Atma (Rodziewiczówna)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Atma
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Na posiedzeniu dorocznem akcyonaryuszów cukrowni »Zbylczyce« administrator, Adam Jaworski, po przedstawieniu rocznego sprawozdania, podał parę wniosków, proponując wyasygnowanie sum dla przebudowy baraków roboczych, oraz poprawy bytu służby i oficyalistów. Zebrani zmęczeni już byli długą sesyą, zadowoleni z procentów od akcyi, zresztą głodni, więc prawie bez dyskusyi udzielili żądanej sumy.
Ale po obiedzie i rozwadze ozwały się krytyki, zdziwienie i debaty — jaki miał powód Jaworski, a raczej jaki w tem interes — i zdecydowano, że ponieważ najbliższa cegielnia była w jego majątku, chodziło mu o zbyt cegły po dobrej cenie. Pogadano trochę o tem, naodgrażano się, że trzeba ściślej pilnować administracyi i kontrolować ceny materyałów, nawyrzekano na synekury i protekcye w zarządzie i rozjechano się do domów.
Adam wrócił też na wieś, ale nie do Zbylczyc. Dojeżdżał tam tylko co dzień, do biura, a zamieszkał w swym własnym folwarku, w którym dotychczas bywał tylko jako kontroler rządcy.
Właściwie nie znał tej ziemi. Kupił ją i traktował jako interes, zajmowały go dochody i rozchody tylko. Teraz urządził sobie na mieszkanie parę pokoi w opuszczonym dworze, osadził ogrodnika, zajął się parkanami i drzewami — chciał być u siebie. Nikt mu nie przeszkadzał, bo żona z teściową bawiły u wód, prezes był w Karlsbadzie, a Ignaś szukał kędyś po świecie bogatej dziedziczki.
W okolicy rozeszły się wieści, że Jaworscy się rozwodzą i że on, korzystając z nieobecności teścia, ściąga, co może, do własnego majątku, — ale tych plotek on nie słyszał, a ze znajomych nikt go o powód zmiany rezydencyi nie śmiał pytać.
Pewnego dnia, gdy wcześnie rano przyjechał konno do fabryki, i obejrzawszy robotę nowych budynków, wstąpił do biura, zastał tam nieznajomego młodego mężczyznę, który mu się przedstawił jako Józef Wojdak, kandydat na chemika.
W przeddzień właśnie umówiony na tę posadę przysłał mu list, że pozostał na dawnem miejscu, — więc Jaworski rozpoczął egzamin nowozgłaszającego się, obserwując go przytem uważnie.
Powierzchowność była sympatyczna. Złożył bardzo pochlebne świadectwa i rekomendacye, z odpowiedzi znać było, że fach swój dobrze posiadał, wymagania miał umiarkowane. Przypomniał sobie wtedy Jaworski, że już o nim coś słyszał od Ignaca — i spytał, czy znał młodego Tauberta.
Wtedy Wojdak na sekundę się zmieszał — oczy jego stalowe, zimne, utkwiły w pytającym, gdy odpowiadał powoli, ostrożnie:
— Właściwie... trudno to nazwać znajomością. Państwo Taubert mieli wieś w Tomaszowskiem, a mój stryj był tam proboszczem przez lat kilka. Bywałem u stryja na wakacyach, byłem razy parę zaproszony do dworu, aleśmy stali tak daleko... socyalnie.
— Jak pan to rozumie?
Nikły uśmiech przemknął po twarzy badanego.
— Zupełnie prosto. Nie mieliśmy wspólnych prac, ani stosunków.
— Mam nadzieję, że jeśli pan tu posadę obejmie, nie będzie pan tego zdania stosował do mnie, naprzykład. Pracę będziemy mieli wspólną i stosunki pragnąłbym zachować przyjazne.
Wojdak ukłonił się w milczeniu i poczerwieniał.
Zdało się Jaworskiemu, że go tem sobie zjednał.
Przeszli do szczegółów umowy, do warunków drobniejszych — i po godzinie Wojdak się pożegnał z tem, że za tydzień przyjedzie już na stałe.
