Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sionego pudła z kapeluszami, że nawet oczu na niego nie podniosła.
— Ach, to ty! — rzekła spokojnie. — Wiesz, miałyśmy okropną biedę z rewizyą na granicy. Kazali nam płacić cło za gotowe bluzki. Wyobraź sobie!
— Jakże ci Wiesbaden posłużył? Pokaż się, jak wyglądasz? — rzekł serdecznie.
— Miałyśmy bardzo miłe towarzystwo, sama arystokracya. Ale droga strasznie męcząca i ta rewizya. Mamo! gdzie mama? Ach! Boże! Pudełko mi pognietli. Do czego podobne muszą być kapelusze!
— Nie męcz się. Załatwię ci wszystko. Powóz czeka. Niech panie siadają. Musisz być zmęczona drogą...
Chciał jej podać ramię na peronie, ale teściowa objuczyła go tobołkami, a sama z córką poszła naprzód.
Gdy wsiadali do powozu, panie ukłoniły się lekko kobiecie, którą zauważył w wagonie.
— Kto to taki? — spytał.
— Ach, znajomość z wagonu. Bardzo była dla nas uprzejma na granicy — rzekła Anielka.
— Wygląda na szpiega! — syknęła Taubertowa. — Bardzo podejrzane te jej stosunki na komorze.
— Polka?
— Nie. Mówiłyśmy tylko po francusku.