliwość, dla niego jakby kult niewolnicy i wdzięczność.
Nie kochał jej ale czuł się potrzebnym, wielbionym, pożądanym i sprawiało mu to zadowolenie, dawało życiu urok.
Po miasteczku wieść się rozniosła prędko. Podpatrzyli młynarczyki, rozpletły kumoszki.
Szymborska teraz codziennie przynosiła mu obiad do młyna, sprzątała stancyę, prała i sprawiała odzież, święta i niedziele spędzali razem, panowało przeciwko nim srogie choć głuche oburzenie opinii.
On pochłonięty robotą, ani słyszał, ani myślał o tem, kobieta nie dbała.
— Baczyńska psy na mnie wiesza! — rzekła mu kiedyś przyniósłszy obiad.
— No! — spytał obojętnie.
— Z zazdrości!
Ruszył ramionami.
— Nie wiesz! Ginie za tobą.
— Śni ci się!
— Wiem. Zwróć uwagę.
— A to po co! — uśmiechnął się.
Ale gdy tego wieczora poszedł z raportem do swego gospodarza zauważył, że Baczyńska była opryskliwa i ponura, stary też jakiś niechętny, szukający przyczepki.
Ale we młynie wszystko szło bez zarzutu, więc tylko gdy odchodził, stary rzekł:
— Kaleka nieszczęsny musi być na ludzkiej łasce, i na wszystko patrzeć przez szpary.
— Oprócz pana, cały świat mnie pilnuje i jest kilku amatorów na moją posadę. Więc niech pan będzie spokojny. Kontrola pewna! — odparł Jaworski swobodnie.
— To też słyszę wiele! — mruknął stary.
— Ej, nie wiele. Chyba tylko jedno!
— Z takiego jednego wszystko złe.
— A kiedyż to pan matkę swą sprowadzi? — wtrąciła Baczyńska. — Niema pan teraz dla niej miejsca w stancyi?
— Miejsce jest — ale trudno się we dwoje utrzymać z piętnastu rubli miesięcznie.
— I... i... i... — matka nie taka kosztowna jak kochanka! — wybuchnęła kobieta. — Ale wiadomo, z kochanki inny pożytek i większa przyjemność.
— Jestem u państwa starszym młynarzem i czem jeszcze więcej? — spytał spokojnie, podnosząc na nią oczy.
Była czerwona, wzburzona, ale nie wytrzymała jego wzroku, umilkła na chwilę.
— Trudno patrzeć, jak się porządny człowiek marnuje i rozum traci dla byle kogo! — rzekła innym tonem.
— To dziękuję państwu za życzliwość, ale rozumu nie tracę!
Wyszedł z niesmakiem i nudą i znowu stanęło mu w myśli pytanie: czy dobrze czyni? Ostatnimi czasy mało myślał, jakby zobojętniał sam dla siebie, jakby ze sobą wcale nie obcował i nie chciał zostać sam ze sobą.
Był wieczór późny, ciepły, czerwcowy, na niebie pełno gwiazd. Przypomniał sobie takie niebo gwiaździste, gdy żegnał swój życiowy etap w Kowlu i mówił z sędzią.
Pięć lat ubiegło, jeszcze tylko raz był tak na sprawie w obliczu ciszy gwiezdnej, wtedy gdy Janka Baczyńskiego zluzował w młynie, by mógł w świat iść i sztuce służyć! Potem oddał się bardziej swemu zajęciu, sprawom praktycznym i przyszedł nań okres stagnacyi ducha.
I teraz nie chciał na sprawę iść, nie, po co? Jeśli i źle postąpił, ani cofnąć, ani zmienić, stała się zła konieczność, do ziemi był przykuty!
Ociężał mu krok, zgarbił się kark, oczy uciekły od gwiazd, patrzyły pod stopy i szedł jakby brzemię miał na barkach, do swej stancyi... Na ławce u młyna czekała już na niego Szymborska.
— Cudna noc! Pójdźmy nad rzekę, bo ledwie chwilę mam dzisiaj wolną. Od północy mój dyżur.
— Chodźmy! — rzekła, jakby z żalem.
Gdy się znaleźli na brzegu rzeczki, wśród olch, ramieniem ją objął.
— Cudny świat. Pacierze się chce odmawiać — szepnął.
— I całować! — odparła gorąco, przywierając piersią do niego, łaknącemi usty szukając jego ust.
Popatrzał jej głęboko w oczy.
— Czyś ty tylko pożądanie, Hanka?
— Coś ty taki inny! Ktoś cię zbuntował na mnie. Napletli coś wrogi!
— Nie. Pomówić z tobą chciałem. Poznać się. Do dusz sobie zajrzeć. Toć należymy do siebie, a nic o sobie nie wiemy! Powiedz mi, co ci miłe, co boli, ot swoje myśli!
— Kocham ciebie i cały dzień by rok długi się zdaje na tę chwilę czekając. Wszystko we mnie aż drży z tęsknoty. Co mam mówić, całuj mnie, pieść. Ja ino kocham, z tobą chcę być!
— Aniś ciekawa moich myśli?
— Co ci? Kto ci co nagadał? Baczyńska pewnie, o tym nowym praktykancie, co u rodziców był z wizytą.
— O żadnym praktykancie nie wiem. Ludzie gadają pewnie. Nie oglądasz się na nic, mówiłem ci. Ja przy robocie, nie wiem co plotą w miasteczku, ty bądź ostrożniejsza.
— Po co? Mnie wszystko jedno, ja ginę za tobą. Nie zechcesz mnie, pójdę w jezioro.
Objęła go za szyję, dławiła szalonym uściskiem, szepcząc błagalnie:
— Pójdźmy do izby. Kocham cię, kocham!
Tedy zrozumiał, że nie pojmą się ni dusze, ni myśli, że próżnoby do niej mówił i zawrócił do młyna.
Stosunki z dworską administracyą miał Jaworski częste, choć we dworze samym nigdy nie bywał. Ale mlewa dworskiego było wiele i prawie co tydzień dworska fornalka przywoziła i zabierała wory pełne. Zwykle ekskortował fury ktoś z administracyi: gumienny lub pomocnik pisarza.
Raz w końcu czerwca zjawił się nowy oficyalista. Chłopak może dwudziestoparoletni, smukły, przystojny, w palonych butach i obcisłych granatowych spodniach, w czapce na bakier i z ponsową różą w klapie surduta.
