Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śmiem spojrzeć na żonę — nie mam przyjaciela — cięży mi jak kamień — pieniądz.
Muszę wszystkiego odejść, wszystkiego się wyzbyć, nie istnieć tutaj — nawet was nie mieć.
Już interesa swe uregulowałem, już się wyzwoliłem z wahania i bojaźni, już czuję, że kędy idę — dobrze idę.
Zachowajcie me miejsce wśród was — niech waszą moc czuję duchem — na ciężką idę pokutę — na drogę, z której wrócić nie będę mógł — coby się nie stało — cobym nie znosił.
Większą część funduszu przepisałem na ciebie, bracie — niech wróci do ojcowizny i idei, której stróżujesz — reszty niech Atma użyje na jaką sprawę dobrą — ja z sobą biorę tylko waszą naukę — swoją shańbioną duszę — i swą wolę i postanowienie, by choć u kresu jedno z Wami być, i odnaleźć was z tamtej strony. Wiem, że nie zmartwi, a ucieszy Was ta ostatnia tutaj wieść o mnie, bo gdy to piszę, schodzi na mnie i od wielu czasów raz pierwszy — jakby otucha i nadzieja — i moc w mej słabości. Żegnajcie i bądźcie błogosławieni«.
Podpisał — i zamknął list w kopertę — a potem począł ostatecznie porządkować w biurze.
Palił jedne papiery, składał inne, przechodząc po kolei szuflady — długo w noc paliła się lampa w gabinecie.
Zwykłym trybem zeszedł dzień następny — wieczorem Jaworski kazał przygotować konie na nocny