Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tego. Gdy go wpuszczono do chorej, ustąpił zupełnie, przeprosił nawet, obiecał, że zostanie wszystko jak dawniej, że jej nic nie nakazuje, nic nie żąda.
Po długich, długich ceregielach dała się przebłagać, uspokoić, obiecała, że zapomni to przejście, że wpłynie na rodziców, by także mu wybaczyli, wrócili do łask. Nadmieniła jednakże, że powinien i ich przeprosić; ale może czując dyplomacyę kobiecą, że struny nie należy przeciągnąć, nacisku na ten warunek nie kładła.
Okazało się, że choroba jej miała powód tak zwany »moralny«, bo po tem zwycięstwie zaczęła bardzo prędko przychodzić do siebie — i po tygodniu szwaczki i modniarki zajęły miejsce doktorów i pielęgniarek — dom wrócił do zwykłego trybu życia — i po dwóch tygodniach, gdy Adam odjeżdżał, otrzymał łaskawą wiadomość, że może oczekiwać rodziny za dni parę w Zbylczycach.
W przeddzień tedy tego przyjazdu pożegnał swą efemeryczną sielankę w Zaciszu.
Lato się skończyło — był wieczór już chłodny, cichy, jakby konający, z nieba obrywały się gwiazdy. Ni ptaków słychać było, ni owadów, ni pulsowania wiosennych soków.
Długo w noc siedział Adam na schodach ganku starego dworu, objęty bezmiernym smętkiem i apatyą. Znowu życie leżało przed nim bez barwy, bez zainteresowania głębszego, bez celu. Czuł, że ska-