— Praktykant! — pomyślał Jaworski, taki typ był udany i dobrze mu kiedyś znajomy. Zeskoczył z konia i wszedł, gwiżdżąc do składu.
— Szruta gotowa? — spytał z góry, bez powitania.
Zajęty wagą, Jaworski nic nie odrzekł.
— Gdzie młynarz? — huknął młodzik.
Jeden z fornali odparł:
— A dyć waży.
— Głuchy, czy ki dyabeł. Może niemowa! Pytam, czy mlewo gotowe?
— Toć fornale ładują. Nie widzi pan! — odparł wreszcie Jaworski.
— A dużoście piasku dosypali?
— Dużo.
Fornale zaczęli się śmiać. Młodzik poczerwieniał, stanął u wagi, i o każdy worek się spierał. Jaworski jakby go nie było, załatwił swą robotę, gdy skoczył, dobył dworską księgę, zapisał.
— Podpisz się pan tutaj! — rzekł.
— Z uwagą, że waga niedostateczna.
— Owszem. Młynarczyk z furami pójdzie do sprawdzenia w prowencie. Jasiek, przeprowadzisz fury do dworu — z kartką ode mnie do pisarza. — Praktykant podpisał, siadł na konia i pogroził prętem.
— Ze mną nie będziesz miał kompanii, i pisarzem się nie zastawisz. Jaśnie pan młynarz, psia mać.
Z młyna na hałas wylegli chłopacy, a żyd, który po swe mlewo zajechał — rzekł, patrząc za odjeżdżającym:
— Jaki gorący. To ze złości, że wczoraj się zgrał w karty u Jakubowicza.
Jaworski patrzał na podpis w księdze, jakby czytać nie umiał.
— Jak on się nazywa? — spytał żyda.
— Ten błazen? Wojdak.
— Wojdak? Na pewno?
— Co niema być na pewno. Po żydach naszych są już jego kartki na pieniądze i znają jego w miasteczku. Co nocy bywa.
— Skąd on? Nie wiecie?
— Ze świata. Taki wiatr. Podobno krewny rządcy. — W Karlińskim wstrząsnęło się wszystko, jakby pękła skorupa wybuchnęła z wnętrza lawa gorąca wspomnień i zalała go straszną pożogą.
A w parę dni potem żona rządcy — wstąpiła do młyna w jakiejś gospodarskiej sprawie i rzekła z intencyą ugodową.
— Podobno wam tu nasz Władek nagrubianił. Wybaczać jak człowiek dojrzały smarkaczowi. Niech już z tego sprawy nie będzie. Mąż wyłajał — chłopak obiecał poprawę. Taką mamy z nim biedę — a toć mojej siostry syn! Szwagier dobrze się miał, bo po stryju prałacie sukcesyę wziął, ale wszystko stracił na spekulacye i afery — i w niedostatku wdowę zostawił. Jeszcze nadzieja była w najstarszym, Józefie, bo i głowę miał i dobrą posadę — trzeba nieszczęścia, lokomotywa go zabiła — i wtedy wszystko przepadło. Siostra moja jak długi popłaciła — została z dwoma córkami, na bruku — a ten, Władek nauk nie skończył, i rozpuścił się. Wzięliśmy go pod opiekę — może się opamięta, zacznie pracować! Ach! — jaka zgryzota!
Tego dnia z powodu święta młyn był nieczynny, więc, gdy odeszła, Jaworski mieszkanie zamknął i zamiast do organistów na obiad, ruszył na rzeczkę — w łąki.
Trawy były jeszcze nietknięte kosą, barwne od smółek i liliowych dzwonków, bujne, ośpiewane ptactwem, rozdzwonione pszczelą muzyką cichutką. Wnurzył się w nie, pewien samotności, zaszył się w głąb — w krze kalin i dzikich spirei niedaleko rzeczki — i zaczął stanowczą ze sobą sprawę, zstępując w głąb duszy — w te kraje kędy człowiek nikogo nigdy nie puszcza i kędy sam bywa rzadko. Jedni tam nie bywają, bo się lękają — inni, bo jeszcze nie umieją sami tam trafić — inni, bo nie śmią!
W tych głębiach bywają potwory — co nigdy dnia nie oglądają, bezdenne grzęzawice — roztopione metale i dyamenty!
Nieubłagana, nieodwołalna biła stamtąd decyzya.
— »Nie postępujesz, nie rośniesz wzwyż, nie krzepniesz, zasklepiłeś się w bezmyśli, nie rozumiesz prawdy, doszedłeś do upodobania w życiu pospolitem i ciasnem. Fałszem jest twoja mniemana ofiara dla Jaśka Baczyńskiego — wygodnie ci jest być przełożonym, dogadza ci stanowisko. Nie ratujesz, nie dźwigasz, nie prowadzisz duszy kobiety, którą posiadasz i którą lekceważysz, mniemając — żeś nad nią wyższy.
Zmarnowałeś pięć lat życia — zapomniałeś celu — nie jesteś dobry. — Czy potrafisz — służyć!
Któregoś zabił — przychodzi w osobie tego chłopca głupiego, lekkomyślnego, może już zdemoralizowanego — z twojej winy. Dług zaciągnąłeś — przychodzi termin wypłaty. Jak? Czem? Kiedy? Może krwią, może życiem, może wstydem. Na wszystko musisz być gotów — a wzdrygasz się!
Jaworski upadł twarzą do ziemi — w męce.
A nieubłagany — wszechwiedzący głos duszy trwał.
Nie ujdziesz stąd, ani ci kto pomoże — musisz się sam dźwignąć — na drodze napowrót stanąć — naprzód iść. To nie służba. Prawa dla ciebie, uczciwie pieniądze za mlewo gospodarzowi oddawać, interesów jego pilnować, nie kraść i nie próżniaczyć — dla ciebie to żadna zasługa.
Nie służba też dla ciebie, ani zasługa, że się nie upijasz, nie obcujesz z miasteczkową zgrają — nie zabawiasz się jak oni.
Ani zasługą ci jest kłamana miłość dla kobiety — jakoby jej uczucie szanując — nie delikatność to — ale słabość — próżność — i zły nałóg.
Niema mocy w tobie — niema mądrości — niema miłowania — zapomniałeś prawa.
— Atmo! — zaszemrały drgające wargi zmiażdżonego. Ale nie otrzymał odpowiedzi — i do ziemi przywarty leżał, nie widząc drogi, sposobu, wyjścia!
