Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie znalazł go w fabryce, rozmówił się z Wojdakiem i wieczorem pojechał do Zacisza Jaworskiego.
— Co to? Chcesz się nareszcie dobrać do posagu Anielki? Targujesz jakie dobra?
— Ja? — zdumiał zupełnie szczerze Adam.
— Ano, żeś ten skandal urządził?
— Jaki znów skandal?
— Żeś się ze Zbylczyc wyniósł.
— Co to ma do posagu Anielki, że chcę być u siebie?
— No, no, no! Gadaj to dutkom. Zanadto się dobrze znamy. Rozumiem twoją grę. Musisz mieć wielką aferę w projekcie; zamiast pożyczać u obcych, wolisz mieć kapitał żony w swem rozporządzeniu. Powiesz starym, jak wrócą: »dajecie kapitał — wracam do Zbylczyc, nie dajecie — siedzę tu u siebie, a wy się udławcie pieniądzmi i skandalem«.
— Dlaczegóż ma być skandal? Anielka tu ze mną mieszka.
— Anielka! Bez mamy! Mama bez starego! Stary u ciebie!
Ignac począł się śmiać, aż się za boki trzymał.
— Słuchaj, nie zawracaj mnie gitary! — rzekł, gdy się uspokoił.
Jaworskiego myśl zeszła naprawdę na ziemię, pierwszy raz od powrotu z rodzinnego domu —