Przyjechał wcześniej o dzień i zabrał się do roboty. Był niesłychanie pilny, pracowity, w stosunku z kolegami gładki i uprzejmy, towarzysko wyrobiony, gotów każdemu dogodzić, usłużyć, wyręczyć, względem Jaworskiego uprzedzająco giętki, zgadujący zda się, myśli.
Pierwej te doskonałości właśnie wzbudziłyby nieufność i podejrzenie, ale teraz Jaworski postanowił ludzi kochać i wierzyć, więc cieszył się Wojdakiem — tem bardziej, że to był pierwszy nowy człowiek, który mu w życie wchodził, a pamiętał słowa Atmy, że ludzie się nie spotykają przypadkiem, że czemś są dla siebie.
Zrozumiał, czuł, że spotkał przyjaciela — i odtąd zwykle względem oficyalistów urzędowo tylko grzeczny i stanowczy — tego pierwszego traktował jako kolegę. Rozmawiali ze sobą o sprawach społecznych, o położeniu i obowiązkach pracy i kapitału, o rozwiązaniu sporów i kwestyi klasowych, o zmianach i poprawie stosunków.
Wojdak rozumiał to wszystko i zdanie miał mniej stronne, gdyż ojciec jego sam posiadał fabrykę — dużą cegielnię pod Łodzią, a on musiał służyć i dzieciństwo miał ubogie i ciężkie.
Urzędnicy fabryki, wyżsi oficyaliści, znajomi, sąsiedzi, nawet służba, zauważyli w Jaworskim zmianę: wydawał się młodszy, był weselszy, w interesach i stosunkach względniejszy i miększy.
On sam określał stan swej duszy w listach do Atmy, które pisywał co dzień wieczorem:
»Mam wrażenie człowieka, który spędził czas pewien w górach; ma płuca jeszcze pełne czystego powietrza, oczy pełne szerokich widoków. Lub czasem mam uczucie rekonwalescenta po ciężkiej chorobie — bezmierna rozkosz zdrowia, pragnienie życia. Cieszy mnie wszystko i mam bezgraniczną życzliwość dla całego świata. Rozumiem szczęście!«
Otaczający go inaczej tłómaczyli zmianę usposobienia:
— Musiał zrobić jakiś świetny interes — mówili jedni.
— Szczęśliwy, że nie ma nad karkiem Taubertów.
— Ma nową kochankę.
— Zachorował na popularność. Do czegoś mu to potrzebne.
— Tajemnicza jakaś gra. Trzeba się mieć na baczności.
Takie były zdania i uwagi, pozornie różne, a tak w gruncie jednolite.
Ludzie potrafią mówić o wszystkiem, tylko o bliźnim nie potrafią mówić — bliźniego się tylko obmawia. Jedyną w tem pociechą jest, że obmawiany nie dowie się prawie nigdy, jakim jest w ustach »przyjaciół« — i dlatego i Jaworski mógł co wieczór pisać do Atmy: »Świat jest piękny, ludzie są dobrzy — będę dobry!«
Pierwszem tchnieniem dusznych nizin był Ignac.
Przyjechał niespodziewanie — zgrany, zhulany, bez grosza, ze zwykłym zamiarem »naciągnięcia« szwagra.
Nie znalazł go w fabryce, rozmówił się z Wojdakiem i wieczorem pojechał do Zacisza Jaworskiego.
— Co to? Chcesz się nareszcie dobrać do posagu Anielki? Targujesz jakie dobra?
— Ja? — zdumiał zupełnie szczerze Adam.
— Ano, żeś ten skandal urządził?
— Jaki znów skandal?
— Żeś się ze Zbylczyc wyniósł.
— Co to ma do posagu Anielki, że chcę być u siebie?
— No, no, no! Gadaj to dutkom. Zanadto się dobrze znamy. Rozumiem twoją grę. Musisz mieć wielką aferę w projekcie; zamiast pożyczać u obcych, wolisz mieć kapitał żony w swem rozporządzeniu. Powiesz starym, jak wrócą: »dajecie kapitał — wracam do Zbylczyc, nie dajecie — siedzę tu u siebie, a wy się udławcie pieniądzmi i skandalem«.