Na łąki poczęła padać rosa wieczorna, gdy posłyszał nad sobą ludzki głos:
— Panie! Majstrze!
Zerwał się. Nad nim stał Jasiek młynarczyk z siatką na raki i koszem.
— A to zaspaliście! — śmiał się chłopak. — A tam we młynie was od południa szukają. Macie nowinę!
— Mlewo przywiózł kto?
— Nie. Matka wasza z jakąś drugą przyjechała.
Jaworski się zerwał i stał chwilę, jak człowiek z ciężkiego snu zbudzony. Aż raptem zabiło mu serce przeczuciem, że przecie była odpowiedź i poszedł prędko, lekko, wesoło do domu. I oto ujrzał na ławce pod ścianą młyna dwie stare kobiety i Samolika.
Obydwie ubogo były odziane, jak mieszczanki, ale on odrazu poznał tę, jedną, z fotografii siwowłosą, szczupłą, wiekiem przygarbioną kalekę. A Samolik go zobaczył zdala i zawołał:
— A, przecie, jesteście. Macie niespodziankę!
Staruszka powstała, z oczu białych, martwych poczęły biedź ciche łzy, i stała jakby zaklęta, bojąca się, szepcząc nieśmiało.
— Spalił się szpital, ksiądz inny, nie mogłam, nie miałam dachu, myślę, przed śmiercią...
I złamał się jej głos we łzach, bo poczuła swą rękę ujętą w twardą dłoń i usta synowskie na niej i objęła go ramionami za głowę, rozełkana, a bezmiernie szczęśliwa.
Wprowadził ich do swej stancyi; Samolikowie poczęli mówić, opowiadać, staruszka milczała, skupiona, trzęsąca się ze wzruszenia.
Jaworski ugościł Samolików, zapłacił z podzięką za drogę i wydatki, i dopiero, gdy wieczorem późnym odeszli do miasteczka, usiadł przy staruszce.
— Adasiu! — szepnęła, dotykając rękami jego głowy, twarzy. — Synku jedyny, dziecko, jakiś ty mizerny, jak ci nawet głos się zmienił! Mój Boże, tyle lat. Ale cię widzę, jak wtedy! Powiedz, nie gniewasz się, żem bez pytania, bez pozwolenia przyjechała? Nie mogłam. Ja ci nie zaciężę, synku!
— Co też matka mówi. Stancya jest, chleb jest.
— Tak mnie i Samolikowa uspokajała. Jak Józef jej napisał, żeś starszy we młynie. Ale ty mi powiedz, że mi wybaczasz. Mój Boże, przed śmiercią choć trochę z tobą pobyć, za twoje pieniądze pochów mieć. Mój Boże, takie szczęście.
— Dziękuję, matko, żeście przyjechali! — rzekł, rękę jej całując. — Ot, będę miał gospodynię!
— Będziesz, dziecko. Nie turbuj się, żem ślepa, ino kąty poznam, to trafię i wszystko zrobię. Z tobą być, z tobą! Jaki Pan Jezus łaskawy!
I trzymając rękę jego w swych rękach, poczęła się modlić szeptem drgających warg...
Nazajutrz, gdy Jaworski nie przyszedł do organisty na obiad, Szymborska poniosła mu jadło w koszyku do młyna i weszła do stancyi, pewna, że nikogo niema.
— To ty, Adasiu? — ozwał się obcy głos.
Kobieta spojrzała zdziwiona na staruszkę siedzącą u okna, w słońcu, zajętą robieniem wełnianej pończochy.
— Ja przyniosłam obiad panu Karlińskiemu — rzekła zmieszana. — Nie wiedziałam, że gościa ma.
— Ja nie gość, ja jego matka.
— To pani już tu będzie?
— Już zostanę, dzięki Bogu.
— To i gotować w domu będziecie?
— Możebym zdołała, ale on nie chce. Powiada: niespokojny będę, bo ja nie widzę.
— Ach, Boże mój! Biednaż pani!
— Nie biednam, kiedy przy nim i kiedy on zdrów! A od Boga trzeba wszystko wdzięcznie przyjąć, choć zda się nam złe, ale On tylko dobre daje, ino poczekać, pocierpieć, a okaże się, że dobre. I ślepe oczy Jego oglądać mogą.
Szymborska wpatrzyła się w mówiącą z dziwem, ze wzruszeniem mimowolnem i jakby wstydem.
— Może pani czem usłużyć? — szepnęła.
— Bóg zapłać. Jacy też ludzie dobrzy, kochani. Ot, i pani młoda, ładna, wesoła, a gotowa kalece dogodzić.
— Skądże pani mnie widzi, żem młoda i ładna? Pan Adam co mówił o mnie?
— Nie, ale ja każdego poznam słuchem, czuciem. Zabierze Bóg jedno, doda drugiemu. Ja już tę stancyę widzę i słonko ze dworu, i jezioro i robotę mego chłopca we młynie. Onci idzie tutaj, synaczek mój jedyny!
Szymborska obejrzała się na drzwi, na wchodzącego. Uśmiechnięty był i jakiś inny, promienny.
— Nie miałem czasu być u państwa z nowiną, wybierałem się wieczorem. Bóg zapłać za strawę i fatygę — rzekł serdecznie.
Zjadł spiesznie, bo fury zajechały pod magazyn, a Szymborska wobec tej ślepej matki nie śmiała go nawet wzrokiem zaczepić.
A w parę dni potem przybiegła do młyna późnym wieczorem, stęskniona!
Na ławce pod ścianą Adam siedział z matką. Księżyc stał nad jeziorem, było cicho i cudnie, i staruszka coś opowiadała powoli, jakby bajkę. Poznała ją tem swojem przeczuciem i rzekła:
— W taką noc pod Boże niebo każdego ciągnie. Samam siedziała, a ot i troje się zebrało, i jeszcze ktoś idzie z za jeziora; ktoś młody, wesoły.
— Matka słyszy, jak trawa rośnie!
Szymborska usiadła przy Jaworskim, przygarnęła się do niego. Teraz i oni usłyszeli, że ktoś szedł z za jeziora, i zdziwił się Adam, poznając praktykanta, Wojdaka.
Wybrał się był na karty do miasteczka i stropił się na ich widok.
— Dobry wieczór, państwu! — rzekł, przystając. Jaworski odpowiedział uprzejmie — tedy chłopak o krok się zbliżył.
— Ciotka jeszcze wczoraj mi poleciła spytać pana o ryby do dworu — ale mi się nie chciało pana zaczepiać.
