Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i umilkł; miał wrażenie, że upadł z wysoka, i bał się poruszyć, żeby się nie przekonać, jak boli potłuczenie.
A Ignac, tryumfujący tem milczeniem, prawił:
— Ha, no! gra ryzykowna, ale żeś bajecznie szczęśliwy, może ci się i uda. Tylko trzymaj się twardo! Niech stary oddaje posag. Ależ będą hece!
I śmiał się — śmiechem złośliwego satyra.
— Jabym nie miał odwagi. Nie! Jeszcze stary... pół biedy, ale mama!
Pod wpływem pierwszego impulsu Jaworski chciał mówić, zakołatać do tej duszy, wyjaśnić swe zamiary, wyjaśnić myśli, — ale przypomniał sobie słowa indyjskiego mistrza: »niech mędrzec nie mąci głowy głupca« — i milczał dalej, szukając, czemby uwagę Ignaca odwrócić od siebie, znaleźć przedmiot potocznej rozmowy.
— Twój protegowany, Wojdak, jest w Zbylczycach — rzekł.
— Widziałem go. Ciekawy jestem, czy będzie pisał sonety do Anielki. Nie masz pojęcia, jaką miałem uciechę z tego amoru z plebanii. Pisał wiersze, nosił kwiaty, nie jadł, spacerował o księżycu pod płotem dworskiego ogrodu, zaglądając z daleka w jej okno.
— A Anielka?
— Nie bądźże przypadkiem zazdrosny. Anielka tyle na to reagowała, co słup telegrafu na miłosną depeszę.