— Dlaczegóż ma być skandal? Anielka tu ze mną mieszka.
— Anielka! Bez mamy! Mama bez starego! Stary u ciebie!
Ignac począł się śmiać, aż się za boki trzymał.
— Słuchaj, nie zawracaj mnie gitary! — rzekł, gdy się uspokoił.
Jaworskiego myśl zeszła naprawdę na ziemię, pierwszy raz od powrotu z rodzinnego domu — i umilkł; miał wrażenie, że upadł z wysoka, i bał się poruszyć, żeby się nie przekonać, jak boli potłuczenie.
A Ignac, tryumfujący tem milczeniem, prawił:
— Ha, no! gra ryzykowna, ale żeś bajecznie szczęśliwy, może ci się i uda. Tylko trzymaj się twardo! Niech stary oddaje posag. Ależ będą hece!
I śmiał się — śmiechem złośliwego satyra.
— Jabym nie miał odwagi. Nie! Jeszcze stary... pół biedy, ale mama!
Pod wpływem pierwszego impulsu Jaworski chciał mówić, zakołatać do tej duszy, wyjaśnić swe zamiary, wyjaśnić myśli, — ale przypomniał sobie słowa indyjskiego mistrza: »niech mędrzec nie mąci głowy głupca« — i milczał dalej, szukając, czemby uwagę Ignaca odwrócić od siebie, znaleźć przedmiot potocznej rozmowy.
— Twój protegowany, Wojdak, jest w Zbylczycach — rzekł.
— Widziałem go. Ciekawy jestem, czy będzie pisał sonety do Anielki. Nie masz pojęcia, jaką miałem uciechę z tego amoru z plebanii. Pisał wiersze, nosił kwiaty, nie jadł, spacerował o księżycu pod płotem dworskiego ogrodu, zaglądając z daleka w jej okno.
— A Anielka?
— Nie bądźże przypadkiem zazdrosny. Anielka tyle na to reagowała, co słup telegrafu na miłosną depeszę.
— Powinieneś był, w każdym razie, opowiedzieć mi to wcześniej.
— Po co? — ruszył Ignac ramionami.
— A jeżeli on te uczucia zachował?
— Wątpię, żeby był dotąd tak głupi. Było to lat temu dwanaście. Czy kto pamięta, w kim się kochał temu dwanaście tygodni?
Ziewnął, rozwalił się na otomanie.
— Ja tu u ciebie zostanę na noc — oznajmił. — Nie wiesz, kiedy się familia zwlecze?
— Za parę tygodni prawdopodobnie.
— Przyjadę wtedy extra, żeby ci dopomódz.
— W czem, — u licha! — oburzył się Jaworski. — Żadnych awantur nie będzie. Chciałbym, żeby Anielka tu ze mną zamieszkała...
— Ciekawy jestem, po co ci ten ambaras. Masz idealny dom i choć trochę swobody, i leziesz w chrzan. No, naturalnie, ona i matka wezmą cię z taką propozycyą za kata, a ojciec za waryata. Musi być awantura.
— Nie. Jeśli odmówią, wrócę do Zbylczyc.
— A tu zostawisz sobie ten dom urządzony. Aha! Zrozumiałem! To bardzo cienko obmyślane i urządzone. Znalazłeś coś extra? Prawda? A może czarna Stefa? Co?
Jaworski wstał i otworzył okno. Do pokoju, pełnego dymu i cygar, wszedł prąd czystego powietrza i zapachu lip z ogrodu.
— Cóż ta panna z Podola? Żenisz się? — spytał.
— Niema głupich! Okazało się, że tam córki biorą czternastą część funduszu. Bardzo to dobre prawo dla sióstr, ale złe dla żony. Dostałbym dwadzieścia tysięcy. Kiepskiej gorzelni niema za co postawić.
— A panna?