— Tom rad, że przecie pan się odezwał. Powiem Jaśkowi, żeby kul zastawił — i co się złapie, do dworu zaniósł. Ja też do pana prośbę mam.
— Będę rad spełnić.
— Możebym ze dworu jakich książek dostać mógł — matce czasem, w święta poczytać.
— Owszem, owszem. Poszukam u ciotki — i jutro do siana po południu idąc tędy — przyniosę.
Stali przed sobą — i mimowoli, jedną myślą jakby wiedzieni, uścisnęli sobie ręce.
Chłopak już był daleko, gdy staruszka szepnęła:
— Biedne to dziecko.
— Jakto? — spytała Szymborska.
— Bardzo słaby. — Jak łozina dusza gnie się, kędy kto chce, i już ma w sobie drżenie strachu, coś go trapi, gnębi! Źle mu jest — trwożnie!
— Pani tak każdego zna, przeczuje, odgadnie. A ja — jaka? — zaśmiała się kobieta.
— W gorączce jest dusza, w żarze. Przyjdą łzy — przyjdzie zdrowie! — szepnęła staruszka.
Kobieta umilkła, przejęta — milczał i Adam, zapatrzony w srebrną od miesiąca toń jeziora.
A po długiej chwili staruszka rzekła powoli tonem pacierza:
— Miłujesz, Panie, wszystko, co jest, i nic nie masz w nienawiści z tego, coś uczynił, i przepuszczasz wszystkim, gdyż Twoje są, Panie, który dusze miłujesz.
Szymborska spojrzała na Adama z posądzeniem, że musiał — o nich — matce powiedzieć — ale zawstydziła się swego podejrzenia — twarzy jego wyraz widząc, i ująwszy go za rękę, pocałowała.
I wtedy spojrzeli na siebie raz pierwszy — duszą!
— Pójdę już! — rzekła, wstając. — Pozwoli mi pani przyjść do siebie w dzień z robotą?
— Daj Boże wszystko dobre — za to!
Adam wstał także i poszli razem.
I weszło w zwyczaj, że Szymborska przychodziła z robotą do ślepej staruszki — i że jej opowiadała o sobie — aż ze wszystkiego się zwierzyła.
A po tem wyznaniu, nie upokorzenie czuła, ale godność i rzewność miękką. Czuła też, że otworzyły się jej oczy duszy na wiele rzeczy — że była zuchwałą, próżną, leniwą, grymaśną i upartą — zobaczyła siebie raz pierwszy, zastanowiła się nad życiem.
A działo się to powoli, nieznacznie, dzień za dniem. Staruszka pytała z życzliwem zajęciem i z subtelną delikatnością dobroci świętej — litowała się, tłumaczyła błąd każdy, łagodziła słodyczą — wybuch — cieszyła w zniechęceniu i goryczy.
Bywały same zwykle, bo Adam pracował od świtu, i często nawet w nocy miał przy maszynach reperacyę — a co wieczór szedł do Baczyńskiego z raportem — ale i względem niego zmieniła się Szymborska. Miłość jej — z dzikiego szału przeszła w uwielbienie, cześć i w serdeczne lubienie — jakby się zaraziła kultem staruszki dla tego ukochanego jedynaka.
Nigdy go ona nie pytała o nic, ani o życie lat tylu, ani o losy przebyte, ani o myśli i czyny, ani o stosunki. Ani się trwożyła o niego, ani mu o sobie opowiadała — cała w szczęśliwości, że jest w jego opiece, i przeczuciem swem dusznem o niego spokojna.
Nawet rękę jego tylekroć w swych dłoniach trzymając, nie spytała, z kim, kiedy zamienił ślubną obrączkę — czy żyje, czy umarła żona — czy kochał, czy cierpiał.
Nie poprosiła go też nigdy o cokolwiek dla siebie, nie potrzebowała nic, broniąc się, wymawiając, gdy jej sprawił jaką wygodę, lub przyjemność. Najwyższem szczęściem były dla niej dni świąteczne. Bywali wtedy we dwoje tylko — siadywali na ławce w słońcu i on jej głośno czytywał.
Wojdak dostarczał książek — i wstępował czasami do młyna — na papierosa, i pewnego dnia zwierzył się Adamowi, że ma nadzieję na lepszą posadę.
— Pisała matka, że miała list od pani Janiszewskiej — z zapytaniem o mnie. U jej pierwszego męża służył mój brat w cukrowni, a ten drugi mąż ma olbrzymie dobra na Podolu. Jednego dnia stądbym drapnął — tak mi wujostwo obmierzli!
Adam długą chwilę opanowywał wrażenie, zanim spokojnie spytał:
— Brat pana w jakiej służył cukrowni?
— W Zbylczycach. Administrował ją pan Jaworski — zginął kilka lat temu na kolei, pociąg się rozbił. Podobno zapłaciła kolej wdowie grubo za to nieszczęście. Popłakała, żałobę odnosiła — a już półtora roku, jak wyszła za starego Janiszewskiego.
— Zna pan tę rodzinę?
— Nie. Józef znał.
Gdy Wojdak odszedł — po długiej chwili staruszka rzekła:
— A tyś — tych państwa znał?
— Znałem — odparł krótko, a ona nie śmiała pytać więcej.
Ale w kilka dni potem zebrała się znów na odwagę, i spytała go:
— Adasiu, kto jest pan Jakubowicz?
— Szwajcar mego gospodarza, pana Baczyńskiego.
— To zły człowiek.
— Skąd matka tak myśli?
— Szymborska mówi, że on chce ciebie pozbawić posady.
— On adwokat, młynarzem nie będzie.
— Ale oni oboje z siostrą radziby skrzywdzić dzieci-sieroty.
— Może to tylko podejrzenie, plotka. A zresztą Baczyński dzieci kocha.
— Mnie straszno o ciebie.
— Czy matce znów coś się śniło? — uśmiechnął się.
— Nie — tylko ot, głupia stara jestem. Tyłeś lat był bezemnie, a teraz jakoś mi strasznie, że bezemnie zostaniesz.
— Jakto?
— Bo ja już prędko, dziecko jedyne, ślepą nie będę.
— Co matce?
— Nic, synku, nic. Z tamtej strony każdemu wzrok wraca.
— Matka się czuje słaba?
— Nie, dobrze mi! Mój Boże — przy tobie być. Tak mi dobrze.
Objęła go za głowę — ze zgasłych oczu pociekło łez kilka.
