Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tąd nie mógł na wypoczynek wyjechać, ani często odwiedzać sąsiadów.
Dnie spędzał w biurze — wieczory w pustym domu. Z resztą innych lat było prawie tak samo. I tak samo jak zwykle pewnej nocy lampa oświetlała gabinet, i przy biurze Jaworski pisał. List to był.
— »Bracie — gdy to czytać będziecie — pójdźcie do krynicy — gdzieście mnie zeszłej wiosny uczyli Mądrości i Prawa — i wysłuchajcie mnie raz ostatni. W tem życiu już się nie spotkamy.
Nie jestem już tak bezrozumny, bym zabijał ciało myśląc, że duszę zabiję. Ale też nie mogę dalej tak żyjąc — jej mordować, ani jestem w stanie w stosunkach i warunkach dotychczasowych czekać kresu. Cuchnę sobie — jak trup, duszę się w męce, jestem w szponach zmory — jak potępieniec. Co zmyje ze mnie krew człowieczą, którą jestem obryzgany — jak zbrodniarz, co mnie obroni przed głosem oskarżyciela, który mi mówi: chciałeś w życiu tylko sławy, tylko użycia, tylko zbytku — tylko złota i władzy.
Kłamałeś szlachetność, uczciwość, miłość, przyjaźń — sam zdrajca, wiarołomca, złodziej — uczyniłeś sąd, wydałeś wyrok nad żoną — zabiłeś człowieka, który ośmielił się ją pokochać, gdyś ty ją lekceważył i opuścił.
Teraz, tak idąc, tak żyjąc — jestem bez mocy, by winy naprawić. Nie wrócę zmarłemu życia, nie