— Cóż panna! Nie uważałem. To żaden towar. Kochanką nie będzie, żenić się niema interesu. Chcesz, żebym taką oglądał! Słuchaj-no, głodny jestem i koniakubym wypił. Jutro pojadę do Stasia na karty, a pojutrze do Warszawy. A ty? Dawno tam byłeś?
— Dawno.
— No, więc gdzie trzymasz?
— Dajże mi święty spokój!
— Nie chcesz gadać, to nie. W każdym razie licz na mnie, jak familia wróci. Wygodnie ci będzie mieć mnie wtedy do pomocy i za parawan.
Jaworski i tę ofiarność przyjaźni zbył milczeniem.
Ignac zjadł, przespał się, wziął od niego paręset rubli, które przegrał nazajutrz w karty, wziął jeszcze sto na drogę i pojechał do Warszawy — i tegoż wieczora Adam pisał do Atmy:
»Mam płuca jakby odymione, mam duszę jakby zimną mgłą jesieni osnutą. Boję się, że życia zwichniętego nie naprostuję, obowiązków dawnych nie zdołam przypasować do pojęć prawdy i dobra. A przecie chcę być dobrym, chcę wytrwać! Bądź ty ze mną!«
Ody otrzymał wieść o przyjeździe żony i teściowej, pojechał do Warszawy. Spotkał panie na dworcu. Wyrzucał sobie teraz, jako ciężkie przewinienie, swe małżeństwo dla interesu, kłamane przysięgi wiary i miłości, obojętność i opuszczenie kobiety sobie poślubionej. Miał teraz duszę pełną dobrej woli, gotowość ofiarną być najlepszym towarzyszem i mężem. Wydawała mu się łatwą i możliwą zmiana życia i stosunków. W tem usposobieniu wszedł do wagonu, szukając oczami żony.
W progu spotkał inną kobietę, tak piękną i tak elegancką, że wzrok na niej zatrzymał — i ona nań spojrzała, dłużej, niż wypadało, — bo gdy się usunął, by jej zrobić miejsce, już ją zapamiętał.
Teraz z kolei wychyliła się z wagonu Taubertowa, wołając tragarza, a zobaczywszy zięcia, nie okazała wielkiej radości, tylko podając mu majestatycznie rękę do pocałunku, rzekła:
— Podobno w Warszawie panuje szkarlatyna?
— Nie wiem.
— Ty nigdy nic nie wiesz — mruknęła.
— Gdzież Anielka? — spytał niecierpliwie.
— Czy mama wzięła torebkę? — usłyszał głos żony z przedziału, i nareszcie ją odnalazł, tak zajętą zbieraniem rzeczy i umocowywaniem roztrzęsionego pudła z kapeluszami, że nawet oczu na niego nie podniosła.
— Ach, to ty! — rzekła spokojnie. — Wiesz, miałyśmy okropną biedę z rewizyą na granicy. Kazali nam płacić cło za gotowe bluzki. Wyobraź sobie!
— Jakże ci Wiesbaden posłużył? Pokaż się, jak wyglądasz? — rzekł serdecznie.
— Miałyśmy bardzo miłe towarzystwo, sama arystokracya. Ale droga strasznie męcząca i ta rewizya. Mamo! gdzie mama? Ach! Boże! Pudełko mi pognietli. Do czego podobne muszą być kapelusze!
— Nie męcz się. Załatwię ci wszystko. Powóz czeka. Niech panie siadają. Musisz być zmęczona drogą...
Chciał jej podać ramię na peronie, ale teściowa objuczyła go tobołkami, a sama z córką poszła naprzód.
Gdy wsiadali do powozu, panie ukłoniły się lekko kobiecie, którą zauważył w wagonie.
— Kto to taki? — spytał.
— Ach, znajomość z wagonu. Bardzo była dla nas uprzejma na granicy — rzekła Anielka.
— Wygląda na szpiega! — syknęła Taubertowa. — Bardzo podejrzane te jej stosunki na komorze.
— Polka?
— Nie. Mówiłyśmy tylko po francusku.