Zaniepokoił się, ale przecie wyglądała jak zwykle, krzątała się żwawo — nie dostrzegł żadnej zmiany, a że Szymborska nie przychodziła od jakiegoś czasu, z powodu choroby swojej matki, nie miał się z kim niepokojem podzielić. Młyn się też popsuł i odwrócił jego uwagę od domowych spraw — przez kilka dni ledwie na chwilę do izby zaglądał.
Pewnej nocy z ciężkiego snu zbudziło go wołanie. Poznał głos staruszki i zerwał się.
— Co matce? — spytał, zapalając światło.
— Chodź, synku, do mnie. Niech cię przeżegnam — mówiła prędko, niespokojnie.
Zaświecił jej w twarz, była biała jak ściana. Ręką szukała go, w powietrzu krzyż kreśląc, i mówiąc śpiesznie, a coraz ciszej:
— Niech Cię Bóg strzeże — na swojej drodze prowadzi. Dziękuję ci, dziękuję, za wszystko — już mi jasno. Nie lękam się o ciebie — dobryś — spotkamy się. Daj ci Boże — daj łaskę — moc — złotą szatę. — Mowa przeszła w szept prawie nieuchwytny — w tchnienie — w ciszę.
Gdy Jaworski z ważenia się opamiętał, poderwał ją — podał do ust wody — już duch się wyrwał z więzienia — już na posłaniu były tylko zwłoki. Przesiedział przy nich do rana, nie mogąc się pozbyć myśli — że gdy teraz ona wszystko widzi — wszystko wie — jak go sądzi. Gdy słońce weszło, spojrzał nieśmiało w twarz zmarłej. Stężała, spokojna, zdawała się doń dobrotliwie uśmiechać.
Tedy powstał i on uspokojony — rękę zimną ucałował — na oczy nacisnął powieki — i poszedł — by zająć się pogrzebem.
Gdy spoczęła już w ziemi — i znalazł się napowrót sam w swej izbie — przejrzał węzełek szmat, które z sobą przywiozła. Znalazł papierów urzędowych parę — jakieś listy, fotografię — i starą książkę, pisaną — z modlitwami.
Akt jej wdowi był w papierach, i metryka chrzestna syna, i cenzury gimnazyalne, a potem już tylko te dwa listy, które on pisał. Łez ślady były na nich widoczne, a ileż było niewiadomych pocałunków rozełkanych ust.
I ten obcy poczuł się po tej cudzej matce jakby rodzonym sierotą.
Wieczorem przybiegła Szymborska. Oddawna raz pierwszy znowu byli sami, ale jakby przejęci majestatem śmierci — siedzieli obok siebie na ławce pod ścianą — uroczyści i skupieni — czując obecność i powagę zmarłej nad sobą.
Kobieta śpieszyła do domu, matka była ciężko chora, roboty nadmiar i znów Jaworski sam został zamyślony, skupiony w sobie.
Było już zupełnie ciemno w izbie, gdy ktoś wszedł — Wojdak.
— Czy pan już śpi? — spytał nieśmiało.
— Nie. Zaraz lampę zapalę.
— Nie trzeba. Tak lepiej. Mam pana o coś poprosić. Wolę pociemku.
— Mów pan. Z miłą chęcią usłużę, jeślim w mocy!
Wojdak usiadł i milczał chwilę.
— Pan pewnie znowu grał z Jakubowiczem? — rzekł Jaworski, żeby go ośmielić.
— Nie. Gorzej. Czy pan ma wpływ na Baczyńskiego?
— Żeby panu pożyczył pieniędzy?
— Żeby panu oddał na przechowanie weksel, który mu przyniosłem kiedyś.
— Pański?
— Nie. Wuja.
— Pana Staniewskiego, administratora?
— Tak.
— Pan woli, żeby był u mnie? Dlaczego?
— Bo to ciotka mi go dała, blankiet z podpisem. Wuj nie wie, że on u mnie. Mam posadę, wyjeżdżam, pisałem do matki, przyznałem się, dostanę pieniędzy na Nowy Rok, odeślę, zapłacę. Ale Baczyński możeby wujowi powiedział, ciotka miałaby awanturę, niech ten dowód będzie u pana. I ciotka i ja będziemy spokojni.
— Dobrze, jutro to panu załatwię.
Wojdak nie odchodził, zapalił papierosa, przeszedł się parę razy po izbie i znowu obok Adama usiadł.
— Pan pewnie źle myśli o mnie, z powodu tego długu. Upoili mnie raz, zgrałem się u Jakubowiczów, może i dopisali.
— O nikim źle nie myślę, tylko mi pana żal. Z takiej zabawy zawsze troska i bieda.
— Wiem. Mnie się zdaje, że stryczek mam na szyi.
— Nie trzeba nadto się gnębić. Dojrzeje pan po tej próbie.
Wziął w dłoń rękę chłopaka, ale ten ją cofnął prędko, zerwał się, i mruknąwszy pożegnanie wyszedł. Nazajutrz po konferencyi z Baczyńskim, Jaworski sprawę zagaił, ale stary nie dał mu skończyć:
— Skądże ty jesteś w takiej konfidencyi z takim?
— W żadnej — prosił mnie. — Myślę, że pan mi zawierzy na Nowy Rok, jeśli nie zapłaci, weksel zwrócę!
— A nie rozumiesz, dlaczego on tego wekslu się boi?
— Nie chciałby ciotki narazić. Może rządca nie wie, komu żona weksel dała.
— Tak ci to przedstawił. No to ja ci powiem prawdę. O tym wekslu i ciotka nie wie, bo on go sam sfałszował. Rozumiesz teraz? Nie wierzysz, no to go sobie obejrzyj.
Stary sięgnął w głębokości fotela, dobył pugilares i położył na stole nieszczęsny blankiet.
— Znasz pismo rządcy? Porównaj. Nawet się nie bardzo fatygował o podobieństwo. Ja wziąłem, bo się nie boję. Rządca zapłaci, i żebym był cicho, nie podwyższy mi dzierżawy młyna. Dlatego ten weksel będzie tu — u mnie!
Zaśmiał się złośliwie i pugilares schował.
— Co, milczysz? Wstyd ci, że za takim gałganem się wstawiłeś. O, ten zajdzie wysoko, na stryczek! — Jaworskiemu się zdało, że za oknem szelest się rozległ.
Podniósł oczy, nie było nikogo.
