Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powinieneś był, w każdym razie, opowiedzieć mi to wcześniej.
— Po co? — ruszył Ignac ramionami.
— A jeżeli on te uczucia zachował?
— Wątpię, żeby był dotąd tak głupi. Było to lat temu dwanaście. Czy kto pamięta, w kim się kochał temu dwanaście tygodni?
Ziewnął, rozwalił się na otomanie.
— Ja tu u ciebie zostanę na noc — oznajmił. — Nie wiesz, kiedy się familia zwlecze?
— Za parę tygodni prawdopodobnie.
— Przyjadę wtedy extra, żeby ci dopomódz.
— W czem, — u licha! — oburzył się Jaworski. — Żadnych awantur nie będzie. Chciałbym, żeby Anielka tu ze mną zamieszkała...
— Ciekawy jestem, po co ci ten ambaras. Masz idealny dom i choć trochę swobody, i leziesz w chrzan. No, naturalnie, ona i matka wezmą cię z taką propozycyą za kata, a ojciec za waryata. Musi być awantura.
— Nie. Jeśli odmówią, wrócę do Zbylczyc.
— A tu zostawisz sobie ten dom urządzony. Aha! Zrozumiałem! To bardzo cienko obmyślane i urządzone. Znalazłeś coś extra? Prawda? A może czarna Stefa? Co?
Jaworski wstał i otworzył okno. Do pokoju, pełnego dymu i cygar, wszedł prąd czystego powietrza i zapachu lip z ogrodu.