Za przybyciem do mieszkania, panie zajęły się toaletą, wypoczywały, rozpakowywały stroje, wcale się o Jaworskiego nie troszcząc. W nim gasł ofiarny zapał, najlepsze postanowienia i zamiary, a budziło się rozdrażnienie, bunt, lub opadało bezmierne zniechęcenie. Nie wierzył w skutek dobry, ale postanowił rozmówić się z żoną stanowczo o dalszem życiu.
Dwa dni napróżno czekał sposobności, na trzeci wreszcie Taubertowa poszła do dentysty — małżonkowie zostali sami.
— Odebrałaś mój list o nabyciu Zacisza? — zagaił.
— Odebrałam. Mama mówi, żeś przepłacił po trzysta rubli na włóce.
— Mniejsza. Nie o to idzie. Ale czyś się ucieszyła?
— Ja? Ano, pewnie — rzekła obojętnie.
— Mamy swój własny dom, własną ziemię!
— A pocóż ci to? Przecie domu nie potrzebujesz?
— Jakto? Kupiłem dlatego, żebyśmy tam zamieszkali.
— My? Mama się na to nigdy nie zgodzi.
— Ano, to zostanie z ojcem w Zbylczycach!
Przerażenie odmalowało się na apatycznej twarzy Anielki — obejrzała się na drzwi, jakby szukając matki.
— A ja? — wybąkała.
— Pisałem ci przecie: Mamy dom. Rozumie się, że w nim zamieszkamy, że będziesz w nim panią i gospodynią.
— Boże mój! Dlaczego mamy to robić? Dla rodziców będzie to straszny cios.
— Ale ty, ty! Nie wolałabyś być u siebie? Nie rozumiesz, że i dla mnie te dotychczasowe warunki mogą być krępujące i uciążliwe?
— Ależ dlaczego? Masz przecie zupełną swobodę, jesteś traktowany jak syn. Masz rodzinę!
— Znajdujesz, że mi nic nie brak, gdy mam mnóstwo roboty, wikt i opierunek. Nawet u Żydów zamężne dzieci nie zostają całe życie przy rodzicach.
— Moja rodzina nie jest żydowską! — oburzyła się.
— Więc nie wiem, w jakim szczepie ludzie dorośli, sobie poślubieni, mają tkwić przy rodzicach, kiedy mają własny dom i obowiązki.
— A jakichże ja obowiązków nie wypełniam?
— Żadnych, i co gorsze, że się do żadnych nie poczuwasz. Kupiłem majątek dlatego właśnie, że muszę ci dać pole do pracy i jakiś cel w życiu. Myślę, że ci przecie nie wystarcza takie wegetowanie próżniacze, że musisz mieć przesyt i nudę z tego bezcelowego podróżowania i strojenia się.
— Nazywasz bezcelowem podróżowaniem, jeśli wydaję czasami dla kuracyi własnej lub dla towarzystwa mamy, która oprócz mnie nie ma żadnej opieki; a jeśli się ubieram przyzwoicie, to robię to dla ciebie. Nie mogę być szurgotem i abnegatką. Zresztą ubieram się i jeżdżę za swoje pieniądze.
Tu zaczęła się trząść i szlochać, łamiąc ręce rozpacznie.
— Anielko, zastanów się! O co, dlaczego tak się wzruszasz? Czem cię dotknąłem? Przecie nie możesz brać mi za złe, że chciałbym z tobą żyć, pracować, jak wszyscy ludzie żonaci, mieć własny dom.
Pochylił się, chciał ją ująć za rękę. Usunęła się, wołając wśród łkań:
— Chcesz mnie zabić, zadręczyć... nie masz serca, litości. Ach, ja nieszczęśliwa!
Wstał zniecierpliwiony.
— A więc zostań! Nie zmuszam cię, ani żądam ofiar. Będzie, jak chciałaś!
Wyszedł z pokoju, z domu, na miasto — załatwił parę interesów, pojechał na kolej — wprost do Zacisza, przygotowany na walkę.
Cisza trwała jednak cały tydzień — aż wreszcie pewnego dnia, gdy pracował w biurze fabryki, zjawił się stary Taubert.