— Milczę, bo mnie boli równie jego czyn, jak i pana. On źle postąpił, ale i panu nie godzi się tego wyzyskać. Niech mu pan odda ten weksel. Może od pana zależy cała jego przyszłość, zbawienie, opamiętanie, odrodzenie.
— Oszalałeś! — wybuchnął Baczyński: — Równasz mnie z fałszerzem. Chybaś mu kompan!
Jaworski bez słowa wziął za czapkę i wyszedł. W tej chwili pomyślał raz pierwszy z żalem o swym niedostatku. Żeby mieć te czterysta rubli.
Nie miał i nikt mu nie pożyczy, bezsilny był. Ogarnęła go groza jakaś, tysiące niewykonalnych sposobów ratunku przeleciało przez głowę, przeczucie jakiejś klęski. Minął młyn, poszedł do dworu do stancyi Wojdaka, ale była zaryglowana. Tedy przypomniał sobie szelest za oknem, i domyślił się, że chłopak ze dworu do izby zaglądał i już wiedział o odmowie Baczyńskiego, i że może już nie śmie Jaworskiemu się pokazać po odkryciu prawdy.
Gnany nieznośnym niepokojem, szukał Wojdaka w miasteczku napróżno i wreszcie wrócił do młyna pochłonięty myślą wynalezienia ratunku.
Nazajutrz od rana miał pilną robotę w magazynie i z gawęd fornali dworskich dowiedział się, że Wojdak w nocy odjechał na stacyę kolejową. Odczuł ulgę, zwłoka dawała nadzieję obmyślenia przecie jakiego sposobu zażegnania katastrofy. Miał głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że nie kto inny, a tylko on, powinien wyrwać chłopca z upadku. O południu koło młyna przejechała bryczka Baczyńskich. Baczyńska z Madzią i Jakubowiczem jechali na wesele jakiejś krewnej w sąsiedztwo. Jaworski poczuł wyrzut sumienia, że wczoraj dał się unieść rozdrażnieniu i rozstał się ze starym szorstko.
— Pójdę dziś wieczorem. Będzie sam. Pomówimy raz jeszcze! — postanowił i dzień cały układał, jak mówić będzie, czem argumentować.
Ledwie doczekał wieczora, zdał robotę na starszego młynarczyka i ruszył do miasteczka. Popołudniu wieść stamtąd przyszła, że organiścina umarła. Zastał Szymborską we łzach i rozpaczy, w domu zwykły w takich razach zamęt, więc pozostał z nimi godzin parę dla pomocy i otuchy i już noc była, gdy się uwolnił.
Było już za późno, by wstąpić do Baczyńskiego, ale gdy mijał posesyę — dostrzegł smugę światła przez szparę okienicy, z izby starego, od sadu. Zdziwiło go to, furtka ku jezioru była nie zamknięta, wszedł do sadu, pod okno, chciał zajrzeć do izby. Nagle światło zgasło, skrzypnęły drzwi od ganeczku, jakaś postać wpół zgięta, wsunęła się pod nawisłe gałęzie jabłoni.
Jaworski skoczył — uchwycił go za rękaw. Tamten się szarpnął, wyrwał, ale się potknął i upadł. Tedy Jaworski całem ciałem go przygniótł i obezwładnił, i otworzył usta, by wołać pomocy, gdy poznał w szarości letniej nocy Wojdaka. Usta nie wydały dźwięku, i serce na chwilę ze zgrozy bić przestało, tamten się już nie wyrywał. Dźwignęli się obadwa — tedy posłyszał Jaworski szczękanie zębami i świszczący, dyszący oddech.
— Co tam? Co tam się stało? — spytał bez tchu.
— Nie wiem co. Nie wiem jak — uderzyłem raz — wyjąkał chłopak — Jezus — nie chciałem — nie myślałem — błagałem jak ojca — błagałem.
— Nie zabiłeś przecie. Trzeba ratować! — rzucił się Jaworski do domu. Ale Wojdak uchwycił go za ramię, trzymał oburącz, trzęsąc się jak w febrze.
— Nie, nie idź, nie idź.
— Nieszczęsny! Zabiłeś!
Wojdak osunął się na ziemię z jękiem.
Stała się chwilowa cisza — taka, że słychać było aż w drugim końcu miasteczka szczekanie psa, skrzyp zamykanych drzwi, pluskanie ryb w jeziorze, szelest nadbrzeżnych trzcin, i padanie jabłek w sadzie.
Jaworski zapatrzony w dal, coś słyszał, miał twarz skupioną człowieka, któremu mówią rozkaz: — zrazu nie dobrze rozumie, potem się wzdraga, waha — wreszcie prostuje się w rygorze posłuchu. Chwilę w tej gotowości stał, wreszcie osunął się i on za ziemię, położył rękę na głowie leżącego.
— Chłopcze, dziecko nieszczęśliwe. Jak to się stało? — spytał litośnym szeptem.
Głuche łkanie było odpowiedzią.
— Zmóż się. Czas leci. Musisz się ratować.
— Zabiłem! Niema ratunku.
— Zmóż się. Opowiedz, jakeś się dostał tutaj. Widział cię kto?
— Nie. Na drugiej stacyi wysiadłem. Leciałem bez drogi, przypłynąłem jeziorem. Wszedłem do sadu — ganek był otwarty — błagałem go — odmówił, począł wymyślać, drwić — uderzyłem.
— Czem? Broń miałeś?
— Pięścią. Chciał krzyczeć — chwyciłem za gardło — uderzyłem jeszcze raz w skroń — powalił się naprzód, chwyciłem pugilares, znalazłem weksel, wtedy zrozumiałem, że gdy z omdlenia wyjdzie, nazwie mnie. Zląkłem się, przypadłem do niego, dotknąłem, a on krwi miał pełne usta, nozdrza, i był już stygnący. Zabiłem — zginąłem.
— Nie widział cię nikt. Uchodź!
— A pan?
— Słuchaj — zmóż się. Mnie przysięgniesz troje!
— Co? Jak? Ja? panu?
— Tak. Przysięgniesz, że za tę krew coś wylał, uszanujesz odtąd wszystko żyjące. Wszystko! Rozumiesz? Będziesz szanował każdego i wszystkich. Nie ukrzywdzisz, nie sponiewierasz, nie nadużyjesz. Pamiętaj. Święty ci powinien być i nietykalny każdy człowiek!
— Boże, przysięgam! Żebym wiedział, że się uratuję?
