Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż ta panna z Podola? Żenisz się? — spytał.
— Niema głupich! Okazało się, że tam córki biorą czternastą część funduszu. Bardzo to dobre prawo dla sióstr, ale złe dla żony. Dostałbym dwadzieścia tysięcy. Kiepskiej gorzelni niema za co postawić.
— A panna?
— Cóż panna! Nie uważałem. To żaden towar. Kochanką nie będzie, żenić się niema interesu. Chcesz, żebym taką oglądał! Słuchaj-no, głodny jestem i koniakubym wypił. Jutro pojadę do Stasia na karty, a pojutrze do Warszawy. A ty? Dawno tam byłeś?
— Dawno.
— No, więc gdzie trzymasz?
— Dajże mi święty spokój!
— Nie chcesz gadać, to nie. W każdym razie licz na mnie, jak familia wróci. Wygodnie ci będzie mieć mnie wtedy do pomocy i za parawan.
Jaworski i tę ofiarność przyjaźni zbył milczeniem.
Ignac zjadł, przespał się, wziął od niego paręset rubli, które przegrał nazajutrz w karty, wziął jeszcze sto na drogę i pojechał do Warzawy — i tegoż wieczora Adam pisał do Atmy:
»Mam płuca jakby odymione, mam duszę jakby zimną mgłą jesieni osnutą. Boję się, że życia zwichniętego nie naprostuję, obowiązków dawnych nie