Przywitali się, rozmówili o bieżących sprawach, jak dwóch solidnych spólników, a gdy się temat wyczerpał, teść rzekł:
— Anielkę zostawiłem w Warszawie ciężko chorą.
— Taak? Więc nie posłużyła jej kuracya?
— No, szczególnie ty jej zaszkodziłeś. Jest okropnie roznerwowana. Płacze bezustannie, nie sypia, nie ma apetytu.
— Skądże moja w tem wina?
— Podobno zrobiłeś jej okropną scenę. Wymagałeś, żeby zajmowała się u ciebie nadzorem nad udojem mleka i chowem trzody i drobiu. Zabroniłeś jej widywania matki, zarzucałeś marnotrawstwo i lekkie zachowanie w towarzystwie, no i zwymyślałeś ją... od mecherów.
— Ani jedno nie jest prawdą. Chciałem, żeby zamieszkała ze mną, u mnie; odmówiła... ustąpiłem. Zamieszkam u siebie... sam.
— Chcesz zatem skandalem ją zmusić do twej fantazyi? Chcesz nas pozbawić dobrego imienia. Za wszystko, cośmy dla ciebie uczynili, czem dla ciebie byliśmy! Anielka tego nie przeżyje! Ha no, trudno! Jesteś mężem! Masz prawo i władzę. Musimy ustąpić, ochronić dziecko przed pręgierzem opinii.
Rozłożył desperacko ręce, stęknął i opuścił pokój jako ofiarny, szlachetny ojciec i głowa rodu.
W parę dni potem Adam został wezwany do Warszawy alarmującą depeszą: »Anielka ciężko chora, przyjazd rychły konieczny.«
Znalazł dom pełen doktorów, grobowych min, płaczów, spazmów teściowej i różnych kuzynek, ogólną panikę.
Wola jego i postanowienie rozbiły się wobec tego. Gdy go wpuszczono do chorej, ustąpił zupełnie, przeprosił nawet, obiecał, że zostanie wszystko jak dawniej, że jej nic nie nakazuje, nic nie żąda.
Po długich, długich ceregielach dała się przebłagać, uspokoić, obiecała, że zapomni to przejście, że wpłynie na rodziców, by także mu wybaczyli, wrócili do łask. Nadmieniła jednakże, że powinien i ich przeprosić; ale może czując dyplomacyę kobiecą, że struny nie należy przeciągnąć, nacisku na ten warunek nie kładła.
Okazało się, że choroba jej miała powód tak zwany »moralny«, bo po tem zwycięstwie zaczęła bardzo prędko przychodzić do siebie — i po tygodniu szwaczki i modniarki zajęły miejsce doktorów i pielęgniarek — dom wrócił do zwykłego trybu życia — i po dwóch tygodniach, gdy Adam odjeżdżał, otrzymał łaskawą wiadomość, że może oczekiwać rodziny za dni parę w Zbylczycach.
W przeddzień tedy tego przyjazdu pożegnał swą efemeryczną sielankę w Zaciszu.
Lato się skończyło — był wieczór już chłodny, cichy, jakby konający, z nieba obrywały się gwiazdy. Ni ptaków słychać było, ni owadów, ni pulsowania wiosennych soków.
Długo w noc siedział Adam na schodach ganku starego dworu, objęty bezmiernym smętkiem i apatyą. Znowu życie leżało przed nim bez barwy, bez zainteresowania głębszego, bez celu. Czuł, że skazany jest na donoszenie go, jak kary za coś przeszłego, bez nadziei czynu dobrego w myśl Prawa.
Spętany był tysiącem nici, pozornie słabych jak pajęczyny, a mocnych jak stal, ciężkich jak ołów. Na stole w pokoju paliła się lampa, bielał arkusz papieru, na którym chciał pisać do Atmy — i nie mógł.
Zgarbiony, z obwisłemi ramiony, czując nudę, dławiącą za gardło, wstręt do tego jutra, patrzał na ćmy, zlatujące się do płomienia, ginące w żarze i nawet im zazdrościł złudy, sam niczego nie pragnąc w tej chwili.
Jakże daleką była krynica braterska i ta siła życia, którą tam pił!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.