— I przysięgniesz — że będziesz siebie szanować. Nie wolno ci żyć jak dotąd, bo wiesz, dokąd taka droga prowadzi. Rozumiesz?
— Nie wyda mnie pan? O Jezu!
— Jeśli przysięgi dochowasz — nie wydam!
— Przysięgam!
— I przysięgniesz — że coby się nie stało tutaj, ani tu wrócisz, ani pytać nie będziesz, ani wspomnisz nigdy — żeś mnie znał!
— Jakto? Dlaczego?
— Bo ja tak chcę, i tak być powinno.
— Przysięgam!
— A teraz ja ci przysięgam nawzajem, że nigdy do śmierci, nie powiem o tobie złego słowa, żeś bezpieczny w mej opiece i przyjaźni jak dziecko rodzone. Nie powiem, i nie pomyślę, bo mi cię żal serdecznie, i pewny jestem, że przed tobą inna droga, i że gdy o mnie wspomnisz, troje swych przysiąg dotrzymasz. Wstań!
Wojdak dźwignął się. Czuć było — że go po strasznem wrażeniu ogarnia jakby odrętwienie.
— Gdzie czółno? — spytał Jaworski.
— Tu, w trzcinach!
— Siadaj w nie, zostaw, gdzieś wziął, idź na kolej, jedź na posadę. Zmóż się, pracuj, zmuś się nic nie okazać. Sądu ni kary ludzkiej się nie bój. Nie będzie na ciebie żadnej poszlaki, żadnego śledztwa, najmniejszego podejrzenia. Jedź, czas nagli!
— Ale za co, dlaczego pan chce mnie ratować? Nie wart jestem. Zabiłem!
— Kto z nas nie zabójca — jeśli nie ciała to duszy bliźniej. Tego się strzeż, tego się waruj, śpiesz! I pamiętaj, coś przysiągł. Dlatego cię ratuję. Prędzej!
Wojdak jak automat poszedł ku jezioru. Jaworski chwilę nasłuchiwał plusku oddalającego się czółna — potem wszedł do domu.
Zabłysło znowu światło przez szparę okienicy, zabawił w izbie nie więcej kwadransa, i wyszedł napowrót nad jezioro.
Łodzi już i śladu nie było na wodzie, i znowu trwała cisza nocna w oddali, to tu, to tam, ozwały się północne kury. Miasteczko spało twardo. Jaworski skręcił w uliczkę, do rynku i po chwili zakołatał w okno policyjnej kwatery.
Otworzył mu zaspany strażnik.
— A co tam? Czego?
— Przyszedłem do naczelnika. Nieszczęście się stało. Zabiłem Baczyńskiego.





XI.

Odczuł Adam Jaworski jakby uderzenie o piersi — kłębu czystego — mocnego, górskiego powietrza. Chwilę się czuł jakby pijany od tego wrażenia, a gdy oprzytomniał — ujrzał przed sobą ranek wczesny, na letni dzień pogodny — i stał na drodze idącej w góry. Mgły jeszcze nocne stały między nim, a dniem, który wschodził — a od zarania mgły te były opalowe, bursztynowe, różane, a przesiąkłe były wonią balsamu pąków i woni kwietnej, i rozśpiewane były ptaszym hejnałem. Stanął, i rozprostował się, w całą pierś wetchnął tę woń, tę rzeźwość poranku, aż mu zadygotało serce napływem siły i radości, aż wyciągnęły się ramiona w porywie szczęścia na to piękno, które oglądał, pił, chłonął całą duszą.
A mgły opadały w doliny — i przed jego zachwyconemi oczami — góry występowały — całe w złote słońca — utkane w kwiaty — w zieleń, we wszelkie barwy skalistych pokładów.
I stał na drodze, która ślimakiem — ponad zboczami wiła się ku szczytom — i tą drogą tłum szedł — mozolnie powoli — jakby niechętnie — a z musu.
Rozejrzał się w tych ludziach — i począł witać rozpromieniony radością spotkania, bo długo ich nie widział.
Pozdrowił Samolika zajętego łupaniem kamieni na szosę, i przysiadł przy nim na głazie.
— Spocznij — daj mi młotek, pomogę ci! — rzekł.
— Maszże jeszcze moc — po więziennym chlebie! — tamten z ubolewaniem, z niedowierzaniem rzekł:
— Mam moc, że zda się, skały te bym nosił! Robiłbym za dziesięciu, tylko — że mi trzeba tam iść! W górę.
A gdy bił kamienie z uciechą okrutną — przystanął przy nim Własow ze swą artelą, i poczęli mu ręce ściskać — radować się.
— Karluszka brat! Wypuścili ciebie na wolę. Chwała Bogu. Zostań-że z nami. Mocny ty, kiedy cię robactwo turemne nie zjadło.
O jakiem oni mówili robactwie, kiedy on się czuł taki czysty, zdrów, mocny — i tak go rwało — dalej!
Nie mógł z nimi iść tak wolno — wyprzedził.
I znowu spotkał Jankowskiego, siedzącego na brzegu drogi — i tak mu się ucieszył, że go ramieniem objął, uścisnął — i tak w objęciu spojrzeli sobie w oczy — przez mgłę z łez — i chwilę szli razem, aż się zgubili w tłumie — a wpodle siebie ujrzał Jaworski starego Lejbę Minca i Kacperskiego stolarza.
Witał, śmiał się do nich, pytał, odpowiadał, ale nie mógł długo bawić, bo go coś pędziło, rwało, niosło — dalej — wyżej.
A wreszcie zdało mu się — że cały tłum zna, kocha, każdego pozdrawiał, każdemu chciał usłużyć, każdemu pokazywał jasność — co się jarzyła na szczycie gór, i mówił:
— Tam trzeba nam wszystkim być.
— Gdzie? Nie widzę. Ciężko! Daleko! — odpowiedziały głosy.
— Nic to! Dojdziem! — mówił i oczy mu pałały.
Wyprzedzał ich, oglądał się, wołał — ale droga była zda się bez końca — tak nieznacznie się podnosiła — więc spojrzał w bok — na ścianę skalną, i zobaczył ścieżkę stromą — prostkę. Zatrzymał się. Moc miał, ale go chwycił chwilowy zawrót głowy — zawahał się.
A wtem ujrzał obok siebie Władka Wojdaka.
— Pomożesz mi! Stój tu przy skale. O ciebie się oprę — wskoczę — het — na tę ścieżkę. Tam mi trzeba, na szczyt.
I znalazł się ponad wygodną drogą, wśród skalnych złomów i jął się piąć prostopadle, po gzemsach góry!
Jakie tam kwitły kwiaty — i jakie wody były w źródełkach — i jakie ptaki w szczelinach słały gniazda — i był sam.
Na szerszy próg się dźwignął i stanął.
Dzień się już robił — i miał pod sobą obszar ziemi słońcem zalany — i miał w sobie pieśń ciszy!
— Spocznij! — rzekł jakiś głos.
Ujrzał postać z połą szaty, zarzuconą na oblicze i ramiona do niej wyciągnął.
— Błogosławiony bądź — żeś mnie wiódł w ten świat, — rzekł przez łzy uszczęśliwienia, korząc mu się do stóp. A On mu ręce złożył na głowie, z której włos był zgolony — i która pokryta była wstrętnemi ranami, wyżartemi przez robactwo i brud.
— Radujesz się życiem? — spytał.
— Raduję, Panie.
— Nie lękasz się śmierci?
— Nie, Panie.
— Nie trudno ci miłować wszystko i wszystkich?
— Miłuję, Panie.
— Nie masz się za lepszego — od tamtych — na dole?
— Tyś, Panie z każdym. Doliny Twoje i góry! Zali wiem — kto mnie wyprzedzi? Ale wiem — że mnie do szczytu — jeszcze długa droga.
— Nie trać mocy, idź. Atma będzie z tobą! A dam twym oczom, by mnie widziały w każdej rzeczy, w każdej chwili. Szatęś wybielił, synu!
I przeszły dłonie po odzieży jego brudnej, cuchnącej, pełnej plugastwa, po członkach jego wychudłych, zeskorupiałych od niechlujstwa, stoczonych nędzą. Ale Jaworski czuł się czysty, mocny, radosny, jak ten letni dzień i ten błękit nieba, więc oczy do Niego podniósł i rzekł:
— Błogosław, Panie, tak wszystkim, jakeś mnie błogosławił i niech cię każdy zrozumie, jako ja! I daj wszystkim moją radość czuć i szczęście.
— Powiadaj ją, śpiewaj tym dolinom! — rzekł głos.
I był Jaworski znowu sam na skalnym progu, wśród górskich kwiatów, w słoneczności i woni letniego dnia i począł śpiewać, jak ptak wśród błękitu.
— Karliński! No, obudźże się — ktoś go trącał, wstrząsał, szturgał.
Zdało mu się, że oczy zamykał, a on je otworzył i nie rozumiał, co się z nim stało, gdzie jest, kim jest, czego od niego chcą.
Karliński? Kto to? Aha, to ten robotnik, pijak, co umarł w szpitalnej izbie, przy barakach w Zbylczycach.
Prawda. Izba bielona, pusta, drewniana prycza, okno niewielkie, wysoko nad ziemię, a w niem łuna zachodu słońca. Karliński umiera, a za ścianą piskliwy głos Jagusi kucharki zawodzi:

O mój Jasinku, na rany Boga
Słońce zachodzi, daleka droga!

— Karliński! Czort! Upiła się kanalia! Wstawaj! Wołają ciebie.
Brutalna dłoń szarpnęła go za ramię, poczuł pięść na żebrach. Zerwał się.
— Co to? Przecie po sprawie, po wyroku! Czego chcecie? Nie będzie już śledztwa?
— Co ty? Chory, czy pijany. To ja, Semeniuk! Wstawaj, wołają cię. Masz odwiedziny! Żona do cię przyszła!
— Żona!
Usiadł na pryczy, oprzytomniał. Ujrzał wyraźnie więzienną izbę, towarzyszy skazańców, leżących pod ścianami, dozorcę Semeniuka.
Żona! Prawda. W paszporcie Karlińskiego była adnotacya »żonaty« i miał Jaworski dotąd, ukrytą na sznurku na szyi obrączkę, wykupioną niegdyś przed laty, od żyda gałganiarza.
Odziedziczył matkę, odziedziczył żonę.
Jakże znalazła jego ślad w morzu szarej ćmy roboczej bezimiennej? Prawda, był mordercą, pisano o nim w gazetach, mówiono ze zgrozą, szeroko. Musiała się dowiedzieć wypadkiem i przyszła. Po co? Nie da jej schronu, ni opieki. Zresztą Ona nie ślepa. Ujrzy, że się omyliła, rada będzie, że ten zbrodniarz jej obcy.
Wstał i poszedł za dozorcą. Semeniuk napowrót izbę zaryglował, i rzekł z cicha:
— Idź sam. Kobieta czeka w izbie, przy sieni wchodowej. Ja mam robotę. Przyjdę za pół godziny.
— Dziękuję wam! — odparł.
— Nu, nic. Ja tobie wierzę!
Jaworski minął korytarz — otworzył wskazane drzwi. Izba była niewielka, i za wyjątkiem jednej ławy pod ścianą, pusta.
Teraz ją całą zalewał złoty zachód, bijąc w okratowane okno, i w tym blasku stała kobieta wpatrzona w drzwi.
Gdy stanął w progu, odrazu się oczami objęli, i on pozostał skamieniały, ze wzrokiem jakby olśniałym — znowu, zda się, przeniesiony w ten inny świat, w którym był przedtem, nim go zbudzono.
Jakiś wyraz poruszył jego wargi, bez dźwięku, całe złoto i szkarłat słoneczny miał w źrenicach. Czy to trwało minuty, czy życie całej wieczności istnień i wspomnień.
— To ty... — rzekła kobieta, bez dziwu, bez grozy, nie pytająca, nie wątpiąca — spokojna.
— Atma! — wyrwał mu się głos, jak promień.
Zatopili w sobie oczy, aż w dusze, w serca w głębie Boskiej ciszy, i nie mieli więcej słów.
Usiedli na ławie — splotły się dłonie w uścisk — skroń o skroń się wsparła — zapatrzyli się w słońce za kratą, i mieli twarze skupione, w coś wsłuchane, wszystko widzące i rozumiejące.
Na korytarzu rozległy się kroki, brzęk kluczy, na progu stanął Semeniuk.
— Karliński, idź na swój numer. Zaraz wieczorna rewizya.
Powstali. Wtedy przemówiła:
— Kiedy stąd odchodzimy?
— Pojutrze, rano — odparł i po chwili dodał:
— Razem.
— Już zawsze! — rzekła z promiennym uśmiechem.

16 Grudnia 1910 r.



KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.